Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 lutego 2021

Jak naprawdę wygląda praca z młodym koniem?

Jak naprawdę wygląda praca z młodym koniem?


O pracy z młodym koniem powstało wiele mitów. Że to coś poważnego. Że to takie fajne. Że przyjemne. Że wreszcie stajesz sie  tym, no, odpowiedzialnym jeźdźcem, że wreszcie coś umiesz. Poniekąd to prawda. Nie ma w jeździeckim świecie niczego bardziej ekscytujacego niż obserwowanie malucha, który z brzydkiego kaczątka staje się pięknym łabędziem. Z konia, który wariował na widok liści i który - pomyślećby - nigdy nie zaakceptowałby siodła staje się koniem, który odpowiada na pomoce, angażuje grzbiet. Nie ma niczego bardziej ekscytującego niż być pierwszą osobą, pod którą taki maluch skacze. Kiedy ten pierwszy raz najeżdżasz na przeszkodę i nie wiesz jeszcze gdzie nastąpi wybicie ani jak wysoko skoczycie, więc na wszelki wypadek skracasz strzemiona i modlisz się by tylko znaleźć się po drugiej stronie. 

Nigdy serce nie było mi mocnej niż wtedy gdy widziałam jak mój podopieczny wkręca się w skoki - chociaż wszyscy wiemy, że sama skoczkiem nie jestem. To niesamowite widzieć jak koń ekscytuje się na widok przeszkody, jak jeszcze bardziej przed nią przyspiesza, a Ty choć wiesz że musisz nauczyć go odpowiedniego tempa to jednak nie masz serca. Nie teraz. 

To niesamowite widzieć, kiedy wreszcie to coś zaskoczy. Kiedy dosłownie czujesz jak pod Tobą koń zacznie rozumieć o co Ci chodzi i zacznie dawać z siebie wszystko żeby to osiągnąć. Wreszcie, kiedy zrozumie że to co od niego wymagasz jest dla jego komfortu. Kiedy sam szuka kontkatu, kiedy się rozluźnia, kiedy parska pod koniec treningu, a Ty wreszcie przestajesz się czuć jak beztalencie. Wreszcie, kiedy porównujesz stare zdjęcia i nie możesz uwierzyć, że to co widzisz to ten sam koń. Po cześci dzięki Tobie. 

Ale. To wszytsko zajmuje czas. To wszytsko nie dzieje się z dnia na dzień. I nadejdą takie treningi kiedy przez pół godziny będziesz probować wejść na konia 1.50 w kłębie i przez te pół godziny nie dasz rady. 

Nadejdą takie treningi, kiedy Twoim celem będzie przekłusować jedną długość ujeżdżalni. Bo koń będzie tak się napalać że wszytsko poza stępem będzie samobójstwem. A Ty nieustannie będziesz próbować zakłusować jeszcze raz i jeszcze raz, wiedząc że każda kolejna próba skończy się rodeo z którego nie wiadomo w sumie, czy wyjdziesz cało. W ciągu takich dni zadasz sobie pytanie po co w ogóle to robisz i uwierz mi, nie będzie to ostatni raz kiedy powyższe zagości na Twoich ustach. 

Ludzie będą pytać Cię o nowe sukcesy i postępy, a Ty słuchając ich opowieści o lotnych zmianach nogi i ciągach będziesz uśmiechać Cię pod nosem. Jeśli pokusi Cię by opowiedzieć im jak od tygodnia uczysz konia, że wybieganie pełnym galopem z ujeżdżalni nie jest figurą ujeżdżeniową, nie licz na duże zrozumienie. 

Ucząc się z młodym koniem niejako cofniesz się do początków. Masz dobry dosiad? Co z tego jeśli Twój koń nie jest jeszcze dostosowany by go dźwigać. Cud jeśli wreszcie zaczniesz anglezować, na razie szykuj się na długie godziny w jakże znienawidzonym półsiadzie. Wiesz jak zebrać konia? Trudno, Twój koń tego nie potrafi. Potrafisz przekazać najbardziej trafne pomoce? Jakie będzie Twoje zdziwienie kiedy odkryjesz, że on ich nie rozumie. 

Zacniesz doceniać tak proste i oczywiste rzeczy, że siebie samego będzie to śmieszyć. Jak to żeby iść prosto. Jak to żeby nie zjeżdżać z trasy. Jak to żeby nie uskakiwać na widok bramki. 

Będziesz się trochę tak czuć, jakbyś Ty sam uczył się jeździwectwa od początku. Jakby wszystko było nowością. Z każdym kolejnym koniem jeszcze raz nauczycie się, że cavaletti nie są po to by zjadać małe koniki, że zapięcie popręgu nikogo nie udusi. Cofniesz się do momentu, w którym nie będziesz mógł czegoś zrobić, bo jeszcze tego nie umiesz. I chociaż technicznie rzecz biorąc dałbyś radę, musisz okiełznać swoje ambicje i pójść te parę kroków wstecz. Bo wiesz, że ta tylko parę centymetrów wyższa stacjonata mogłaby na dobre zabić jego zapał do skoków, że to jedno ustępowanie od łydki mogłoby go tylko sfrustrować. Więc nie robisz tego. I chociaż widzisz jak po drugiej stronie ujeżdżalni szykują się do Mistrzostw Polski czy Bóg tylko wie czego, Ty po raz kolejny ustawiasz 30 cm krzyżaka dla swojego młodego. Być może teraz nie ucieknie z ujeżdżalni. 

M. 

MAŁA INFORMACJA

Kochani! Jak zawsze bardzo mocno Was ściskam i jeszcze bardziej dziękuję za bycie ze mną. Nigdy nie sądziałam, że dojdę do momentu, w którym na facebooku znajdę ponad 1000 osób, które chcą na bierząco śledzić mojego bloga. To coś w co naprawdę trudno mi uwierzyć, nawet teraz. Dziękuję Wam bardzo za komentarze, za wiadomości prywatne, za wszystkie ciepłe słowa oraz reakcje pod postami. Wy wiecie, że nie jestem ani najbardziej zorganizowaną, ani najbardziej systematyczną osobą na tym świecie, a jednak dajecie mi tyle wsparcia (dużo więcej niż na to zasługuję), że zawsze z uśmiechem na buzi tu wracam by napisać kolejny wpis. Bardzo Wam za to dziękuję <3 


czwartek, 31 grudnia 2020

Czy patenty jeździeckie są złe?

Czy patenty jeździeckie są złe?

 


Patenty jeździeckie są złe. Czemu? Po prostu. Być może kiedyś ktoś mądry tak powiedział, być może ten mądry ktoś wcale nie był mądry, a może wcale nawet nie istniał. Nie wiadomo. Na wszelki wypadek lepiej nie drążyć tematu, lepiej zamilknąć, lepiej powtarzać że patenty są złe i modlić się by ktoś pośrodku zażartej kłótni nie wygarnął Wam, że wiecie co to czambon. Poniekąd jest w tym racja i jeśli myślę o tym, co patenty zrobiły w nieodpowiednich rękach to może i lepiej by nikt nigdy nie wpadł na to, by wprowadzać je do przemysłu jeździeckiego. A jednak czasem używam go, tego rzekomego narzędzia tortur i stwierdzam, że czasem, ale tylko czasem, patent może pomóc. Ten post nie ma na celu nikogo do czegokolwiek zachęcać ani zniechęcać, a jedyne czego chcę to by wreszcie przestać demonizować rzeczy, które nie są ani białe, ani czarne. A zatem do dzieła. 


Pokora 


Myślę, że w szczególności w tak delikatnej kwestii warto zacząć od jakże mało nowoczesnego słowa. Pokora. W jeździectwie potrzebujemy jej jak nigdzie indziej, a jednocześnie brakuje nam jej jak niczego innego. To chyba tu leży największy problem z patentami. Bo gdyby jeźdźcy używali ich w celu w jakim zostały stworzone - czyli żeby wskazać koniowi w jaki sposób pracować i pomóc przy wzmocnieniu mięśni - nie byłoby problemu. A jednak gdzieś nastąpił błąd i patenty stały się prostym sposobem by bez większych umiejętności i z zerowym nakładem czasu dojść do miejsca, do którego mistrzowie dochodzili latami. Wystarczy przypiąć do wędzidła dwa paski, ścisnąć odpowiednio mocno i koń nie posiadający żadnych mięśni jest zebrany. A że plecy wklęsłe, że zad gdzieś daleko, to może sędzia nie zauważy. 


