wtorek, 11 grudnia 2018

Czego mądrego można dowiedzieć się od rekreacji?

Czego mądrego można dowiedzieć się od rekreacji?

Mam wrażenie, że w jeździectwie bardzo mocno utarło się przekonanie, że to co pochodzi od rekreacji jest złe, niepoprawne, a przynajmniej mocno nieprofesjonale. Rad takich tam instruktorów nie bierze się na poważnie, ale raczej z przymrużeniem oka czy lekkim uśmiechem politowania; na pewno jednak żadenemu szanującemu się jeźdźcowi na myśl by nie przyszło, by od takiej tam rekreacji czegoś się "nauczyć". Jak by na to nie spojrzeć, wcale taki obraz mnie nie dziwi. Bo szarpanie konia za pysk, zastęp złożony z większej ilości kucyków niż w mojej stajni jest koni no i kochana pani instruktor rozmawiająca przez telefon już trzecią godzinę... daleko temu do ideału. A jednak zdecydowałam się napisać o rekreacji post, post raczej pozytywny i post, w którym ona jednak czegoś (w całej swej nieprofesjonalności) bardzo profesjonalnie nas nauczy. 

Bo wiecie, co? Doszłam do wniosku, że jest parę takich rad, które są bardzo mądre. Mimo, że pochodzą z rekreacji. Mimo, że na pierwszy rzut oka powodują odrzucenie. Śmiem jednak twierdzić, że są tacy jeźdźcy, którym rady te są bardzo potrzebne. W sporcie. Ja jestem takim jeźdźcem. 

1. "Chwyć go za ryja"

Mimo, że zdanie to jest dość dosadne i za każdym razem powoduje we mnie nieprzyjemne dreszcze (no bo jaki ujeżdżeniowiec chwytałby swojego konia "za ryja"), to jednak bardzo je lubię. Lubię za tą prostotę i bezpośredniość. 

W jeździectwie bardzo ważne jest to, żeby jeździć na kontakcie. Jeżeli masz w rękach wodze, musisz tych wodzy używać. Mówiąc używać nie mam na myśli szarpać czy ciągnąć, ale najzwyczajniej w świecie czuć w dłoniach lekki opór końskiego pyska. Jeżeli nie ma kontaktu, koń zaczyna się gubić. Szczególnie widać to na młodych koniach, które potrzebują by ręka była pewna. Taka pomoc w połączeniu z działaniem łydek sprawia, że koń dokładnie wie, gdzie ma iść. 



Wiele razy mówiłam Wam, że Wasze ręce oraz łydki powinny tworzyć swojego rodzaju korytarz. Korytarz, który w sposób bardzo prosty mówi zwierzęciu: idź tam. Bez kontaktu koń nie wie gdzie ma iść, zaczyna schodzić ze ściany albo dziwnie się wyginać. 

Zdanie "chwyć go za ryja" w gruncie rzeczy jest bardzo proste. Chodzi o to, by jadąc na koniu pewnie złapać kontakt. Wodze, które są zbyt długie i zwisają wcale nie pomagają zwierzęciu, szczególnie jeśli koń szuka w jeźdźcu wsparcia i informacji na temat tego, co ma teraz robić. Brak kontaktu i brak takich informacji powoduje zwyczajną frustracje. Chyba, że koń zdecydował, że przestaje próbować zrozumieć swojego jeźdźca. Też bywa. W rekreacji na przykład. 

2. "Pięta w dół"

Pięta w dół to klasyk, klasyk z którego lubiłam się naśmiewać dopóty dopóki nie dotarło do mnie, jak wiele mądrego ten utarty przekaz w sobie niesie. 

Pięta w dół z pozoru dotyczy samego ułożenia stopy, czyli rzeczy nieważnej i błahej. Kiedy patrzymy na takiego małego człowieczka, który dopiero co zaczyna się uczyć jazdy na swoim uroczym kucyku, ułożenie jego pięty jest ostatnią rzeczą, którą uważamy za ważną. Przecież tyle można powiedzieć! Że dosiad nie taki, że biodra źle rotowane, że miednica nie otworzona... a tu trener skupia się na tym szczególe, na tej pięcie. 

Ale wiecie, co? Mam wrażenie, że to ważne by mówić o pięcie. Bo samo zadarcie jej do góry to często coś więcej, niż źle ułożona stopa. Pięta w górze może świadczyć o złym dosiadzie, tak w ogóle. Jeźdźcy początkujący mają taką generalną tendencję do przykurczania nóg, zadzierania ich do góry i potem zaciskania kolan o siodło (co w gruncie rzeczy jest niczym innym jak tylko próbą uniknięcia potencjalnego upadku). 

Słowa "pięta w dół" nakłaniają jeźdźca do tego, by zamiast przykurczał nogę, rozprostował ją i pociągnął mocno w dół. Dzięki temu dosiad staje się dużo lepszy, noga przestaje aż tak latać, a samo ułożenie stopy sprawia, że łatwiej znaleźć oparcie w strzemieniu. Same plusy. 



