Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 lutego 2021

Jak naprawdę wygląda praca z młodym koniem?

Jak naprawdę wygląda praca z młodym koniem?


O pracy z młodym koniem powstało wiele mitów. Że to coś poważnego. Że to takie fajne. Że przyjemne. Że wreszcie stajesz sie  tym, no, odpowiedzialnym jeźdźcem, że wreszcie coś umiesz. Poniekąd to prawda. Nie ma w jeździeckim świecie niczego bardziej ekscytujacego niż obserwowanie malucha, który z brzydkiego kaczątka staje się pięknym łabędziem. Z konia, który wariował na widok liści i który - pomyślećby - nigdy nie zaakceptowałby siodła staje się koniem, który odpowiada na pomoce, angażuje grzbiet. Nie ma niczego bardziej ekscytującego niż być pierwszą osobą, pod którą taki maluch skacze. Kiedy ten pierwszy raz najeżdżasz na przeszkodę i nie wiesz jeszcze gdzie nastąpi wybicie ani jak wysoko skoczycie, więc na wszelki wypadek skracasz strzemiona i modlisz się by tylko znaleźć się po drugiej stronie. 

Nigdy serce nie było mi mocnej niż wtedy gdy widziałam jak mój podopieczny wkręca się w skoki - chociaż wszyscy wiemy, że sama skoczkiem nie jestem. To niesamowite widzieć jak koń ekscytuje się na widok przeszkody, jak jeszcze bardziej przed nią przyspiesza, a Ty choć wiesz że musisz nauczyć go odpowiedniego tempa to jednak nie masz serca. Nie teraz. 

To niesamowite widzieć, kiedy wreszcie to coś zaskoczy. Kiedy dosłownie czujesz jak pod Tobą koń zacznie rozumieć o co Ci chodzi i zacznie dawać z siebie wszystko żeby to osiągnąć. Wreszcie, kiedy zrozumie że to co od niego wymagasz jest dla jego komfortu. Kiedy sam szuka kontkatu, kiedy się rozluźnia, kiedy parska pod koniec treningu, a Ty wreszcie przestajesz się czuć jak beztalencie. Wreszcie, kiedy porównujesz stare zdjęcia i nie możesz uwierzyć, że to co widzisz to ten sam koń. Po cześci dzięki Tobie. 

Ale. To wszytsko zajmuje czas. To wszytsko nie dzieje się z dnia na dzień. I nadejdą takie treningi kiedy przez pół godziny będziesz probować wejść na konia 1.50 w kłębie i przez te pół godziny nie dasz rady. 

Nadejdą takie treningi, kiedy Twoim celem będzie przekłusować jedną długość ujeżdżalni. Bo koń będzie tak się napalać że wszytsko poza stępem będzie samobójstwem. A Ty nieustannie będziesz próbować zakłusować jeszcze raz i jeszcze raz, wiedząc że każda kolejna próba skończy się rodeo z którego nie wiadomo w sumie, czy wyjdziesz cało. W ciągu takich dni zadasz sobie pytanie po co w ogóle to robisz i uwierz mi, nie będzie to ostatni raz kiedy powyższe zagości na Twoich ustach. 

Ludzie będą pytać Cię o nowe sukcesy i postępy, a Ty słuchając ich opowieści o lotnych zmianach nogi i ciągach będziesz uśmiechać Cię pod nosem. Jeśli pokusi Cię by opowiedzieć im jak od tygodnia uczysz konia, że wybieganie pełnym galopem z ujeżdżalni nie jest figurą ujeżdżeniową, nie licz na duże zrozumienie. 

Ucząc się z młodym koniem niejako cofniesz się do początków. Masz dobry dosiad? Co z tego jeśli Twój koń nie jest jeszcze dostosowany by go dźwigać. Cud jeśli wreszcie zaczniesz anglezować, na razie szykuj się na długie godziny w jakże znienawidzonym półsiadzie. Wiesz jak zebrać konia? Trudno, Twój koń tego nie potrafi. Potrafisz przekazać najbardziej trafne pomoce? Jakie będzie Twoje zdziwienie kiedy odkryjesz, że on ich nie rozumie. 

Zacniesz doceniać tak proste i oczywiste rzeczy, że siebie samego będzie to śmieszyć. Jak to żeby iść prosto. Jak to żeby nie zjeżdżać z trasy. Jak to żeby nie uskakiwać na widok bramki. 

Będziesz się trochę tak czuć, jakbyś Ty sam uczył się jeździwectwa od początku. Jakby wszystko było nowością. Z każdym kolejnym koniem jeszcze raz nauczycie się, że cavaletti nie są po to by zjadać małe koniki, że zapięcie popręgu nikogo nie udusi. Cofniesz się do momentu, w którym nie będziesz mógł czegoś zrobić, bo jeszcze tego nie umiesz. I chociaż technicznie rzecz biorąc dałbyś radę, musisz okiełznać swoje ambicje i pójść te parę kroków wstecz. Bo wiesz, że ta tylko parę centymetrów wyższa stacjonata mogłaby na dobre zabić jego zapał do skoków, że to jedno ustępowanie od łydki mogłoby go tylko sfrustrować. Więc nie robisz tego. I chociaż widzisz jak po drugiej stronie ujeżdżalni szykują się do Mistrzostw Polski czy Bóg tylko wie czego, Ty po raz kolejny ustawiasz 30 cm krzyżaka dla swojego młodego. Być może teraz nie ucieknie z ujeżdżalni. 

M. 

MAŁA INFORMACJA

Kochani! Jak zawsze bardzo mocno Was ściskam i jeszcze bardziej dziękuję za bycie ze mną. Nigdy nie sądziałam, że dojdę do momentu, w którym na facebooku znajdę ponad 1000 osób, które chcą na bierząco śledzić mojego bloga. To coś w co naprawdę trudno mi uwierzyć, nawet teraz. Dziękuję Wam bardzo za komentarze, za wiadomości prywatne, za wszystkie ciepłe słowa oraz reakcje pod postami. Wy wiecie, że nie jestem ani najbardziej zorganizowaną, ani najbardziej systematyczną osobą na tym świecie, a jednak dajecie mi tyle wsparcia (dużo więcej niż na to zasługuję), że zawsze z uśmiechem na buzi tu wracam by napisać kolejny wpis. Bardzo Wam za to dziękuję <3 


sobota, 11 maja 2019

Czasami trzeba odpuścić

Czasami trzeba odpuścić

Czasami zobaczysz jeden błysk końskiego spojrzenia i już wiesz, że to jest to. Wystarczy ten ułamek sekundy, ta jedna chwila by całkowicie się w tym zatracić, a potem jeszcze zatracić wszystkie swoje pieniądze i przyjaciół, którzy nie zawsze okazują się wystarczająco wyrozumiali. Ty jednak wiesz, że to jest to. Jesteś gotowy przeznaczyć każdą chwilę swojego wolnego czasu na wyczesywanie sklejek z brudnego boku Twojego ukochanego, jesteś gotowy zmienić szpilki na sztyblety i wreszcie - oddać całe swoje serce tej niezrozumiałej istocie o ogromnych oczach. Być może, a jest to całkiem prawdopodobne, nawet nie zdałeś sobie sprawy kiedy dokładnie stałeś się Jeźdźcem. 

Marzenia mamy różne. Większość z nas po prostu chce być dobrym w tym co robi. Nie ważne czy troszczymy się przy tym o dobro konia czy też o dobro własne w postaci rosnącego ego po kolejnym wygranym konkursie, w gruncie rzeczy w jednym celu czytamy wszystkie te poradniki i spędzamy kolejne żmudne godziny ćwiczeń. Chcemy być dobrzy. 

Wreszcie, po godzinach spędzonych na lonży, miesiącach kłusa ćwiczebnego i latach treningów, w których właściwie nie wiadomo o co dokładnie chodziło, zaczynamy słyszeć że właściwie to nie jesteśmy tacy źli. Że wypadałoby by w naszym życiu pojawił się wreszcie ten jedyny. Własny koń. 