Zanim zaczniemy używać patenty musimy zastanowić się po co nam one, czy na pewno są potrzebne, a także czy ich użyciem nie chcemy tuszować naszych własnych braków. Bo niestety, ale nie tędy droga. 


Trener


Wydaje mi się, że dobrym rozwiązaniem byłoby gdyby jeźdźcy przestali bawić się patentami na własną rękę, a zaczęli korzystać z nich pod okiem kogoś, kto zna się na rzeczy. Niestety takie myślenie jest nieco utopijne, bo doświadczenie podpowiada mi, że tytuł trenera nie zawsze idzie w parze ze zdrowym rozsądkiem, powiedziałabym raczej że zachodzi tu zjawisko odwrotnej korelacji, ale to chyba już temat na inny post. 


I wiem, że zdążają się instruktorzy, którzy swoim podopiecznym już w szkółkach dają do rąk patenty. Bo dziecko nie umie poradzić sobie, bo tak bezpieczniej. Powiem tak. Nie mnie to oceniać. 


Ale gdzieś tam, gdzieś w idealnym i nieistniejącym świecie są trenerzy, którzy proponują użycie patentów tylko wtedy, gdy jest to pomocne. Czyli... no właśnie... kiedy? 





Dla kogo są patenty?


Patenty nie są dla jeźdźca, tylko dla konia. Myślę że to zdanie (wypowiadane wielokrotnie przez moich trenerów) mogłoby stanowić sedno mojego postu. Patenty nie służą temu żeby skorygować błędy ręki, ani by pomóc niedoświadczonemu jeźdźcowi. Jedyną rację bytu ma patent w przypadku konia, który ma pewne problemy nawet pod doświadczonym jeźdźcem i wtedy tenże doświadczony jeździec może ich używać. Ale też nie by wymusić jakąś pozycję głowy, ale by bardziej wskazać jaką drogą podążać. Ostateczny efekt powinien być taki, że koń zaczyna pracować grzbietem. Jeżeli tak się nie dzieje - wywalamy patent. 


Ja na przykład używam wypinaczy podczas lonżowania. Praktycznie zawsze. Wychodzę z założenia, że co jak co, ale na loży to naprawdę działa. Z doświadczenia widzę, że konie lepiej angażują grzbiet i zad (pamiętajcie że to o nie w jeździectwie chodzi), a to sprawia że lonżowanie nie jest bezsensownym bieganiem w kółko, a koń faktycznie buduje swoje mięśnie. 


Inna sytuacja to gdy koń jest tak "zniszczony" że gdy jeździ pode mną to czuję jak bardzo ma wklęsły grzbiet i widzę, że jazda na nim pogłębia problem, a ja nic z tym nie mogę zrobić. Wtedy idę do kogoś mądrzejszego ode mnie, pytam co zrobić i czasem odpowiedzią jest "a spróbuj z patentem". No i próbuję. 


Myślę że najważniejsze w patentach jest to, by obserwować jaki wpływ wywierają na konia. Bo pamiętajmy że każdy koń jest inny i co dla jednego jest pomocą, innemu zrobi krzywdę. Jeżeli tylko widzimy pierwsze oznaki dyskomfortu to, do cholery, przestańmy. Ale jeżeli widzimy, że koń zaczyna budować mięśnie grzbietu i praca staje się coraz lepsza, to czemu by nie kontynuować? 


Myślę że odpowiedzią na wszystko jest zdrowy rozsądek i wyczucie. A jeżeli ktoś go nie ma, to niech chociaż pamięta że mniej zawsze znaczy więcej. 


M.


MAŁA INFORMACJA


Jeszcze raz bardzo dziękuję wszytskim tym, którzy dotarli ze mną aż do końca. Dziękuję Wam za wiadomości, za komentarze, za reakcje pod postami i lajki na facebooku. To bardzo wiele dla mnie znaczy <3 Dziękuję przede wszytkim za to, że jesteście i życzę wszytkiego dobrego w zbliżającym się Nowego Roku!

sobota, 22 sierpnia 2020

Jak oduczyć konia twardego w pysku stawiania oporu?

Jak oduczyć konia twardego w pysku stawiania oporu?

Konie twarde w pysku to codzienność, codzienność z typu tych, które sami sobie zgotowaliśmy. Nie możemy mieć pretensji do nikogo innego jak tylko do nas samych, do naszych krzywych kręgosłupów, spiętych mięśni i zaciśniętych palców. To wina zbyt ostrych wędzideł w stosunku do zbyt małych umiejętności i zbyt dużych ambicji w stosunku do zbyt małej wiedzy. To wina bólu, który zadaliśmy całkiem nieświadomie, bólu, przez który jeździectwo staje się karykaturą. A koń broniąc siebie, swój jakże wrażliwy pysk i, nieprzystosowany by nas wozić, kręgosłup, zapiera się przed dyskomfortem czym tylko się da, całym swoim ciałem. Zamiast swobodnie ruszać grzbietem, spina go i usztywnia, drobi małe kroczki. Wreszcie, czując nieustanną presję na pysku, bądź też sporadycznie odbijające się o zęby wędzidło (w przypadku jeźdźca jeżdżącego bez kontaktu, bo tak naturalnie i tak nie boli) zaczyna napierać na źródło dyskomfortu. U koni naturalną reakcją na napieranie jest napieranie. Dlatego właśnie im bardziej ciągniemy za wodze, tym bardziej koń ciągnie, czyniąc jeździectwo podobne do przeciągania liny. 


By pracować z koniem twardym w pysku, trzeba przede wszystkim nie sprawiać dyskomfortu. Dobry dosiad to podstawa wszystkiego, podstawa,  która jednak nie wystarcza. Koń nauczony by się bronić przed kontaktem, nie wie, że można inaczej. I dlatego właśnie trzeba go nauczyć jak wygląda poprawną jazda. Przede wszystkim, trzeba uzbroić się w cierpliwość. Trzeba też iść na kompromisy - ze swoimi ambicjami, bo oczekiwanie szybkich rezultatów to droga donikąd. Im szybciej nauczymy się w jeździectwie cieszyć z małych sukcesów, tym lepiej dla nas bo unikniemy poczucia rozgoryczenia.   

Żeby wytłumaczyć jak ja rozumiem prawidłową pracę z pyskiem konia (czy to "twardego" czy "miękkiego") powołam się na słowa Nuno Oliviera. Mogłabym oczywiście użyć swoich własnych słów, ale po co jeśli Mistrzu zrobił to tak trafnie, że ja bym tylko popsuła. 

Pozwólcie, że powtórzę. Niech Twoje ręce będą jak beton, kiedy koń się opiera i jak masło, kiedy ustępuje. Śmiem twierdzić, że jeśli jeźdźcy umiejętnie stosowali by się do tych słów, koni twardych w pysku by nie było. Bo wszystkie problemy z kontaktem (no dobra, może nie wszystkie. Ale dużo.) zaczynają się, gdy jeździec zapomina o tej "drugiej" roli ręki. Ręka w jeździectwie nie jest ani masłem, ani betonem. W zależności od sytuacji (czytaj: od tego jak zachowuje się pysk) musi dostosować się i albo stać się twarda, albo miękka. 

Jeżeli koń jest twardy w pysku w danym momencie, ręka musi być stanowcza, zamknięta. Koń nie może bowiem opierać się jej działaniu. Trzeba "sprowokować" konia, by ten odpuścił. Jeżeli tak się stanie, jeszcze w tej samej sekundzie ręka ręka musi ustąpić, a kontakt (choć nadal utrzymany) musi być jak masło. W ten właśnie sposób koń uczy się, że warto odpuszczać. Należy dążyć do tego, by robił to jak najszybciej, a gdy tylko odpuszcza - nagradzać go zmiękczeniem ręki. Koń właśnie w ten sposób się uczy - dąży do tego by presja (oczywiście krótkotrwała!!!) była odpuszczana i w ten sposób uczy się odpuszczać. Odpuszczać czyli przestać zaciskać zęby, rozluźnić szczęki, miękko podążać za ręką. 