Czasami jest naprawdę fajnie. Czasami koń okaże się cudownym, doświadczonym i mądrym zwierzęciem, który wprowadzi nas w świat zawodów i obróci nasze życie do góry nogami w sensie jak najbardziej pozytywnym. Nie zawsze tak jednak jest. W moim wypadku tak nie było. 

Zgredek, bo taki przydomek zyskał mój ukochany, jest koniem o wielkim sercu. Początki układały nam się bardzo dobrze, a ja w ciągu pięciu miesięcy naszej wspólnej pracy zrobiłam tak duży postęp, że patrząc w ujeżdżeniowe lustro myślałam sobie: wow, Malwa, jak Ty cudownie siedzisz - chociaż nigdy wcześniej mi się tak nie zdarzało. 

Od samego początku wiedziałam, że Zgredek - podobnie zresztą jak wiele koni - mierzy się z problemami ze swoim kręgosłupem. Od zawsze wiedziałam, że praca z nim wymaga wysiłku i dużej odpowiedzialności, ale mówiąc szczerze - myśl ta miło karmiła moje ego. W końcu wiecie, wreszcie mogłam wykazać swoje umiętności trenowania trudnych koni. 

Przez ostatnie miesiące szło nam naprawdę dobrze. Zgredek nadbudował mięśnie grzbietu i z czasem zaczął wyglądać bardziej jak koń ujeżdżeniowy niż niewypierzony źrebak. Los chciał jednak żebym skontaktowała się z zaprzyjaźnioną osteopatką. Analiza kręgosłupa wykazała, że nawet moje marne 50 kg nie są ciężarem, który jest w stanie dźwigać zbyt słaby kręgosłup mojego konia. Jeżeli chcę by Zgredek mógł kiedyś jeździć w sposób poprawny, muszę pożegnać się z siodłem na najbliższe parę miesięcy i w tym czasie nadrobić wszystkie braki pracą z ziemi, z pessoa na przykład. 

Brzmi bardzo poważnie i jestem pewna, że wiele osób z chęcią przystałaby na taką propozycję, ale to co pojawiło się w mojej głowie nie było z początku niczym pozytywnym. Bo jak to? Nie wsiadać na konia? Jak to - mieć konia i codziennie go tylko lonżować? I to nie w sposób normalny, ale ze speacjalnymi linkami i sznurkami mającymi podtrzymywać zad i kręgosłup i które Bóg wie jak działają? No niestety, właśnie tak. 

Czasami trzeba odpuścić. Czasami trzeba odpuścić choć to nic nie daje, nie czyni nas lepszymi jeźdźcami, ale jednak trzeba odpuścić - bo wewnętrznie wie się, że tak będzie najlepiej. Nie przestaję jeździć konno z myślą, że od tego stanę się lepszym jeźdźcem i że sprawi to, że osiągnę wielki sukces. Nie, robię to wiedząc, że moje mięśnie potencjalnie mogą wyjść z wprawy, że mój dosiad potencjalnie może stać się gorszy i że tracę czas, który mogłabym poświęcić zawodom. Są jednak rzeczy ważne i są rzeczy jeszcze ważniejsze. Jedną z takich rzeczy jest zdrowie mojego konia. 

Najbliższe miesiące spędzę bez oficerek, w zwykłych trampkach zwyczajnie lonżując mojego konia i patrząc jak inni skaczą coraz wyższe parkury. Czy jest mi smutn? Może trochę. Wiem jednak, że robię to co powinnam i to sprawia, że czuję się naprawdę szczęśliwa. 

Malwina

MAŁA UWAGA

Jak łatwo możecie się domyślić, tematyka bloga w najbliższym czasie zacznie się obracać bardziej wokół zagadnień dotyczących pracy z ziemi, co będzie zresztą naturalnym biegiem rzeczy. Szykujcie się w każdym razie na wpisy o pessoa, ćwiczeniach na podwójnej lonży, a także wszelkich porad na temat budowania mięśni poprzez pracę z ziemi. 

Jak zwykle bardzo dziękuję Wam za wszystkie łapki i serduszka pod poprzednimi postami - proszę, nie przestawajcie ich klikać bo nawet nie wiecie ile radości mi sprawiacie Waszymi rekacjami <3 Buziaki kochani i do usłyszenia! 

sobota, 22 września 2018

Dlaczego nie umiem jeździć na koniu?

Dlaczego nie umiem jeździć na koniu?

Jeżeli jakimś cudem znalazłeś się na tej stronie, a jesteś pewien, że stało się to z Twoją absolutną zgodą i pełną świadomością, to najwyraźniej jesteśmy zbudowani z tej samej gliny. Mam tu na myśli ni mniej ni więcej tyle, że jeśli konie nocami modlą się, żebyś na nie nie wsiadał, a na hipologii pisze się magisterki o Twoich błędach, to całkiem prawdopodobne, że wiesz o czym teraz mówię. Nie muszę Ci niczego tłumaczyć, ale chcę, bo chcę żebyś wiedział, że "nie-umienie" da się zmienić na "umienie". Wiem, że pewnie mi nie wierzysz, ale wiem również, że bardzo uwierzyć byś mi chciał. Tak więc droga wolna, kolego: ja zapraszam Cię do zmarnowania paru minut Twojego cennego czasu, a co Ty zrobisz, to już tylko Twój wybór.

Zastanówmy się jak to się w ogóle dzieje, że jedni jeźdźcy na koniach jeździć umieją, a inni nie. No bo wyobraźmy sobie: jest sobie chłop, siada na konia i jeździć umie. A obok stoi drugi chłop,  też siada na konia i jeździć nie umie. 

Często zdarza mi się obserwować początkujących jeźdźców i mogę Wam powiedzieć, że wszyscy wyglądają niemalże jednakowo. Cali spięci, kurczowo trzymają się rączkami grzywy, a nóżki zaciskają wokół siodła, tak mocno jak się tylko da. A potem jakoś tak się dzieje, że chociaż wszyscy oni spotykają się na Mistrzostwach Polski, to większość zasiada na trybunach, a tylko nieliczna garstka zostaje zawodnikami. 



I jasne, można powiedzieć że to wszystko kwestia talentu czy też ciężkiej pracy, ale tak zupełnie szczerze, to nie wydaje mi się. Talent liczy się na przykład w muzyce. Jeśli nie masz słuchu muzycznego, masz marne szanse, żeby zagrać cokolwiek, co nie zmusi choćby najbardziej wyrozumiałej widowni do opuszczenia Twojego otoczenia. Podobnie jest w sztuce. Mimo swoich najszczerszych chęci, nigdy nie byłam w stanie narysować niczego poza sztuką nowoczesną, mówię tu nota bene o metaforze białej kartki, którą tworzę z ogromnym staraniem i przyjemnością. Ciężka praca liczy się na przykład w pływaniu. Wątpię, że kiedykolwiek byłabym w stanie osiągnąć choćby jedną dziesiątą masy mięśniowej mojej  codziennie trenującej znajmomej. 

Ale w jeździectwie? Kurczę, mam takie przekonanie, że z fizjologicznego punktu widzenia każdy zdrowy i średnio wysportowany człowiek byłby w stanie osiągnąć w jeździectwie sukces. To, że pewne elementy nie wychodzą tak, jak mogłby wychodzić, wcale nie oznacza, że w Twoim ciele czegoś "brakuje".



W gruncie rzeczy, jest to bardzo pozytywna informacja. No bo zobaczcie tylko: macie ciało, które jest w stanie dokonać wielkich rzeczy, a jedyne co musicie, to tylko nauczyć się odpowiednio "używać" go. 

I tu właśnie nadchodzi najważniejsza w całym procesie "umienia" osoba, czyli trener. Z zasady dobry jeździec to jeździec, który ma dobre nawyki. Nawyki to rzecz, która może nam bardzo pomóc albo też bardzo przeszkodzić, a za ich wykształcanie odpowiada właśnie trener. Jeżeli od samego początku trener nauczy, że na koniu siedzi się prosto, że biodra są rozluźnione, że palce do konia etc., adept w świat jeździectwa wkroczy z bardzo dobrym zestawem narzędzi, które pomogą mu się dalej rozwinąć. Jeśli jeździec już na lonży będzie dobrze na koniu siedział, kiedy zejdzie z lonży będzie mógł się skupić wyłącznie na komunikowaniu z koniem. Tu również trener powinien pilnować, żeby w między czasie nic się popsuło - że za wodze się nie ciągnie, że jak się chce skręcić to to i to, a jak zatrzymać to robi się tak. 

Mając takie solidne podstawy, zajść można bardzo daleko. Ja jednak nie miałam na tyle szczęścia, by przez całą moją jeździecką drogę przeprowadzana być przez trenerów mądrych i rozsądnych, czasem to byli po prostu idioci. 


Ale czy to oznacza, że nigdy nie nauczę się jeździć na koniach? Nie sądzę. Jeździectwo w moim przypadku to nieustanne korygowanie złych nawyków czyli przekształcanie je w te dobre. Jest to bardzo ciężkie i jeszcze bardziej czasochłonne, ale - uwierzcie mi: da się. Bo jeździeckie problemy nie leżą, moi drodzy, w Waszej fizlogii, ale w złych przyzwyczajeniach i nawykach lub też złym rozumieniu rzeczy rzekomo oczywistych. 

Tym właśnie pozytywnym akcetem chciałabym zakończyć ten post. Głowy do góry, kochani, jestem pewna, że jesteście w stanie robić cudowne rzeczy! To jak, dajecie z siebie wszystko? :)

Malwina


MAŁA INFORMACJA

Nie wiem czy zauważyliście, ale pod niektórymi postami pojawiła się możliwość polubienia ich. Nie pytajcie mnie jak to działa, bo  sama nie wiem, ale jeśli jakimś cudem zauważyliście to, to byłabym strasznie wdzięczna za każdą poszczególną buźkę z Waszej strony ;). Urodziny miałam co prawda w lipcu, ale prezenty mogę przyjmować niemalże każdego dnia, a taka właśnie reakcja z Waszej strony jest dla mnie ogromną radością :). 

czwartek, 26 lipca 2018

Dlaczego tak trudno się zmienić?

Dlaczego tak trudno się zmienić?

Ile razy rozmawiam z mniej lub bardziej doświadczonymi jeźdźcami, tyle razy słyszę od nich wytęsknione: "no bo ja tak bardzo chciałbym się zmienić". Problem tylko, że ostatecznie do żadnej zmiany wcale nie dochodzi, a czemu - nawet sam delikwent tego nie wie. Ilość szkoleń nie ma tu nic do rzeczy, przecież przeciętny jeździec ma całą teorię w małym palcu, wcale nie mówię tego z ironią. Podręczniki, artykuły? O nich już nawet nie wspominam, bo nawet po przeczytaniu wszystkich dzieł Monty Robertsa można być kiepskim jeźdźcem. Można? Ano można. 

W każdej zmianie chodzi o to, żeby się zmienić i to chyba w tym wszystkim jest największym problemem. Bo zmienić się to znaczy zacząć robić coś inaczej, a to wydaje się przecież dziwne i nieprzyjemne. Co ważniejsze - zmienić się to znaczy obrać inny punkt widzenia. 

Każdy z nas ma w sobie poczucie czym jest dobry sposób jazdy na koniach, ten właśnie staramy w sobie pielęgnować i do tego dążymy. Czytając dowolny podręcznik jeździecki wychwytujemy w nim to, co wydaje nam się mądre i logiczne, to za to co kłóci się z naszymi poglądami jest przez nas ignorowane lub też uznawane za głupie i bezsensowne. 

W zmianie chodzi o to, żeby zrozumieć, że nie każdy nasz pogląd jest słuszny, a to co nam wydaje się ideałem jeździectwa może wcale nim nie być. 

Zmieniając się jeździec może się czuć jakby właśnie robił coś źle, jakby nadmiernie się garbił lub nadmiernie usztywniał - właśnie dlatego, że nasze odczucia potrafią bardzo odległe od rzeczywistości. Właśnie dlatego każdemu z nas potrzebny jest trener, który stojąc z boku będzie nas prowadził w określonym kierunku, nawet jeśli nam samym droga ta będzie wydawała się dziwna i nieprzyjemna. 

Tak to już jest, że nie zawsze mamy rację, czasem trzeba przyznać się do niewiedzy i otworzyć na to co mówi ktoś inny, ktoś bardziej doświadczony. Tak właśnie zaczyna się zmiana. 

Malwina

czwartek, 29 marca 2018

Niektórych rzeczy nie da się zmienić

Niektórych rzeczy nie da się zmienić

Zbliżają się Święta, ja mam coraz więcej czasu wolnego i coraz częściej mogę pozowlić sobie na rozmyślanie. A mianowicie... Trenerzy bardzo często mówią nam, że mamy się zmienić - i mają w tym w zupełności rację. Musimy być spokojniejsi, bardziej cierpliwi i pokorni, ale często zapominamy, że nie możemy się zmienić zbyt bardzo. 

Są takie nasze zachowania, które społeczeństwo, trenerzy, a może nawet my sami uważamy w sobie za wady, które jednak wcale nie są wadami. Przykład? Nasz temperament. 

Urodziliśmy się introwertykami albo ekstrawertykami i choćby nie wiem co, nie zmienimy tego. Owszem, można (a nawet trzeba) zmieniać negatywne cechy, które z tego temperamentu wypływają - nie można usprawiedliwiać swojej agresji albo bierności tym, że "taka się urodziłam i trudno", ale z drugiej strony - całego swojego temperamentu nie da się przebudować. Przynajmiej mi się tak wydaje. 

Bardzo często widzę osoby, które na siłę próbują udawać inne niż są w rzeczywistości. Dziewczyny, które chodzą na imprezy mimo, że wolałyby zostać w domu z książką albo i odwrotnie. W każdym razie - ludzie, po co okłamywać samego siebie?


Dochodzę do tego, co z punktu widzenia jeździeckiego najważniejsze. Nie ma napisanego wzoru na dobrego jeźdźca. Jeśli jesteś ekstrawertykiem - wykorzystaj w sobie swoją energiczność do budowania autorytetu; jeśli jesteś introwertykiem - Twój spokój i opanowanie do tego posłużą. 

Nie oznacza to oczywiście, żeby ekstrawertycy nie starali się być spokojni, ani żeby introwertycynie nie starali się być energiczni, nie. Chodzi  o to, żeby nie ignorować swoich predyspozycji, które mogą być super ekstra niesamowite - na rzecz czegoś w czym będziemy się czuć źle (przykład z introwertykiem na imprezie). 

Konie wiedzą, kiedy udajecie, czujecie się niepewnie et cetera. Miejscie to na uwadze. 

I pamiętajcie - jesteście super takimi, jakimi jesteście ;)

Malwina

sobota, 3 marca 2018

"Trzeba ciasto spróbować, żeby wiedzieć czy dobre..."

"Trzeba ciasto spróbować, żeby wiedzieć czy dobre..."

Jak wiecie, albo też i nie, bardzo lubię przyglądać się trenującym jeźdźcom. Być może profesojonalnie nazywa się to wścibstwem, ale uznajmy że nie znam tego słowa. Ostatnio miałam przyjemność pracować na jednej hali z pewnym tatusiem (właścicielem boskiego fryza, tak na marginesie) i jego malutką córeczką. Dziewczynka siedziała na białym kucyku i pisząc 'białym" mam tu naprawdę na myśli białego, takiego z zażółkłymi plamami od błota (właściele siwków zrozumieją). W każdym razie, dziecko darło się w niebogłosy. Ogólnie rzecz biorąc, zamiast na niemiłej Różyczce chciało galopować na Fiołku (czy coś w tym stylu). 