Szkoleniu właśnie na tym polega - na naprzemiennym dozowaniu presji i odpuszczania. Presja powinna trwać tylko chwilę, ułamek sekundy i od razu powinna być przerywana (w przeciwnym wypadku koń zacznie napierać na pomoc - czy to będzie ręka czy łydka).  

Moja trenerka zawsze mówi mi swoje słynne zdanie: "push and let go". Czegokolwiek w danym momencie nie wymagasz, po trwającej chwili presji musisz odpuścić. Nawet jeżeli koń nie zareagował w 100% idealnie, ważne żeby zrobił mały kroczek do przodu. Koń w ten sposób uczy się, że opłaca się odpuszczać napięcie w swoim pysku i z każdym kolejnym ćwiczeniem robi to coraz szybciej i chętniej. 

Ponadto, wywołując krótką presję zamiast ciągnięcia, uniemożliwiamy koniowi zawieszanie się na wodzy i wieszanie na naszych rękach (a w końcu tym jest koń twardy w pysku). Wywierając presję (wybaczcie za to stale powtarzające się niefortunne słowo), a następnie zabierając ją a więc i oparcie na którym koń mógł się "uwięzić", uczymy konia że nie może on przeciwstswiać się naszym rękom. 



Bardzo ważne jest, by nie pracować z koniem mechanicznie, ale wyczuwać w to nad czym akurat się pracuje. Wyczucie pomaga stwierdzić czy koński pysk opiera się i należy być "jak beton" czy już się rozluźnił. Trzeba działać bardzo szybko i widzieć choćby ledwo odczuwalne zmiany. Pamiętajcie również o tym, że presja sama w sobie nie może być długa, bo w przeciwnym razie koń uwiesi się na wędzidle i  zacznie mu opierać jeszcze bardziej. 

W słowach mojej trenerki "push and let go", część "let go" jest równie ważnym komunikatem co "push". To bowiem właśnie wtedy jest czas, by koń polubił się z naszą ręką i odkrył jaki przyjemny potrafi być kontakt jeśli się tylko odpuści. 

Ostatecznie najważniejsze jest to, co dzieje się w naszej głowie. Nie chodzi o to żeby rytmicznie poruszać palcami, zaciskać je i rozluźniać (choć z boku może to tak wyglądać). Polega to prędzej na tym, by czuć, że najpierw robię to, potem to i widzę jak koń reaguje. Jeśli tylko reaguje źle - mogę swoją pracę skorygować. 

Podsumowanie

To co najważniejsze, żeby z tego postu wyciągnąć to fakt, że nasze ręce mają dwie funkcje - mogą być masłem lub betonem. Umiejętnie korzystając z tej informacji, naprzemiennie pracując presją i odpuszczaniem, nauczycie konia by chętnie przyjmował kontakt i nie przeciwstawiał się ręce.

I chociaż w teorii brzmi to całkiem prosto, o tyle opanowanie tego w praktyce zajmuje niekiedy i całe życie. Wiem coś o tym, bo pisząc o jeźdźcach twardych, sztywnych i nieumiejących jeździć nie myślę wcale o jakiś fikcyjnych postaciach, ale przede wszystkim o sobie. Ale nie opuszczam głowy, wręcz przeciwnie, idę dalej  dając z siebie coraz więcej, bo wiem, że nie robię tego dla siebie, ale dla wszystkich koni, na których przyjdzie mi jeszcze jeździć. Z czystym sumieniem mówię, że jest warto. 

M. 

MAŁA INFORMACJA

Bardzo Ci dziękuję jeśli dotarłeś aż tutaj ❤️ To bardzo wiele dla mnie znaczy. Jeżeli post pomógł Ci zrozumieć (chociaż troszeczkę) jak powinna działać ręka jeźdźca - nie zapomnij zostawić pod nim reakcji. Jeżeli masz coś do dodania, a może jeszcze czegoś nie rozumiesz lub też nie zgadzasz się ze mną zupełnie - sekcja komentarzy jest odpowiednim miejscem, żeby powiedzieć co myślisz.

Równocześnie zapraszam Was do odwiedzenia mnie na Facebooku, będzie mi bardzo miło ❤️ za każde wsparcie jeszcze raz dziękuję i ślę pełno buziaków!


wtorek, 18 sierpnia 2020

W KTÓRYM MOMENCIE PRZESTAJEMY BYĆ POCZĄTKUJĄCYMI? PO CZYM POZNAĆ DOBREGO JEŹDŹCA?

W KTÓRYM MOMENCIE PRZESTAJEMY BYĆ POCZĄTKUJĄCYMI? PO CZYM POZNAĆ DOBREGO JEŹDŹCA?

Bardzo lubię rozmawiać z jeźdźcami i mówię to bez cienia sarkazmu. Lubię szczególnie początkujących, tych co dopiero co zaczynają i z jeszcze nieskażonymi umysłami próbują zrozumieć nasz jakże skomplikowany świat. Lubię ich zapał i to jak ze świecącymi się oczami opowiadają mi o pierwszej lonży, pierwszym zakłusowaniu, pierwszym samodzielnym galopie, skoku. Zawsze mam ochotę wtedy zapytać - a, to Ty jeszcze nie wiesz? Jeszcze nie wiesz ile nocy będziesz płakać bo nie umiesz czegoś zrozumieć, bo nie umiesz tego zrobić choć to logiczne? Ty jeszcze nie wiesz że chociaż będziesz i galopować i skakać to i tak zanim nazwiesz się dobrym jeźdźcem minie wiele czasu i łez? Zwykle jednak gryzę się w język i nic nie mówię. 

Jeźdźcy, szczególnie Ci początkujący, chociaż nie tylko, często zadają mi jakże nurtujące pytanie - kiedy wreszcie przestaje się być początkującym. W końcu każdy kto zajmuje się sportem chciałby nazywać się mistrzem, ekspertem w swojej dziedzinie. W jakiś sposób to nawet rozumiem. Niestety jednak w jeździectwie nic nie jest tak proste.

Są różne teorie. Że dobrym jeźdźcem staje się gdy tylko zejdzie się z lonży. Że gdy zacznie się samodzielnie galopować. Skakać. Inne, że potrzeba do tego licencji. Brązowej. Srebrnej. Jeszcze inne, że trzeba brać udział w zawodach,  osiągać określone wyniki albo jeździć określoną liczbę lat. Dwa, pięć, dziesięć. Z żadną z nich się nie zgadzam. 



Według mnie dobry jeździec zaczyna się wtedy gdy siedząca na koniu osoba nie tylko na tym koniu wysiedzi, utrzyma się i wyegzekwuje swoje prośby (choć to oczywiście wymagana podstawa bez której ani rusz), ale przede wszystkim potrafi z tym koniem pracować. To osoba, która wsiadając na sztywnego konia będzie tak z nim pracowała, że go uelastyczni. To osoba, która nauczy nieposłusznego konia szacunku. Osoba, która nauczy konia twardego w pysku elastycznego kontaktu. To taki ktoś, komu możesz dać Twojego konia w ciemno, bo wiesz że nie tylko go nie zepsuje, ale wręcz mu pomoże. Dobry jeździec to ktoś, kto rozumie, że jeździectwo nie polega wożeniu swojego tyłka w siodle, ale na szkoleniu zwierzęcia. Bo w jeździectwie nie tyle chodzi o człowieka, co o konia. 