Wtedy jej tata powiedział bardzo mądre słowa, których parafraza stanowi tytuł postu. A mianowice: z koniem jest jak z ciastem. Trzeba go "spróbować", żeby wiedzieć czy dobry. A nawet jak nie dobry, to trzeba "próbować" tak długo aż zasmakuje. 

Dzisiaj po raz pierwszy od pół roku (a może i jeszcze dłużej) miałam okazję porozmawiać ze swoją znajomą. Spytała się co u mnie, opowiedziałam. I wtedy pojawiły się pretensje. 

Jak to? Zmieniłaś stajnię?! Jak to?! Oprócz ujeżdżenia zajmujesz się woltyżerką?!! Przecież to jest skandaliczne!

A mnie skandaliczne wydawały się jej pretensje, nie moje wybory. Chciałam odpowiedzieć jej to samo co ów tatuś swojej córeczce - trzeba zasmakować, żeby ocenić

Nie lubię w ludziach tego, gdy wypowiadają się na tematy o których nie mają pojęcia. Ileż to matek nasłuchało się od starszych panów jak karmić niemowlaka piersią, a ilu właścicieli psów (w tym ja, mimo że właścicielem psa nie jestem) jak poprawnie wyprowadzać zwierzątko na spacer. 

I jeżeli faktycznie trafi się na znawcę - no to super. Ale większość z napotkanych osób wie jeszcze mniej niż my. Czyli mało, wierzcie mi. 

Wiem jak to fajnie pochwalić się swoją wiedzą, no ale błagam... nie trzeba wiedzieć wszystkiego.

Być może (co ja gadam - nawet na pewno) w swoim życiu napotkaliście osoby, które wiedziały wszystko najlepiej. Którzy próbowali wmówić Wam co macie robić, jak żyć i co czuć. 

I to co trzeba robić to ich ignorować. Nawet nie kłócić się, bo to nic nie daje; a już szczególnie nie załamywać się. Człowieku, nie daj sobie wmówić czegoś co jest sprzeczne z Tobą samym! Bo jak coś kochasz, a nie czyni to krzywdy innym, no to czemu tego nie robić? 

Krytyka znajdzie się wszędzie, niezależnie od tego co się akurat robi. Zawsze wpadnie się na znawcę, którego ciocia piątego stopnia była "identyczna" jak Wy i źle z tym skończyła. Ale... czy to coś zmienia?

Piszę ten post, bo wiem jak łatwo (szczególnie w środowisku jeździeckim) napotkać na specjalistów od rzeczy wszelakich. Znacznie trudniej z kolei podnieść głowę i wierzyć w to, co według siebie samego jest słuszne - nawet gdy wszyscy wokół mówią, że się mylicie. 

Są takie chwile, gdy mają rację; nie wszystkiego w życiu w końcu wypada próbować - jak na przykład brutalności. Są jednak takie chwile (a jest ich dużo), gdy nie robimy czegoś w obawie przed innymi. Przed tym co pomyślą, zrobią, powiedzą. 

Jak to ktoś powiedział - "odważni umierają szybko, ale tchórze nie żyją wcale". I tu nie chodzi o brawurę, jazdę na motocyklu po klifie (koniecznie o zachodzie słońca), czy o chamstwo. Tu chodzi o to, by nie bać się bronić własnego zdania i własnej godności. Do tego Was zapraszam. 

Malwina





środa, 28 lutego 2018

Koń jak lustro - czyli zwierzę pomagające w radzeniu sobie z nerwowością

Koń jak lustro - czyli zwierzę pomagające w radzeniu sobie z nerwowością

Nie będę przed nikim ukrywała, że nie jestem osobą nerwową, bo jestem. I o ile w życiu codziennym odrobina energii się przyda, o tyle przy koniach niestety niekoniecznie. Od najmłodszych lat trenerzy wbijali mi do głowy, że ujeżdżenie to spokój i harmonia, a ja - malutka Malwinka - nieudolnie próbowałam nadgonić za niedoścignionym ideałem. Mówiąc szczerze, porady rzędu "oddychaj, uspokój się", działały na mnie prędzej jak płachta na byka niż faktyczna pomoc. 

A jednak ostatecznie udało mi się opanować nerwy i w tym poście zamierzam Wam opowiedzieć jak. 

Koń jak lustro

W pewnym momencie mojej jeździeckiej ścieżki dotarłam do momentu, w którym odkryłam, że są takie rzeczy których trener nie potrafi nauczyć. Bo wiedzieć, a robić to czasem dwa różne światy.

I nie, nie wynika to ze złej woli. Ani jeźdźca, ani trenera. Tak po prostu już jest, że pewnych nie da się zmienić ot, tak. Mówię tu przede wszytskim o charakterze. Każdy, kto ma problemy z nadmierną strachliwością i nieśmiałością, albo odwrotnie - z nerwowością i energicznością, nie zwalczy swoich problemów poprzez same rozmowy z trenerem. Potrzeba czegoś więcej.

I tutaj w miejsce "lekarstwa na wszytsko" przychodzi koń, zwierzę o przeogromnej wrażliwości. 

Jak koń jest w stanie uczyć?

Koń, jeżeli jest dostatecznie wrażliwy, uczy na bardzo prostej zasadzie. Gdy jeździec jest spokojny, on sam zachowuje się nienagannie. Jeżeli za to w zachowaniu jeźdźca nastąpią pewne nieścisłości - człowiek zacznie spinać pewne partie ciała, zmieni mu się tempo oddechu - wtedy koń zaczyna być niespokojny. 

W pełnej okazałości miałam okazję oglądać to w zeszłą niedzielę, na pewnych zawodach towarzyskich organizowanych specjalnie dla młodzieży. Młoda klacz zachowywała się bardzo spokojnie pod swoją młodą amazonką - ale tylko do czasu gdy ta trzymała nerwy na wodzy. Gdy tylko zaczynała się bać, strach udzielał się również zwierzęciu. Uskakiwanie w bok, szaleńcze galopy - zapewnie znacie to z autopsji.

Konie są bardzo wrażliwe na zmiany naszego zachowania i samopoczucia. W tym poście chciałabym zaporośić Was do jednego. A mianowicie - nie postrzegajcie zwierzęcej wrażliwości jako wady, ale jako ogromną zaletę. 

Zastanówcie się czy jest takie coś, czego konie mogłyby Was nauczyć. Zacznijcie obserwować te niezwykłe zwierzęta, a odkryjecie ile mają Wam do powiedzania - o Was samych. 

Mi w zwalczaniu nerwowości pomogła pewna klacz, z którą wspólnie uczyłyśmy się galopów. W teorii - galopować umiałyśmy obie. W praktyce - niestety rodeo nie wlicza się w program ujeżdżenia.

Dojście do ładu wymagało ode mnie dużo pokory, jeszcze więcej samozaparcia i rozluźnienia. A przede wszytskim obserwacji konia, który niestannie mówił mi: "hola, hola, takiej Malwinki to ja się słuchać nie będę!".

Czy każdy koń jest odpowiedni?

Niestety, ale odpowiedź jest przecząca. Koń, który jest w stanie "szkolić" jeźdźca musi cechować się dużą wrażliwością. Takie zwierzę nie może akceptować błędów człowieka - stąd też wiele osób nazywa je trudnymi. 

Te właśnie trudne bestie to to, czego nam potrzeba i czego Wam (a także mnie) serdecznie życzę. 

Malwina

wtorek, 2 stycznia 2018

Uśmiechajmy się!

Uśmiechajmy się!

Piszę ten post na blogu jeździeckim, nie mając żadnej pewności, że to faktycznie dobry pomysł. Myślę, że chyba wręcz przeciwnie, ale nie zamierzam się tym przejmować. Nie ja. 

Wczoraj poszłam na spacer. Ot, jak codzień, a może zupełnie inaczej. Byłam szczęśliwa, i to tym rodzajem szczęścia, który rozpala od środka niewidzialne iskry, który powoduje, że ma się ochotę tańczyć nawet w strugach deszczu. To jest to szczęście, które nabiera dodatkowych kolorów, kiedy dzielisz się nim z drugim człowiekiem. Które płonie, gdy w tęczówkach przyjaciela widzisz swój własny uśmiech. 

Nie ma właściwie znaczenia, czy osoba z którą podzielisz się Tym wielkim darem jest Ci znajoma, czy też nie. Ważne jest te parę sekund, kiedy oboje czucjecie to samo elektryzujące uczucie, a potem wspominacie je na długo po chwili gdy Wasze uśmiechy stały się już przeszłością. 

Nasz organizm jest zbudowany nietypowo. Każdy z nas posiada własny układ limbiczny, który odpowiedzialny jest za odczuwanie emocji. Struktury te są jednak otwarte, co z naukowego punktu widzenia oznacza, że nasz układ limbliczny może wpasować się w działanie układu limbicznego drugiej osoby. Gdy wiedzimy jak ktoś się uśmiecha, dzięki tak zwanym neuronom lustrzanym w naszym mózgu uruchamiają się te same obszary co gdybyśmy to my sami się uśmiechali. 

Emocje, mówiąc zupełnie biologicznie, to nie stan wewnętrzny organizmu, ale coś co wynika ze stanu wewnętrznego innych osób i wpływa na stan wewnętrzny innych osób. 

Kiedy byłam na spacerze, mijający mnie ludzie byli smutni. Zapatrzeni w dal, nieobecni, zamyślenie, a jeszcze częściej przyklejeni do małego ekranu smartfona. Obserwujac ich zrobiło mi się jakoś tak smutno. 

To nie rozkaz, chociaż tak można by sądzić widząc wykrznik kończący tytuł, to prośba. Uśmiechajmy się, uczyńmy świat piękniejszym miejscem.

Żegnam Was swoim największym uśmiechem:

:) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) 

Malwina

czwartek, 28 grudnia 2017

Każdy z nas ma talent (?)

Każdy z nas ma talent (?)

Nie chcę, żeby brzmiało to jak puste slogany rodem z amerykańskich filmów motywacyjnych, a jeśli tak faktycznie będzie to przepraszam. Z góry, z całego serca i bardzo mocno. Chciałam odpowiedzieć Wam o talentach. Z jednej strony ma je każdy, z drugiej strony nie ma ich nikt. Weźmy na przykład takie hasło: "jeździectwo". 

Jeździectwo to zagadnienie, które opisuje szereg różnych (niepowiązanych ze sobą) czynności, które człowiek jak potencjalny rajder musi umieć wykonywać. Musi mieć empatię, musi być wrażliwy, wysportowany, gibki, a do tego świadomy własnego ciała. Porzucając myślenie życzeniowe, trzeba stwierdzić że wszystkich tych "atrybutów" nie da się posiadać. Dlatego też niektórzy mają tak zwaną rękę do zwierząt, inni mają genialny dosiad, jeszcze inni wyczucie, a inni pamięć do parkurów, nikt za to nie rodzi się posiadajac wszystkie te umiejętności jednocześnie. Dlatego też patrząc na sprawę statystycznie, powiem Ci z prawie 100% prawdopodobieństwem, że przynajmniej jeden z powyżej wymienionych elementów dobrego jeźdźca posiadasz. Prawie stuprocentowym, zwróćcie na to uwagę. 

Bo co jeśli nie masz żadnego talentu, do niczego? A przynajmniej do niczego związanego z tym co naprawdę chcesz robić (zdoloności malarstkie przydają się w końcu jeźdźcowi jak obliczanie macierzy sprzedawcy z Lidla). 

Wiecie...

Mi natura poskąpiła większości z tych talentów. Powiedziałabym nawet, nie mam żadnego z nich. Bycie stanowczą, odważną, mądrą, poważną... to dla mnie ogromne wyzwania. A jednak, mimo wszystko, jestem w staniu odnosić w życiu sukcesy. 

Nie miałam 6 lat kiedy jako mała dziewczynka zdałam sobie sprawę jak wiele rzeczy mi nie wychodzi. Nie umiałam robić ładnych szlaczków w zeszycie, a koszmarny charakter pisma pozostał mi aż po dziś dzień (teraz tylko odpowiednio mordercze spojrzenie sprawia, że czytający moje pismo odręczne milkną). Do nierozczytywalnych hieroglifów doszedł w dalszej kolejności absolutny brak słuchu muzycznego i wyczucia rytmu oraz wrodzona niechęć do języków. W liceum uczyło się pisać wypracowania na moich błędach, a i nawet w tych przedmiotach, które lubiłam (matma) potrafiłam zrobić 5 byków na stronę. 

Była jednak jedna rzecz, która zawsze odróżniała mnie od tych dzieci, co robiąc piękne szlaczki wysławiały się elokwentnym słownictwem. Mi się zawsze "chciało". Jak coś robiłam, robiłam to w 100% i całą sobą. Prezentację na fizykę potrafiłam robić przez bite pięć godzin, a potem przez kolejne pięć pomgać w stajni. Nigdy nie rezygnowałam ztego, czego się podjęłam i nigdy nie poddawałam, choćby nie wiem jak bardzo by mi się nie chciało. 

Nie musisz mieć talentu, żeby być dobrym człowiekiem, jeźdźcem czy kimkolwiek sobie tylko wymarzysz. Wystarczy, że robiąc coś będziesz dawał całego siebie. Bo czy można więcej? 

Malwina


niedziela, 24 grudnia 2017

Życie jest trudne, ale to od nas zależy czy nie stanie się również i piękne

Życie jest trudne, ale to od nas zależy czy nie stanie się również i piękne

Myślałam, że następny wpis pojawi się dopiero po całej tej Świątecznej atmosferze, jednak (jak widać) zadecydowałam inaczej. Nie mam zwyczaju wstawiać postów z dnia na dzień, no ale kurczę... zawsze można zrobić wyjątek. 

Ten post jest totalnie spontaniczny, napisany między pieczeniem pierniczków, a ozdabieniem choinki, więc jeżeli poszukujecie merytorycznej wiedzy, to wiedzcie, gdzie macie jej szukać (wczorajszy post). 

Ostatnio wiele razy prowadziłam rozmowy na temat zbliżających się Świąt, ot na pozór zwykły, niewinny temat. Niewinny? A jednak nie. Bo okazuje się, że ludzie nie tylko Świąt nie lubią, ale wręcz uważają je za zło konieczne. "No bo ja to do pracy bym wolała, niż to całe przydługie zamieszanie" rzucone w pośpiechyu, między jednym zdaniem a drugim, potrafi zdmuchnąć iskierkę radości w moim sercu. 

Bo musicie wiedzieć, że ja Święta po prostu kocham. Należę do tego wkurzającego typu ludzi, którzy kolendy śpiewają już od Wielkiejnocy, a Wielki Post zaczynają w styczniu. 

Mam wrażenie, że ludzie (niektórzy) nie umieją już niczego Świętować. I nie mówię tu o Bożym Narodzeniu, ale o zwykłej radości z życia. 

Nie umieją "świętować" pięknego popołudnia, miłej rozmowy czy udanego treningu. Życie jest trudne, mówią. To prawda. Trudne jest zawsze, ale to od nas zależy, czy nie stanie się również piękne. 

I tu pojawia się kolejny problem, bo my jako gatunek ludzki nie umiemy już dostrzegać piękna. Pesymizm wrodzony, marudzenie dziedziczne i inne pseudo-naukowe bzdury. 