Ostatnio moja znajoma spytała mnie czy może wsiąść na mojego konia. Osoba poruszająca się sprawnie w trzech chodach, potrafiąca skakać, nawet jakieś malutkie zawody na koncie. Zgodziłam się. Wzięłam ją na parę minut lonży i niestety szybko musiałam stwierdzić, że nowy jeździec mojemu koniowi wcale nie przypadł do gustu. Koń zesztywniał, unikał kontaktu i wyglądał jakby w pracy cofnął się o parę miesięcy wstecz. Kiedy indziej z kolei na mojego konia wsiadła doświadczona trenerka. Chociaż na samym początku koń zachowywał się tak samo jak pode mną, wystarczyło pół godziny jej umiejętnej pracy by koń przeszedł metamorfozę. To właśnie pokazuje, że w zależności od tego kto siedzi w siodle, ten sam koń może zachowywać się bardzo różnie. Nic oczywiście nie dzieje się samoistnie, jeździec nie przekazuje komunikatów za pomocą telepatii. Wręcz przeciwnie, dobry jeździec pracuje, umiejętnie używając swoich trzech pomocy, a także dobierając odpowiednie ćwiczenia do potrzeb i umiejętności konia. Zwykle taki jeździec wie jednak, że szkolenie zajmuje czas i nie oczekuje szybkich efektów. Bo w jeździectwie co szybkie, to z reguły niepoprawne. 



Jak więc stać się dobrym jeźdźcem? Na samym początku musimy nauczyć się po prostu utrzymać na koniu. Dla naszego aparatu ruchu jest to bardzo nowa i jakże niebezpieczna sytuacja, do której ciało musi po prostu przywyknąć. Na samym początku nawet stęp potrafi być wyzwaniem dla nieprzyzwyczajonych mięśni i stawów. I chociaż ambicje galopują już po najwyższych parkurach, to tej fizycznej bariery się nie przeskoczy. Ciało musi przyzwyczaić się do nowej sytuacji, mięśnie dotąd nieużywane muszą się wzmocnić, błędnik nauczyć równowagi. Po stępie przychodzi kłus, galop. Dopiero gdy jeździec siedzi już w miarę pewnie, może myśleć o tym by nie tylko siedzieć, ale by robić to z klasą. Przychodzi czas na szkolenie swojego dosiadu, do czego potrzeba trochę wiedzy teoretycznej, jazd bez strzemion i przede wszystkim dużo praktyki. Dopiero jeździec mający dobry dosiad przestaje być dla konia niewygodnym pasażerem i przestaje sprawiać dyskomfort, jest po prostu neutralny.  



Równolegle jeździec powinien uczyć się, by kierować koniem. Uczy się jak poprosić o zatrzymanie, o ruszenie do przodu, zrobienie koła, zagalopowanie i wiele innych. W ten sposób przestaje być  biernym pasażerem, przybiera na koniu pozycję tego, co decyduje o sytuacji i uczy się że żeby osiągnąć efekty to on (a nie koń) w hierarchii musi być ustawiony wyżej, jako ten co wydaje komendy. Bardzo nie lubię szkółek ze względu na to, że nie zawsze dają swoim adeptom możliwość nauczenia się tych umiejętności. No bo jak kiedy zastęp składa się z sześciu koni i każdy kolejny idzie tam, gdzie widać tyłek poprzedniego? 

Żeby kierować koniem, trzeba używać pomocy i jeździec, na początku nieporadnie, uczy się by ich pracę koordynować. Na samym początku kopie by ruszyć i ciągnie za pysk by zatrzymać. Z czasem dopiero uczy się odpowiedniego natężenia i precyzji. W tym samym czasie rozwija się wyczucie - jeździec zaczyna czuć kiedy i w jaki sposób oddziaływać na konia. 



Wreszcie, gdy wszystkie powyższe umiejętności są w miarę opanowane (bo w 100% się nie da, taka smutna prawda), ten sam jeździec zaczyna widzieć błędy i niedociągnięcia u konia. Na początku się frustruje i nie wie co ma z nimi zrobić. Potem uczy się nazywać je po imieniu i, chociaż nadal nie umie z nimi pracować, to jest o krok milowy dalej bo wie przynajmniej NAD CZYM na pracować. Jeżeli ma dostęp do dobrej literatury i rozsądnego trenera, to powoli zacznie rozumieć przyczyny problemów  i w jego głowie pojawi się plan działania. Metodą prób i błędów będzie starał się uzyskać u konia poprawę i jeśli  mu się uda chociaż w małym stopniu - wtedy w moich oczach przestanie być początkującym jeźdźcem. 
Co nie oznacza, że droga przed nim nie jest długa, znacznie dłuższa od tej, którą zaczynał.

M.

MAŁA INFORMACJA

Przede wszystkim bardzo Wam wszystkim chciałam podziękować. Dziękuję za to że nadal tu jesteście, że nadal mnie czytacie, piszecie do mnie (nawet jeżeli w ostatnim czasie odpisywałam ze znacznie większym opóźnieniem - za to przepraszam), a także odwiedzacie mojego Facebooka. To bardzo wiele dla mnie znaczy. 

Jeżeli podobał Wam się post, koniecznie zostawcie pod nim reakcje, a jeśli jeszcze tego nie zrobiliście - odwiedźcie mojego Facebooka by na bieżąco dostawać informacje o nowych postach. Trzymajcie się ciepło ❤️



sobota, 22 czerwca 2019

3 RZECZY O KTÓRYCH MUSISZ WIEDZIEĆ ZANIM ZACZNIESZ PRACOWAĆ Z ZIEMI

3 RZECZY O KTÓRYCH MUSISZ WIEDZIEĆ ZANIM ZACZNIESZ PRACOWAĆ Z ZIEMI

Jeżeli Twoja najnowsza pensja została wydana na kolejne różowe halterki, połowa obserwowanych przez Ciebie stron na instagramie to te z pokroju Alicji Burton i wreszcie, tęsknym wzrokiem i ze łzą wzruszenia w oku przyglądasz się Twojemu rumakowi widząc go radośnie podchodzącego do Ciebie podczas join-upu jeszcze zanim Ty go o to poprosisz - wiedz, że wpadłeś w to po uszy. Najprawdopodobnej nie wiesz jeszcze na co się piszesz. Nie martw się, ja też nie wiedziałam. Oto 10 rzeczy, które prędzej czy później dowiesz się pracując z koniem z ziemi. 

1. 

Przyjdzie taki moment, a z przyjemnością nie będzie on miał niczego wspólnego, że zrozumiesz czemu nikt nie przeprowadza join-upu na otwartej przestrzeni. Jeden raz kiedy spróbujesz odgonić swojego konia na ujeżdżalni 60 na 40 i spalisz wszystkie zbędne kalorie z ostatnich trzech miesięcy, a Twój krokomierz osobiście wyśle Ci medal jako najbardziej fit osobie w całym województwie. Jak byś się mimo wszystko zastanawiał: nie, nie warto. 

Nie chodzi nawet o to, że Twój koń do Ciebie nie podejdzie, bo i takie cuda się zdarzają i to nawet często bym powiedziała. Chodzi tu raczej o odległości, a raczej o respekt do Twoich pomocy który maleje z każdą foulą o którą koń się od Ciebie oddala. 

Bo join-up wygląda wtedy tak, że Ty radośnie odganiasz konia ze środka ujeżdżalni, on radośnie odbiega i zatrzymuje się na drugim jej końcu. I co? I możesz sobie machać tymi rękami i świstać batami, ale mu - oddalonemu o 20 metrów - wisi co tam w oddali właśnie robisz. Więc żeby zachować jakiekolwiek resztki pogwałconego autorytetu musisz pobiec na ten drugi koniec ujeżdżalni (on w tym czasie zdąży się wytarzać, zrobić kupę i poparskać do kolegów na pastwisku) i dopiero wtedy znowu go od siebie odgonić. On ucieknie 60 metrów, zatrzyma się i najprawodpodobniej z lubością pomyśli, że właśnie znalazłaś bardzo fajną zabawę i wcale nie jesteś taka sztywna jak zawsze myślał, a Ty pomyślisz że prędzej zajmiesz się powożeniem niż powtórzysz to po raz drugi. 




2. 