Nie da się nauczyć dostrzegać małych, pięknych drobiazgów lepiej niż samemu dając innym piękno. 

Uśmiech, miłe słowo, zwykłe "dzień dobry" do nieznajomego - czy kogoś na to jeszcze stać? Nie można zmienić świata, ale można sprawić by zmienił się (choćby na chwilkę) dla jednej osoby. Czy już samo to nie jest piękne? 

To dzięki nam życie może okazać się piękniejsze. Nie sąsiadka, kolega, chłopak, nauczyciel, szef może zmienić coś, ale Ty. Ty, który czytasz ten post. 

Dzisiaj, w tej pięknej Świątecznej atmosferze piszę do Was z głębi mojego serducha, więc może trochę bardziej szczerze niż bym chciała. Trudno. 

Kiedy byłam nastolatką, codziennie wracałam do domu tym samym autobusem, siadałam na tym samym miejscu i patrzyłam się w to samo szare okno. Obok mnie codziennie siadała zawsze ta sama dziewczyna, zawsze tak samo milczała i zawsze tak samo smutnym wzrokiem patrzyła w przestrzeń. Jeździłyśmy obok siebie przez prawie rok, nie odzywają się do siebie ani słowem. Zaczęłyśmy ze sobą rozmawiać w wyniku zupełnie przypadkowej sytuacji, a mianowicie gdy pewien chłopak zaczął parodiować mój sposób jedzenia bułki, obie jednocześnie dostałyśmy niepohamowanego ataku śmiechu. 

Wiecie jakie są nastolatki (wszyscy wiemy), więc możecie przypuszczać jak długo nasz atak śmiechu trwał. Po tym zdarzeniu nie mogłyśmy udawać już, że się nie znamy. Przez następne parę lat wracałyśmy razem do domu, ale to nie jest finał tej historii. Po paru latach nasza autobusowa znajomość bezpowrotnie się urwała. Zofia miała przeprowadzić się do innego miasta, a więc i nastał koniec wspólnej jazdy. Wtedy jednak, podczas ostatniej wspólnej podróży, usłyszałam od niej coś, co podziałało na mnie jak mokra szmata trafiona prosto w twarz. Okazało się, że moja koleżanka była prześladowana w swojej klasie, jej nadgarstki były pokryte bliznami od żyletki, a ja byłam jedyną osobą, która w tym trudnym czasie się do niej odzywała. 

Dlatego właśnie odzywam się do każdego napotkanego człowieka, pomagam każdemu kto mnie tylko o pomoc poprosi, a przede wszystkim uśmiecham się ile tylko się da. Wychodzi mi to? Nie zawsze. Ale mam nadzieję, mam cholernie mocną nadzieję, że w ciągu swojego życia uszczęśliwie choćby jeszcze jedną osobę. 

Nie trzeba być psychologiem by pomagać. Stawiam przed Tobą, czytelniku, wyzwanie. Dasz radę wywołać na czyjejś twarzy uśmiech? 

Z tym pytaniem zostawiam Cię aż do następnego wpisu. Wesołych Świąt! 

(ten post naprawdę miał być krótki)

Malwina












czwartek, 2 listopada 2017

Być sobą!

Być sobą!

Co lubię? Wielomiany, dobrą kawę, romansidło które wyciśnie ze mnie wszystkie łzy, a nade wszystko po prostu być sobą. Lubię powiedzieć "nie" gdy wszyscy wokół mówią "tak", ale tylko gdy jestem pewna swoich racji. Lubię śmiać się tak długo aż rozboli mnie od tego brzuch; zaskoczone spojrzenia przychodniów gdy się do nich uśmiechnę. Lubię się czasem ubrudzić, zrobić coś źle, a potem przeprosić. Lubię dawać, dziękować, dostawać, no i oczywiście: przytulić. 

Moja znajoma lubi rock'n'rolla, filmy o tematyce religijnej i pączki, a jej największą pasją są kursy pierwszej pomocy. Lubi też biegać, choć nie robiła tego od sześciu lat. W końcu wypadek nie wybiera. 

Nas, mnie i ją a także wszystkich ludzi na tej Ziemi, łączy jedno pragnienie. Silniejsze od sławy, pieniędzy, sukcesu czy czegokolwiek innego czym w życiu się kierujemy. 

KAŻDY Z NAS CHCE BYĆ KOCHANYM TAKIM JAKI JEST...

... w koszuli nocnej, bez makijażu, z pustym CV i nie musząc się zmieniać ani o jotę. 

Trzymajmy się z dala od tych którzy mówią nam jakimi mamy być i sami nikogo nie osądzajmy. Najpiękniejsze co możemy dać i najpiękniejsze co możemy otrzymać to miłość. Bezwarunkową. 

Malwina

piątek, 22 września 2017

Nie jestem idealna i to czyni mnie człowiekiem

Nie jestem idealna i to czyni mnie człowiekiem

Znasz to? Nieudany trening podczas którego myślisz tylko o tym, by wreszcie skończyć ten koszmar? Frustrację kiedy mimo wszelkich strań nie jesteś w stanie zrobić perfekcyjnego przejścia? Bo przecież to wszystko wydawało się takie proste... Przecież wszystkim to wychodzi... Ale Ty nie umiesz. I nie, nieważne jak mocno się strasz. Tak po prostu się dzieje. Znasz to? 

Współczujące spojrzenia próżno próbujących wytłumaczyć Ci jak zrobić to, czego zrobić się nie da? Uczucie kiedy dobitnie masz ochotę wrzasnąć: "a dajcie mi wreszcie wszyscy święty spokój!" ale milczysz tylko zaciskając zęby coraz mocniej i mocniej? Moment kiedy na krzyki trenerki możesz zareagować już tylko bezradnym wzruszeniem ramion? Łzy, które stają Ci w oczach gdy zdajesz sobie sprawę, że to co robisz na koniu powinno zwać się sztuką? Odciski na palach, które chowasz pod białymi rękawiczkami zupełnie jak smutek pod maską uśmiechu? 

Może jestem ewenementem w historii ludzkości, ale tak właśnie się czasem czuję. Nie będę udawać, że zawsze wszytsko mi wychodzi. Częściej jest dokładnie na odwrót. 

I dużo w tym mojej winy. Nie jestem idealna. Złoszczę się, frustruję, krzyczę, narzekam. Powiem coś nie tak albo poniosą mnie emocje. I mimo największych swych starań niektórych rzeczy nie przeskoczę. Nie umiem uśmiechać się przez cały czas ani zachowywać dystans do rzeczy, które tak bolą... Czasem jest wręcz przeciwnie. Czasem mam ochotę załamać ręce niemo prosząc by ktoś zauważył jak bardzo jestem smutna. 



I to jest normalne. Bo każdy z nas jest człowiekiem. 

Być może sądzisz, że teraz wszytsko w Twoim życiu jest bez sensu. Być może jesteś zły, smutny i sfrustrowany, a być może wcale nie umiesz określić jak się teraz czujesz. 

Tylko Ty wiesz jak jest u Ciebie naprawdę i czy grymas na Twojej twarzy to szczery uśmiech. Może jest naprawdę źle i żadne porady na blogu jeździeckim nie są w stanie tego zmienić. Chcę tylko, żebyś wiedział że nie jesteś sam. Że nie musisz być sam. 

Nie ważne czy jesteś blondynką czy brunetką, wysoką czy niską. Nie ma znaczenie również Twój talent albo też jego brak, nie liczy się Twoja przeszłość. Być może Twoje życie usłane było różami, a być może było ono serią wykreowanych przez Ciebie samą porażek. Być może zrobiłaś coś czego żałujesz i za wszelką cenę cofnęłabyś czas by to odwrócić. Zapomnij o tym wszystkim i "wiedz, żeś się po to urodził, by zasłużyć na szczęście i miłość". Niezależnie od wszystkiego

Niech chwila sukcesu pośród pasm niepowodzeń sprawia, że będziesz bardziej szczęśliwa niż w bajkowym "długo i szczęśliwie", a to przecież bardzo wiele.