Kiedy już nauczysz się, że jak join-up to tylko na round penie, najprawodpodobniej poznasz uroki pracy na świerzym powietrzu. Round pen zwykle znajduje się bez zadaszenia i w lekkim oddaleniu od stajni, tak by poważni ludzie nie widzieli całego cyrku który odwalacie ze swoim kucykiem i generalnie ma to swoje plusy. Natura jest w końcu taka miła i ostatnio badzo modne stało się wychodzenie z domu czyli stajni więc wiesz...

Jedynym problemem są warunki atmosferyczne, które czasami są równie przychylne do Twoich pomysłów co Twój koń. Delikatna mżawka nie jest zła, ale mżawka bardzo łatwo potrafi przekształcić się w wielką ulewę i wichurę, a te warunki nie sprzyjają waszemu "połączeniu". Nie wiem czy kiedykolwiek próbowaliście nakłonić konia żeby podszedł do was kiedy krople deszczu spadały z  nieba  z prędkością piły maszynowej, a wiatr uginał wszystkie pobliskie drzewa. Nagle koń, który przejawiał wszystkie oznaki chęci podejścia do Was zmienia się w dzikiego mustanga i znowu musisz go gonić, starając się desperacko zarzucić lonżę na jego szyję. Zwykle kiedy udaje Ci się, akurat przestaje padać.

Wracając przemoczona do stajni musisz udawać że nic się nie stało i że nie widzisz kpiącego uśmiechu na twarzy stajennego.  



3. 

Być może te sytuacje sprawiły, że już nigdy więcej nie podejmiesz próby pracy na wolości. Praca Montego Robertsa jest w końu sfotoszopowana, a żadnemu normalnemu jeźdźcowi się to nie udaje. Poza tym, Twój koń i bez tego jest wystarczająco dziwny. 

Postanawiasz zakupić drogi sprzęt i spróbować pracy na lonży, z jakimś systesem typu pessoa czy nowoczesnym pasem do lonżowania. Twój koń szybko nauczy Cię jednak, że nawet głupi pas do lonżowania da się zepsuć. Szkoda nawet gadać...

A jeżeli i tak pomyślisz, że nie mogło być już nic gorszego, to uwierz, mogło - bo ktoś mógł właśnie wejść na ujeżdżalnię i ze zdziwnieniem spytać Cię robisz. Uwierzcie, bardzo trudno znaleźć sensowną odpowiedź. 

Malwina

MAŁA INFORMACJA

Jeżeli tak jak ja macie podobne doświadczenia z pracą na wolności, a może przeciwnie - jesteście w tym naprawdę dobrzy i czytacie moje posty ze zwyczajnej litości - byłabym bardzo wdzięczna za wszystkie lajki i serduszka pod moim postem. Jeżeli właśnie to czytasz to bardzo dziękuję Ci że ze mną jesteś i że dotrwałeś do końca tego wpisu. To naprawdę bardzo miłe <3 A jeżeli masz jakieś jeździeckie pytanie, to pamiętaj że zawsze możesz do mnie napisać. Skrzynkę sprawdzam prawie że codziennie, a jeżeli nie odpisuję to znaczy że zaraz odpiszę. Do usłyszenia! 

sobota, 11 maja 2019

Czasami trzeba odpuścić

Czasami trzeba odpuścić

Czasami zobaczysz jeden błysk końskiego spojrzenia i już wiesz, że to jest to. Wystarczy ten ułamek sekundy, ta jedna chwila by całkowicie się w tym zatracić, a potem jeszcze zatracić wszystkie swoje pieniądze i przyjaciół, którzy nie zawsze okazują się wystarczająco wyrozumiali. Ty jednak wiesz, że to jest to. Jesteś gotowy przeznaczyć każdą chwilę swojego wolnego czasu na wyczesywanie sklejek z brudnego boku Twojego ukochanego, jesteś gotowy zmienić szpilki na sztyblety i wreszcie - oddać całe swoje serce tej niezrozumiałej istocie o ogromnych oczach. Być może, a jest to całkiem prawdopodobne, nawet nie zdałeś sobie sprawy kiedy dokładnie stałeś się Jeźdźcem. 

Marzenia mamy różne. Większość z nas po prostu chce być dobrym w tym co robi. Nie ważne czy troszczymy się przy tym o dobro konia czy też o dobro własne w postaci rosnącego ego po kolejnym wygranym konkursie, w gruncie rzeczy w jednym celu czytamy wszystkie te poradniki i spędzamy kolejne żmudne godziny ćwiczeń. Chcemy być dobrzy. 

Wreszcie, po godzinach spędzonych na lonży, miesiącach kłusa ćwiczebnego i latach treningów, w których właściwie nie wiadomo o co dokładnie chodziło, zaczynamy słyszeć że właściwie to nie jesteśmy tacy źli. Że wypadałoby by w naszym życiu pojawił się wreszcie ten jedyny. Własny koń. 

Czasami jest naprawdę fajnie. Czasami koń okaże się cudownym, doświadczonym i mądrym zwierzęciem, który wprowadzi nas w świat zawodów i obróci nasze życie do góry nogami w sensie jak najbardziej pozytywnym. Nie zawsze tak jednak jest. W moim wypadku tak nie było. 

Zgredek, bo taki przydomek zyskał mój ukochany, jest koniem o wielkim sercu. Początki układały nam się bardzo dobrze, a ja w ciągu pięciu miesięcy naszej wspólnej pracy zrobiłam tak duży postęp, że patrząc w ujeżdżeniowe lustro myślałam sobie: wow, Malwa, jak Ty cudownie siedzisz - chociaż nigdy wcześniej mi się tak nie zdarzało. 

Od samego początku wiedziałam, że Zgredek - podobnie zresztą jak wiele koni - mierzy się z problemami ze swoim kręgosłupem. Od zawsze wiedziałam, że praca z nim wymaga wysiłku i dużej odpowiedzialności, ale mówiąc szczerze - myśl ta miło karmiła moje ego. W końcu wiecie, wreszcie mogłam wykazać swoje umiętności trenowania trudnych koni. 

Przez ostatnie miesiące szło nam naprawdę dobrze. Zgredek nadbudował mięśnie grzbietu i z czasem zaczął wyglądać bardziej jak koń ujeżdżeniowy niż niewypierzony źrebak. Los chciał jednak żebym skontaktowała się z zaprzyjaźnioną osteopatką. Analiza kręgosłupa wykazała, że nawet moje marne 50 kg nie są ciężarem, który jest w stanie dźwigać zbyt słaby kręgosłup mojego konia. Jeżeli chcę by Zgredek mógł kiedyś jeździć w sposób poprawny, muszę pożegnać się z siodłem na najbliższe parę miesięcy i w tym czasie nadrobić wszystkie braki pracą z ziemi, z pessoa na przykład. 

Brzmi bardzo poważnie i jestem pewna, że wiele osób z chęcią przystałaby na taką propozycję, ale to co pojawiło się w mojej głowie nie było z początku niczym pozytywnym. Bo jak to? Nie wsiadać na konia? Jak to - mieć konia i codziennie go tylko lonżować? I to nie w sposób normalny, ale ze speacjalnymi linkami i sznurkami mającymi podtrzymywać zad i kręgosłup i które Bóg wie jak działają? No niestety, właśnie tak. 

Czasami trzeba odpuścić. Czasami trzeba odpuścić choć to nic nie daje, nie czyni nas lepszymi jeźdźcami, ale jednak trzeba odpuścić - bo wewnętrznie wie się, że tak będzie najlepiej. Nie przestaję jeździć konno z myślą, że od tego stanę się lepszym jeźdźcem i że sprawi to, że osiągnę wielki sukces. Nie, robię to wiedząc, że moje mięśnie potencjalnie mogą wyjść z wprawy, że mój dosiad potencjalnie może stać się gorszy i że tracę czas, który mogłabym poświęcić zawodom. Są jednak rzeczy ważne i są rzeczy jeszcze ważniejsze. Jedną z takich rzeczy jest zdrowie mojego konia. 

Najbliższe miesiące spędzę bez oficerek, w zwykłych trampkach zwyczajnie lonżując mojego konia i patrząc jak inni skaczą coraz wyższe parkury. Czy jest mi smutn? Może trochę. Wiem jednak, że robię to co powinnam i to sprawia, że czuję się naprawdę szczęśliwa. 

Malwina

MAŁA UWAGA

Jak łatwo możecie się domyślić, tematyka bloga w najbliższym czasie zacznie się obracać bardziej wokół zagadnień dotyczących pracy z ziemi, co będzie zresztą naturalnym biegiem rzeczy. Szykujcie się w każdym razie na wpisy o pessoa, ćwiczeniach na podwójnej lonży, a także wszelkich porad na temat budowania mięśni poprzez pracę z ziemi. 

Jak zwykle bardzo dziękuję Wam za wszystkie łapki i serduszka pod poprzednimi postami - proszę, nie przestawajcie ich klikać bo nawet nie wiecie ile radości mi sprawiacie Waszymi rekacjami <3 Buziaki kochani i do usłyszenia! 

niedziela, 17 lutego 2019

Wszystko o galopie na dobrą nogę

Wszystko o galopie na dobrą nogę

Jeżeli w ostatnim z moich postów tłumaczyłam Wam jak zagalopować i czemu ponad połowa populacji młodych jeźdźców podchodzi do tego niepoprawnie, teraz zdecydowanie przyszedł czas na małą wzmiankę o galopie na dobrą nogę. Z tym galopem na dobrą nogę to jest tak, że każdy o nim słyszał, większość nie rozumie, a jednak prawie nikt nie ma z nim większych problemów. Bo prawda jest taka, że o ile jest to możliwe, każdy porządny koń sam z siebie dąży do tego, by zagalopować na dobrą nogę. Finito. 

Skąd jednak w ogóle wzięło się całe to dziwne stwierdzenie i czemu tak bardzo zależy nam na patrzeniu na jakąś tam nogę? Szukając przyczyny musimy bliżej przyjrzeć się biomechanice końskiego ruchu czyli po prostu zastanowić czym tak naprawdę jest galop. O ile stęp polega na takim sobie zwyczajnym chodzeniu, a kłus jest odpowiednikiem ludzkiego truchtu, o tyle galop przypomina mi najbardziej radosne podskoki małej sarenki. Galop jest jednak o tyle dziwny, że koń skacząc nie robi tego jak królik, to znaczy nie skacze symetrycznie unosząc raz przednie a raz tylnie nogi, ale robi to właśnie w sposób bardzo niesymetryczny, tak że zawsze jedna z jego stron (prawa lub lewa) robi ten ruch jako pierwsza, a druga ze stron jedynie "doskakuje" do tej strony prowadzącej*.


Jak łatwo się domyślić, właśnie na podstawie tego która strona jest stroną "prowadzącą" a która jest "doskakującą" możemy bardzo wiele o galopie powiedzieć (między innymi to czy jest na dobrą nogę czy nie).

Poprawne jest gdy stroną "prowadzącą" czyli "inicjującą" galop jest wewnętrzna strona konia. Oznacza to, że jeżeli mamy galopować na ujeżdżalni, ta strona która jest bardziej oddalona od płotu a bliżej położona wnętrza ujeżdżalni będzie stroną, która będzie bardziej z przodu i od której będzie zaczynał się ruch. Jeżeli koń będzie tak galopował, śmiało możemy powiedzieć, że galopuje on na dobrą nogą. 

Odwrotnie wygląda sytuacja, gdy koń galopuje na złą nogę (co w ujedżeniu podczas niektórych figur nazywa się kontrgalopem). Wtedy też jego stroną "prowadzącą" jest strona zewnętrzna, czyli ta położona bliżej płotu. 

Ktoś mógłby teraz spytać się czemu to takie ważne która ze stron "prowadzi", a która "doskakuje". Odpowiedź w rzeczywistości jest bardzo prosta. Wszystko dzieje się ze względu na wygodę zwierzęcia, któremu dużo łatwiej jest galopować na dobrą nogę niż na złą. Żeby dobitniej pokazać Wam jak bardzo jest to dla konia ważne, radziłabym wyobrazić sobie konia galopującego po kole. Jeżeli koń galopuje na dobrą nogę, jest się w stanie spokojnie wygiąć. W przypadku galopu na złą nogę wewnętrzna tylna noga konia niejako zostaje "z tyłu" i sprawia, że wygięcie jest dla konia ekstremalnie trudne. 


Stąd też wielu trenerów każe swoim podopiecznym dokonać zagalopowania na kole. Jeżeli koń jest odpowiednio wygięty, praktycznie nie ma możliwości, żeby zagalopował na złą nogę. 

Problem pojawia się kiedy jeździec chce zagalopować na linii prostej, a nieświadomie wygina ciało konia do zewnętrz. To powoduje, że zwierzęciu dużo łatwiej zagalopować na złą nogę i w efekcie faktycznie dochodzi do galopu na złą nogę. Gdy jednak dojeżdżają do narożnika, ciało konia zostaje wygięte do wewnątrz, co sprawia że w większości przypadków koń czując niewygodę przechodzi do kłusa bądź zmienia nogę poprzez lotną, w zależności od jego poziomu wyszkolenia. 

Lekarstwem na to jest oczywiście delikatne wygięcie konia do wewnątrz podczas zagalopowania, które sprawia, że koń nie ma innej możliwości niż zagalopować na dobrą nogę. 



Jeśli chodzi jednak o samo ocenianie czy koń galopuje na dobrą nogę czy nie, najlepszą metodą jest spojrzenie na wewnętrzną tylną nogę konia. Jeżeli jest ona nogą, która jako pierwsza wykonuje ruch, galop jest na dobrą nogę. 

* jasne, cały ten opis jest pewnego rodzaju uproszczeniem, ale mam nadzieję, że nadążyliście za moim sposobem rozumowania i nie namieszałam Wam w głowach za bardzo

Malwina

MAŁA INFORMACJA

Podobnie jak pod innymi postami, również tutaj możecie zostawić swoją reakcję. Byłabym Wam bardzo wzdzięczna za wszystkie łapki/serduszka, bo chociaż kiliknięcie ich zajmuje tylko parę sekund, pokazuje że faktycznie ktoś czyta mojego bloga, a to bardzo motywuje. 


niedziela, 3 lutego 2019

W jaki sposób samodzielnie trenować konia?

W jaki sposób samodzielnie trenować konia?

To jest trochę tak, że kiedy mamy przy sobie trenera, który ze swoją pomocną dłonią stoi za nami niczym cierpliwy anioł stróż, bardzo łatwo narzekać, marudzić, a przede wszystkim mądrzyć się i wymyślać jak to my poprowadzilibyśmy trening lepiej. Dopiero kiedy trenera zabraknie, zaczyna się prawdziwa jazda i to jazda - muszę Wam powiedzieć - bez trzymanki. Nowy koń, którego ledwo znacie i którego kupno doprowadziło Was do tego drastycznego kroku może dodatkowo spotęgować atrakcje, których i tak w danym momencie macie aż nazbyt. No bo nagle okazuje się, że tak naprawdę niczego nie wiecie i to przez takie duże "N". Niczego. Jasne, jest chwila euforii, że jesteście tacy tam dorośli i tacy tam odpowiedzialni, ale po tej chwili następuje nagłe załamanie i pytanie - co ja z tą dorosłością i odpowiedzialnością mam teraz zrobić? Jak samodzielnie trenować konia?

No bo jest koń, przychodzi chwila treningu, a razem z nią coraz kolejne, nawarstwiające się pytania. Jak mam zacząć trening? Czy tyle rozgrzewki to jest odpowiednio czy może za mało? A ja nie rozgrzewam przypadkiem tego konia zbyt długo? Kurde, może ja za mało z nim kłusuję? Czy to jest odpowiedni czas na galop? Jak będę tyle skakać to zaraz go przemęczę... Nie powinnam przestać? Ale czy on się czegoś nauczy jak będę ćwiczyć tak krótko? Odpowiedzi ani jednej. 

Ten post nie jest rzecz jasna przejawem wewnętrzej frustracji autorki (choć mógłby być), ale - przynajmniej w swoim założeniu - powinien Wam pomóc i dać ogólne pojęcie tego, czym dobry trening powinien być. 