Jeśli chcesz płakać, płacz. Jeśli chcesz załamać się, zrób to. Pamiętaj jednak, by po każdym upadku wstać. To jest właśnie to co odróżnia człowieka sukcesu od przeciętnego "Kowalskiego". Każdy z nas jest człowiekiem, każdy ma prawo by czuć się źle. Każdy ma prawo do smutku, złości, załamania. Każdy z nas ma prawo by zrobić coś źle, pomylić się. Sęk tkwi w tym by po każdej porażce wrócić na dobrą drogę. 

Dobrą drogę - to znaczy jaką? Nie mogę odpowiedzieć Ci na to pytanie jednoznacznie. Dotyczy ono Ciebie i zależy od Twoich wartości. Ale... jeśli chodzisz w stanach poddepresyjnych od paru miesięcy, zastanów się czy droga którą podążasz jest słuszna. Jedni szczęścia szukają w pieniądzach, inni sławie, przyjaciołach, pasji, Bogu. 

Prawdę powiedziawszy sama nie wiem co chciałam przekazać Ci w tym poście. Może po prostu wyrzucić to co na sercu leży, a może uświadomić, że niezależnie jak jest źle, zawsze jest nadzieja. Mówi się, że nadzieja umiera jako ostatnia, ale według mnie powinna ona stać się nieśmiertelna. 

Malwina

PS. Cytat pochodzi z poezji Krzysztofa Cezarego Buszmana, którą gorąco polecam :)







środa, 30 sierpnia 2017

Nie jak z bajki - czyli o mnie

Nie jak z bajki - czyli o mnie

Miałam nadzieję, że nigdy nie najdzie ten moment, ale jak widać - nadszedł. Coraz częściej zwracacie mi uwagę, że w ogóle nie piszę o sobie i chcąc nie chcąc muszę przyznać Wam rację. Powinnam choćby wspomnieć o tym jak doszłam w jeździectwie do tego czego doszłam. Nie zrozummy się źle - nie odnoszę spektakularnych sukcesów rangi międzynarodowej, a moja jeździecka droga nie była usłana różami. Jak więc było? 

Zacznę od prozaicznego - kim jestem

Chyba najbardziej charakterystyczną cechą mnie jest to, że jestem niska. Lubię żartować, że natura przystopowała przy upragnionym metr sześćdziesiąt, bo całą swoją energię wykorzystała na tworzenie intelektu. Jest to oczywiście jedynie złudne marzenie niemające żadnego potwierdzenia w prawdziwym życiu. Jestem przecież blondynką. I to z serii tych naturalnych, o których powstało tyle uszczypliwych dowcipów.

Należę do tego typu osób, które zawsze zwracają na siebie uwagę, szczególnie gdy chcą przejść niezauważone. Zawsze się o coś potknę, kichnę, roześmieję - i naraz spojrzenia wszystkich ludzi w promieniu 5 kilometrów kierują się na mnie. Zwykle mogę doczytać się w nich całej gamy emocji - począwszy od rozbawienia, a na zażenowaniu kończąc. 



Kiedyś inni ludzie bardzo mnie peszyli, a wszyscy myśleli że taka nieśmiałość zostanie mi na zawsze. Cóż, mylili się.  Ostatnio zupełnie obca osoba podeszła do mnie, by powiedzieć że mam uroczy śmiech. Zamieniliśmy parę słów i tak zyskałam kolejnego przyjaciela.

Taka właśnie jestem. 


Zaczęłam jeździć konno bardzo dawno temu, tak dawno że już sama nie pamiętam kiedy. Przestałam liczyć, choć z początku robiłam to bardzo zaciekle, zapewne chcąc dodać sobie "doświadczenia". Dopiero później zdałam sobie sprawę, że cyferki i doświadczenie nie zawsze idą ze sobą w parze. Byłam jednak innego zdania, a wszystkie porażki były dla mnie podwójnie irytujące. Inny fakt jest taki, że wcale nie mało tych porażek miałam. 

Początki były dla mnie bardzo trudne. Przede wszystkim, bałam się koni. Tak panicznie, że na sam widok zwierzęcia poruszającego głową z piskiem uciekałam z boksu. Tę "traumatyczną" część mojej historii próbuję usilnie wymazać ze swojej pamięci, jednak ku mojej zgrozie stała się ona często powtarzaną anegdotą. "Malwino, a pamiętasz..." jest dla mnie sygnałem ostrzegawczym by jak najszybciej się ulotnić.



Nie lubię wspominać swoich początków, bo szło mi bardzo opornie. Potrzebowałam wielu godzin i jeszcze więcej zachęty by załapać najprostsze ćwiczenia. Poza moim pierwszym instruktorem, żaden tego nie rozumiał. Zdaje się, że większość z nich traktowała mnie jako osobę niekompetentną. 

"Treningi" ze mną to był czas żeby zjeść kanapkę, zadzwonić do przyjaciela, raz czy dwa rzucić "zmiana nogi" i odebrać należną kwotę. Bliscy z kolei traktowali konie jako chwilową fanaberię, więc w tym trudnym dla mnie okresie byłam skazana sama na siebie.



To z kolei skłoniło mnie do eksperymentowania. Z czasem zaczęłam zdawać sobie sprawę co przynosi korzyść, a co nie. Moja ówczesna trenerka pozwalała mi robić na maneżu co tylko chciałam. Tak właśnie (metodą prób i błędów) nauczyłam się cofania i początków chodów bocznych (zwróćcie uwagę na słowo: początków). Dopiero później zdałam sobie sprawę, że relacja koń-jeździec i poprawny dosiad są ważniejsze od figur.

Popełniłam mnóstwo błędów, a każde rozwiązanie problemu jeszcze bardziej oddalało mnie od poczucia pewności że coś umiem. Byłam sobą załamana. Mimo uczenia się u wielu ludzi, żaden nie był dla mnie odpowiedni. Bałam się, że to we mnie coś jest nie tak.

Pominę tu część mojej jeździeckiej historii - na opisywanie wszystkich moich trenerów brakuje tu miejsca, a o tym jak zrezygnowałam z jeździectwa pisać nie chcę. Zresztą - nie ma o czym.



Kiedyś w stajni w której jeździłam odbyły się zawody. Nie żadne liczące się - ot, zwykła zabawa. Wszyscy jeźdźcy mogli wziąć udział, i ja, popchana impulsem a może zwykłą żądzą wygrywania (potem okazało się że nie oceniali Cię pod kątem tego jak poszło innym), zdecydowałam się wziąć udział.

Ze swojego "przejazdu" nie pamiętam już niczego. Gdy skończyłam, pani sędzia podeszła do mnie. Nie powiedziała mi zbyt wiele. Jedynie: "jeździsz bardzo lekko, to duża zaleta". Wtedy po raz pierwszy ktoś mnie docenił. Poczułam się szczęśliwa jak nigdy, dostałam motywacyjnego kopa by iść dalej. 

Na treningach dawałam z siebie 100%, co chwilę pytałam się instruktorki czy dobrze siedzę. Może i irytowało ją to, ale bądź co bądź była 
moją instruktorką. Jej zadaniem było pomagać mi. 


Po roku zapragnęłam brać udział w zawodach. Instruktorka spytała się mnie czy wiem ilu to formalności wymaga. Nie wiedziałam. Licencja dotarła do mnie na parę dni  przed startem, ale najważniejsze że dotarła.

Pierwsze zawody były porażką. W trzech słowach: spłoszenie, pomylenie trasy, przedostatnie miejsce. Ta porażka nie była jednak pierwszą, a ostatnią. Końcem początku - tak właśnie chciałam ją potraktować.