Myślę, że największym problemem w samodzielnym trenowaniu konia jest takie wewnętrzne zagubienie, to poczucie że nie wie się co w danym momencie trzeba zrobić. Według mnie najlepszą odpowiedzią jest ustalenie rzetelnego planu treningu i trenowanie według niego. Wyczucie przychodzi, to jasne, ale niestety dopiero z czasem i doświadczeniem, których to na początku niestety nie mamy. 

Jak rozplanować trening?

1) Ile trwa trening? 

Żeby zacząć cokolwiek planować, trzeba mieć najpierw świadomość czasu jaki mamy do dyspozycji. Z reguły standardowy trening konia trwa około godziny, chociaż długość treningu może wynosić od 45 minut do półtorej godziny. Czas ten może być zresztą odpowiednio krótszy jeśli np. koń nie jest w kwiecie swojego wieku. Ja jednak skupię się na klasycznym, godzinnym treningu.

Trening, jak dobre poczciwe wypracowanie, powinien składać się z trzech etepów. Zaczynamy go rozgrzewką, potem przechodzimy do części właściwej i kończymy stępem na luźnej wodzy. 

2) Rozgrzewka - jak długo, jak rozgrzać konia, co z nim robić

Koń po wyjściu z boksu nie jest gotowy na żadną cięższą pracę dlatego właśnie trening powinno się zaczynać od odpowiedniego rozgrzania. Pierwsze dziesięć minut to aktywny, żwawy stęp podczas którego koń przygotowuje swoje mięśnie do dalszej pracy. Nie powinniśmy pozwalać mu na powłóczenie nogami i wąchanie każdej kupki kolegi z sąsiedniego boksu, tylko wymagać "energii" i "życia" już od pierwszych chwil trwania treningu. Z drugiej strony najlepiej jednak stępować na długich wodzach, a kontakt złapać dopier później, natomiast na sam koniec przejść do  wyższych chodów. Pamiętajcie - koń na tym etapie powinien być zarówno aktywny jak i rozluźniony. 

Następnym etapem rozgrzewki jest praca w kłusie i galopie, która powinna trwać około 20 minut, w zależności od tego jak koń będzie się "zachowywał". Głównym zadaniem jest tutaj jego rozluźnienie, które jest niezbędne do dalszej pracy. 



Sytuacja wygląda mniej więcej tak: przez dziesięć minut aktywnie stępujecie na luźnej wodzy, później łapiecie kontakt, stępujecie na kontakcie (jakieś proste figury itp.) i zaczynacie kłusować. W kłusie robicie koła, zmiany kierunku, przejścia, ustępowania od łydki, oczywiście nie zapominacie również o zmianach kierunku. Kiedy czujecie, że koń jest już odpowiednio rozluźniony to zaczynacie galop. Ja zwykle zaczynam od galopu po kole, później przechodzę do galopu po całej długości ujeżdżalni, robię koło po drugiej stronie niż zaczęłam, przechodzę do kłusa i wykonuję to samo ćwiczenie na drugą rękę. Dopiero potem przechodzę do przejść kłus-galop, które są bardzo pożytecznym elementem rozgrzewki. 

Rozgrzewając konia staram się pamiętać o dwóch celach, które są w tym momencie najważniejsze:

- fizyczne przygotowanie konia do treningu
- psychiczne przygotowanie konia do treningu

Po pierwsze. Podczas tej części treningu ciało konia staje się gotowe do poważniejszej pracy (rozgrzewanie mięśni, stawów i tych wszystkich innych elementów, których nazwy umknęły mi podczas lekcji bilogii). To nie tylko powoduje, że zmniejszamy ryzyko kontuzji i poprawiamy komfort konia (choć już samo to powinno przemawiać do nas za wykonaniem pożądnej rozgrzewki) ale również sprawia, że sami sobie przygotowujemy zwierzę, które jest "przyjemne" w trenowaniu. Możecie mi nie wierzyć, ale na koniu odpowiedniu rozuluźnionym, który nie jest ani sztywny ani spięty jeździ się dużo milej...

Po drugie. Jeżeli już od samego początku rozgrzewki będziemy od konia wymagać aktywnej pracy, a później podczas pracy w kłusie i galopie będziemy wymagać precyzji i dokładnego wykonywania choćby najprostszych ćwiczeń takich jak koła czy zmiany kierunku, wtedy zaczynając poważniejszą pracę będziemy mieć konia, który będzie chętny i gotowy. Cud miód.

Moment rozgrzewania konia zdarza mi się również przeznaczać na rozgrzewkę dla mnie: kiedy zaczynam pracę w kłusie często pierwsze dwa koła przeznaczam na kłus anglezowany lub półsiad bez strzemion. 



3) Zasadnicza część treningu

Ta część treningu powinna trwać około 20 minut czyli tyle samo czasu ile kłusowo-galopowa część rozgrzewki. W zależności od tego co trenujemy, ćwiczenia tu wykonywane mogą mieć różny charakter. Zakładając, że jesteś jeźdźcem średnio-zaawansowanym, który nie przygotowuje się do żadnych konkretnych osiągnięć ani nie skupia się na wytrenowania konia do jakiegoś konkretnego celu (tak, wiem, brzmi to źle), możesz skupić się na takich ćwiczeniach jak skok-wyskok, szergi, drągi. W internecie jest mnóstwo przykładów ćwiczeń, istnieje też wiele książek (np. 101 ćwiczeń na ujeżdżalni) i na tej podstawie możesz wybrać co chcesz zrobić podczas treningu. 

Ja z góry ustalam sobie jakie ćwiczenie będę wykonywała danego dnia np. wymyślam ułożenie szeregu gimnastycznego, który zamierzam wykonywać i rozplanowuję sobie jak to wszystko mniej więcej będzie wyglądało. 

Pamiętajcie o tym, żeby nie jeździć "na spontanie", ale zawsze wiedzieć co w danym momencie na tym koniu robiecie i co chcecie osiągnąć. Z doświadczenia powiem Wam, że koń zawsze wyczuwa kiedy jesteście zorganizowani i sam jakoś tam się w swoim końskim umyśle "organizuje", co bardzo ułatwia współpracę. 



Z drugiej strony nie powinniście zbyt ściśle trzymać się wszytskich reguł, a jeśli koń będzie przemęczony to pozwolić mu chwilę odpocząć. No i oczywiście nie zapominać o przerwyach między kolejnymi ćwiczeniami, które mogą być doskonałą formą nagrody. 

Fajnie też kończyć trening w momencie, kiedy koń jest nadal chętny do dalszej pracy, a nie kiedy ze zmęczenia pada na pysk. No chyba, że chcesz zabić w nim wszelkie szczątki entuzjazmu do pracy z Tobą. 

Podczas części zasadniczej treningu (szczególnie na poczatku treningu) warto powtórzyć ćwiczenia z poprzedniego treningu. Dzięki temu nie zaczynasz jazdy od czegoś zupełnie nowego, ale od czegoś milszego, znajomego, a przecież wszyscy (z naszymi końmi na czele) lubimy robić rzeczy, które już umiemy. 

4) Rozstępowanie

Powinno trwać około 10 minut. Jest to czas kiedy stępujesz na luźnej wodzy i pozwalasz się koniowi zrelaskować. 

Tak właśnie powinien wyglądać zarys prawidłowo przeprowadzonego treningu. Tak jak pisałam wyżej, bardzo ważne jest żebyście od razu wiedzieli kiedy co zamierzacie na koniu robić, ponieważ bez z góry ustalonego planu Wasz trening może okazać się chaosem. W treningu właśnie o to chodzi, żeby się razem z koniem rozwijać, a do tego potrzeba chociażby malutkiej koncepcji. 

W rzeczywistości nie taki diabeł straszny jak go malują, także nawet samodzielny trening jest czymś co przy odrobinie wprawy da się  spokojnie poprowadzić. 

Powodzenia!

Malwina

MAŁA INFORMACJA

No więc moi kochani, jak widać nie zagnięłam, nie porwali mnie kosmici ani nie rozpłynełam się w powietrzu, ale - jak widać - wróciłam i jak na razie nie zamierzam rezygnować z pisania. Jestem Wam bardzo wdzięczna za wszelkie wsparcie, które bardzo wiele dla mnie znaczy (nie wiem czy muszę o tym mówić, chyba sami wiecie) i jak zwykle przypominam Wam o tych malutkich znacznikach serduszek/lajków które możecie kliknąć żeby przekazać mi, że ten cały blog to ma jednak jakiś sens, a Wy nie uciekliście ode mnie chociaż tak szczerze to po regularności moich postów bardzo na to zasługiwałam. 

Jeśli jednak czytacie ten post, spodziewam się że nadal ze mną jesteście i razem ze mną wierzycie, że może uda mi się wrócić do regularnego pisania. Bardzo Was kocham i jeszcze bardziej dziękuję za Waszą obecność na moim blogu. 

wtorek, 11 grudnia 2018

Czego mądrego można dowiedzieć się od rekreacji?

Czego mądrego można dowiedzieć się od rekreacji?

Mam wrażenie, że w jeździectwie bardzo mocno utarło się przekonanie, że to co pochodzi od rekreacji jest złe, niepoprawne, a przynajmniej mocno nieprofesjonale. Rad takich tam instruktorów nie bierze się na poważnie, ale raczej z przymrużeniem oka czy lekkim uśmiechem politowania; na pewno jednak żadenemu szanującemu się jeźdźcowi na myśl by nie przyszło, by od takiej tam rekreacji czegoś się "nauczyć". Jak by na to nie spojrzeć, wcale taki obraz mnie nie dziwi. Bo szarpanie konia za pysk, zastęp złożony z większej ilości kucyków niż w mojej stajni jest koni no i kochana pani instruktor rozmawiająca przez telefon już trzecią godzinę... daleko temu do ideału. A jednak zdecydowałam się napisać o rekreacji post, post raczej pozytywny i post, w którym ona jednak czegoś (w całej swej nieprofesjonalności) bardzo profesjonalnie nas nauczy. 

Bo wiecie, co? Doszłam do wniosku, że jest parę takich rad, które są bardzo mądre. Mimo, że pochodzą z rekreacji. Mimo, że na pierwszy rzut oka powodują odrzucenie. Śmiem jednak twierdzić, że są tacy jeźdźcy, którym rady te są bardzo potrzebne. W sporcie. Ja jestem takim jeźdźcem. 

1. "Chwyć go za ryja"

Mimo, że zdanie to jest dość dosadne i za każdym razem powoduje we mnie nieprzyjemne dreszcze (no bo jaki ujeżdżeniowiec chwytałby swojego konia "za ryja"), to jednak bardzo je lubię. Lubię za tą prostotę i bezpośredniość. 

W jeździectwie bardzo ważne jest to, żeby jeździć na kontakcie. Jeżeli masz w rękach wodze, musisz tych wodzy używać. Mówiąc używać nie mam na myśli szarpać czy ciągnąć, ale najzwyczajniej w świecie czuć w dłoniach lekki opór końskiego pyska. Jeżeli nie ma kontaktu, koń zaczyna się gubić. Szczególnie widać to na młodych koniach, które potrzebują by ręka była pewna. Taka pomoc w połączeniu z działaniem łydek sprawia, że koń dokładnie wie, gdzie ma iść. 



Wiele razy mówiłam Wam, że Wasze ręce oraz łydki powinny tworzyć swojego rodzaju korytarz. Korytarz, który w sposób bardzo prosty mówi zwierzęciu: idź tam. Bez kontaktu koń nie wie gdzie ma iść, zaczyna schodzić ze ściany albo dziwnie się wyginać. 

Zdanie "chwyć go za ryja" w gruncie rzeczy jest bardzo proste. Chodzi o to, by jadąc na koniu pewnie złapać kontakt. Wodze, które są zbyt długie i zwisają wcale nie pomagają zwierzęciu, szczególnie jeśli koń szuka w jeźdźcu wsparcia i informacji na temat tego, co ma teraz robić. Brak kontaktu i brak takich informacji powoduje zwyczajną frustracje. Chyba, że koń zdecydował, że przestaje próbować zrozumieć swojego jeźdźca. Też bywa. W rekreacji na przykład. 

2. "Pięta w dół"

Pięta w dół to klasyk, klasyk z którego lubiłam się naśmiewać dopóty dopóki nie dotarło do mnie, jak wiele mądrego ten utarty przekaz w sobie niesie. 

Pięta w dół z pozoru dotyczy samego ułożenia stopy, czyli rzeczy nieważnej i błahej. Kiedy patrzymy na takiego małego człowieczka, który dopiero co zaczyna się uczyć jazdy na swoim uroczym kucyku, ułożenie jego pięty jest ostatnią rzeczą, którą uważamy za ważną. Przecież tyle można powiedzieć! Że dosiad nie taki, że biodra źle rotowane, że miednica nie otworzona... a tu trener skupia się na tym szczególe, na tej pięcie. 

Ale wiecie, co? Mam wrażenie, że to ważne by mówić o pięcie. Bo samo zadarcie jej do góry to często coś więcej, niż źle ułożona stopa. Pięta w górze może świadczyć o złym dosiadzie, tak w ogóle. Jeźdźcy początkujący mają taką generalną tendencję do przykurczania nóg, zadzierania ich do góry i potem zaciskania kolan o siodło (co w gruncie rzeczy jest niczym innym jak tylko próbą uniknięcia potencjalnego upadku). 

Słowa "pięta w dół" nakłaniają jeźdźca do tego, by zamiast przykurczał nogę, rozprostował ją i pociągnął mocno w dół. Dzięki temu dosiad staje się dużo lepszy, noga przestaje aż tak latać, a samo ułożenie stopy sprawia, że łatwiej znaleźć oparcie w strzemieniu. Same plusy. 



3. "Więcej bata"

Nie lubię bata. Jeszcze bardziej nie lubię bicia koni. Nie uważam, że powinniśmy używać więcej bata, bo jestem ogromną zwolenniczką używania sygnałów jak najsubtelniejszych. Mimo wszystko rozumiem ideę instruktorów, których słowa wyżej zacytowałam. "Więcej bata" rozpatrzmy nie w sensie dosłownym czy jako zachętę do bicia zwierząt, ale w sensie raczej "metaforycznym". 

a) Po pierwsze, nie zapomninajmy o tym, że konia czasem trzeba ukarać. Nie mówię o biciu. Chodzi mi o to, że zdarzają się takie sytuacje, w których koń z pełną premedytacją zachowa się źle, a naszym obowiązkiem jest powiedzenie mu: "hola, hola, kolego! takiego zachowania to ja nie toleruję". 

b) Po drugie. W rekreacji bata zwykle używa się, by sprawić, żeby "leniwe" zwierzę nieco przyspieszyło. Instruktorzy krzyczą więc swoje "więcej bata" w sytuacji, gdy widzą że zwierzę powłóczy nogami, brakuje mu zaangażowania zadu i w ogóle ma w sobie mało energii. Takich sytacji powinniśmy unikać. Koń, nie ważne jak wolno miałby się poruszać, zawsze powinien mieć w sobie ten "błysk", tą energię w każdym swoim kroku. 

To jak, oddajemy honor? 

MAŁA INFORMACJA

Moi drodzy, kochani i najcudowniejsi czytelnicy! Jak zwykle bardzo dziękuję Wam za to, że jesteście. Że mnie czytacie. To miłe wiedzieć, że nie pisze się między sobą, a muzami, tylko do jakiegoś prawdziwego, żywego człowieka z krwi i kości. A jeśli tych ludzi jest kilku to już w ogóle jest się w siódmym niebie :) Byłabym Wam bardzo wdzięczna za wszystkie łapki/serduszka czy jakiekolwiek inne reakcje na moje posty. To mega miłe, mega motywujące i w ogóle... awww <3
Copyright © 2014 JAK LEPIEJ JEŹDZIĆ KONNO? , Blogger
Wypasiony Katalog Stron