Sporo czasu minęło od tych pierwszych zawodów, nagle wszystko się pozmieniało. Przestałam już dawno być jeździecką niezdarą, zyskałam tytuł Tej Co Radzi Sobie Z Każdym Koniem. W ostatnim czasie pracuję z młodymi podrostkami, bo moja aktualna stajnia inwestuje w maluchy. Coraz mniej ważne są dla mnie wyniki, a skupiam się na tym by czerpać przyjemność z każdej chwili spędzonej ze zwierzęciem. 


Moje obecne trenerki wiele mnie nauczyły, choć sądzę że nasza współpraca dobiega końca. Po raz kolejny zmieniam nauczyciela, ale liczę na to że będzie to kolejny dobry wybór. Decyduję się na ten krok bo widzę, że zaczęłam stawać w miejscu. Latem spotkałam wielu dobrych jeźdźców i wspólnie stwierdziliśmy że tak będzie dla mnie najlepiej.

Nie wiem, co mi konie przyniosą następnego dnia - wystarczy mi, że będą przy mnie, jak zawsze gotowe by połaskotać mnie nosem w czasie najgorszego załamania. 

Bo tak na prawdę nigdy nie byłam sama, zawsze przy mnie był koń. Żałuję jak późno to odkryłam.

Malwina

PS. Każdy z nas ma jakąś historię, a przekonuje się o tym dopiero kiedy zaczyna ją opowiadać. Pisząc pierwsze zdania tego postu myślałam tylko o tym, czy dam radę napisać o sobie choćby akapit. Teraz mam ich przed sobą 20, a i tak miejscami mocno skracałam.

Zapraszam Cię do opisania swojej historii - nie musisz zaraz upubliczniać jej (chociaż byłoby mi niezmiernie miło usłyszeć parę słów o Tobie). Jeśli Twoje jeździectwo nie jest jak z bajki, poczekaj. Happy end nadejdzie!

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Filozofia jeździeckiego sukcesu

Filozofia jeździeckiego sukcesu

Nikt nie lubi robić rzeczy, które mu nie wychodzą, a jednak każdy lubi odnosić sukces. Każdy (a przynajmniej wielu) ćwiczy elementy, w których jest słabszy, a jednak poddaje się, gdy tylko napotyka się na niepowodzenie. I to jest właśnie cały paradoks: chcemy odnieść sukces, a nie robimy nic, by go osiągnąć. Jesteśmy źli, bo nic nam nie wychodzi, choć podczas treningu zawsze ćwiczymy to samo. Staramy się? Cóż, na swój sposób. 

Bo prawda jest taka, że nie ważne co w danej chwili trenujemy - czy elementy które są naszymi słabymi stronami, czy też rzeczy które naturalnie wychodzą nam dobrze - musimy dać sobie tak zwany wycisk.

My, jeźdźcy, osoby bynajmniej niezbyt pokorne, zwykle podczas treningów korzystamy z 2 strategii. Albo ćwiczymy tylko te elementy, z którymi nie mamy żadnych problemów (och, najlepiej byłoby poprzestać na stepie...) i pozwalając przy tym wszytskim by nasze ego rosło jak grzyby po deszczu; albo też coś, czego totalnie nie umiemy. 


Problem przy obraniu tych strategii jest taki, że przy żadnej z nich się nie staramy. Po obraniu pierwszej z nich czujemy się jak licealista w przedszkolu. Z kolei po obraniu drugiej zamiast doskonaleniem, zajmujemy się narzekaniem. Nie tylko wtedy nie staramy się, ale też kompletnie nie skupiamy, spinamy i złościmy - a to wszystko jest wyczuwamy przez konia. 

Dlatego powtarzam jeszcze raz: na treningu musimy dać sobie wycisk. Parafrazując moją trenerkę, jeśli ćwiczenie wykonujesz bez trudu, ćwiczenie to jest źle dobrane. Dopiero kiedy robisz coś z trudnościami, rozwijasz się. Idę o zakład, że to ostatnie zdanie to jakiś cytat. Problem tylko, że nie pamiętam czyj. 

Pamiętaj o tym, żeby dobierając ćwiczenia dawać sobie takie, których wykonanie będzie dla Ciebie wyzwaniem. Musi to być na tyle trudne, żeby przynajmniej raz móc zrobić to źle i przynajmniej raz dobrze. To jest właśnie dobre ćwiczenie. 


Po treningu musisz być zmęczony, ale w żadnym razie nie załamany - jeśli tylko Twoja psychika zaczyna siadać, lepiej zejdź z konia. Zwierzę wyczuje Twoje emocje i samo zacznie odmawiać posłuszeństwo. 

Za to nie schodź z konia, kiedy tylko zacznie być trudno. Będzie trudno. Musi być trudno. Tylko wtedy będziesz mógł się rozwijać. I mówię Ci: zobaczysz efekty szybciej, niż się tego spodziewasz. Nie wierzysz mi? Zmarnowałam parę lat wszytskie błędy traktując z przymrużeniem oka oraz ćwicząc jedynie to co szło mi dobrze. A potem trafiłam na trenerkę, której słowa parafrazowałam u góry. Na każdym treningu zaczęłam zaczęłam dostawać ćwiczenia, które były dla mnie wyzwaniem. Były porażki, pełno porażek. 

Ale - i mówię to z czystym sumieniem - w parę miesięcy (pół roku maksymalnie) zrobiłam większy postęp niż przez te parę lat. Warto?

ŚMIEM TWIERDZIĆ, ŻE TAK. 



sobota, 12 sierpnia 2017

Nie chcę być w tym dobra, chcę to kochać

Nie chcę być w tym dobra, chcę to kochać

Czasem mam takie wrażenie, że jeżdżę coraz gorzej. Im bardziej się staram, tym bardziej to wszystko się "rozlatuje" - łydki latają mi na wszystkie strony świata, a podczas każdego podskoku zwierzęcia milimetry dzielą mnie od całkowitego wylecenia w kosmos. Bogu dzięki za grawitajcę. Kto wie, co bez niej stałoby się biednej Malwince, która po prostu chciała pojeździć sobie konno. 


Wszyscy dookoła panują nad swoimi bestiami, a my - jeździeccy nieudacznicy nie umiemy zrobić głupiego dodania mimo lat spędzonych w siodle. Słyszymy o dzieciach, które po roku nauki wygrały zawody rangi niedalekiej od tej Olimpijskiej, a sami na zawodach wyższych niż L pojawiamy się co najwyżej jako widownia. 


Ale wiecie, co? Mam to gdzieś. Kocham konie i tylko dla mnie się liczy. Chcę czerpać radość z kontaktu ze zwierzętami i nie obchodzi mnie, czy przy tym wszystkim będę wygrywać zawody, czy też nie. 


Zdradzę Wam pewien sekret: żeby być szczęśliwym nie trzeba być najlepszym. Wystarczy kochać to, co się robi. I to daje nagrodę stokroć większą od kawałku materiału zwyczajowo zwanego rozetką. 

Zanim więc zaczniesz pakować się na zawody, zastanów się czemu na nie jedziesz. Nie chcę zniechęcić Cię do startów, chcę żebyś się zastanowił. 

Najważniejsze w życiu jest to, żeby być szczęśliwym i dawać to szczęście innym. Wszystko inne się powyższemu podporządkowuje - bo na co komu puchary, pieniądze, praca skoro w środku ten ktoś nie czuje szczęścia? 

Każdy z nas czuje potrzebę bycia szczęśliwym - jedni szukają jej w pieniądzach, inni w karierze, jeszcze inni w sporcie. A ja szukam jej w kontakcie z koniem. 

TAK MAŁO, A DAJE TAK WIELE.

Malwina
Copyright © 2014 JAK LEPIEJ JEŹDZIĆ KONNO? , Blogger
Wypasiony Katalog Stron