3. "Więcej bata"

Nie lubię bata. Jeszcze bardziej nie lubię bicia koni. Nie uważam, że powinniśmy używać więcej bata, bo jestem ogromną zwolenniczką używania sygnałów jak najsubtelniejszych. Mimo wszystko rozumiem ideę instruktorów, których słowa wyżej zacytowałam. "Więcej bata" rozpatrzmy nie w sensie dosłownym czy jako zachętę do bicia zwierząt, ale w sensie raczej "metaforycznym". 

a) Po pierwsze, nie zapomninajmy o tym, że konia czasem trzeba ukarać. Nie mówię o biciu. Chodzi mi o to, że zdarzają się takie sytuacje, w których koń z pełną premedytacją zachowa się źle, a naszym obowiązkiem jest powiedzenie mu: "hola, hola, kolego! takiego zachowania to ja nie toleruję". 

b) Po drugie. W rekreacji bata zwykle używa się, by sprawić, żeby "leniwe" zwierzę nieco przyspieszyło. Instruktorzy krzyczą więc swoje "więcej bata" w sytuacji, gdy widzą że zwierzę powłóczy nogami, brakuje mu zaangażowania zadu i w ogóle ma w sobie mało energii. Takich sytacji powinniśmy unikać. Koń, nie ważne jak wolno miałby się poruszać, zawsze powinien mieć w sobie ten "błysk", tą energię w każdym swoim kroku. 

To jak, oddajemy honor? 

MAŁA INFORMACJA

Moi drodzy, kochani i najcudowniejsi czytelnicy! Jak zwykle bardzo dziękuję Wam za to, że jesteście. Że mnie czytacie. To miłe wiedzieć, że nie pisze się między sobą, a muzami, tylko do jakiegoś prawdziwego, żywego człowieka z krwi i kości. A jeśli tych ludzi jest kilku to już w ogóle jest się w siódmym niebie :) Byłabym Wam bardzo wdzięczna za wszystkie łapki/serduszka czy jakiekolwiek inne reakcje na moje posty. To mega miłe, mega motywujące i w ogóle... awww <3

piątek, 2 listopada 2018

Sposoby na ustabilizowanie ciała w jeździectwie (czyli jak się przestać tyle ruszać)

Sposoby na ustabilizowanie ciała w jeździectwie (czyli jak się przestać tyle ruszać)

W jeździectwie mało jest spraw, z którymi zgodzi się każdy jeździec, ale chyba nikt nie zaprzeczy mi jeśli powiem, że w ujeżdżeniu koń się porusza. Przekonujemy się o tym dość boleśnie już od pierwszych spędzonych na końskim grzbiecie chwil, a doświadczenie to rośnie wraz z każdym naszym jeździeckim postępem. Pierwszy galop, skoki przez przeszkody no i moment, kiedy wektory ruchu tak zmienią kierunki, że dość niespodziewanie nasze cztery litery stykając się z ziemią dają świadectwo grawitacji. A to wszystko dlatego, że koń się porusza. 

Najbardziej ironiczne wydaje się jednak to, że w takich top 10 pierwszych porad dotyczących jeździectwa, instruktorzy rzucają moje ulubione: "ustabilizuj swoje ciało". Tak jakby to było takie proste, taki myk i nagle siedzisz na koniu prosto, myk i całe Twoje ciało staje się nieruchome. 

Patrzysz jednak na swoje stajenne koleżanki, na trenerów i na zawodników - i w jakiś dziwny i bliżej niezbadany sposób im wszystkim udaje się na koniu nie tylko usiedzieć, ale też zrobić to z klasą. Oni są stabilni. Nie latają jak worek ziemniaków po całej długości końskiego grzbietu, ale siedzą w sposób tak dostojny i tak spokojny, że nic tylko im pozazdrościć. My jednak na samej zazdrości nie skończymy, a pójdziemy nieco dalej - i zastanowimy się nad tym w jaki sposób dokonać niemożliwego. 



Najpierw zastanówmy się na czym tak naprawdę polega ustabilizowane i nieruchome ciało w jeździectwie. Wiem, że budzi to wiele sprzecznych opinii, ponieważ z jednej strony słychać polecenia typu: "uspokój swoje ciało", "nie ruszaj się", by parę sekund później usłyszeć rady typu: "jedź z ruchem konia", "poruszaj się w jego rytmie". W rzeczywistości te sentencje nie są ze sobą sprzeczne, a zrozumiecie to jeśli dowiecie się na czym polega poprawna i stabilna pozycja ciała. 

O ideale mówimy wtedy kiedy nasza głową, szyja, plecy, ręce i nogi są całkowicie nieruchome, jakby wykute w skale; za to nasza miednica porusza się wraz z ruchem konia. 

Dążenie do idealnej pozycji polega więc na jednoczesnym "unieruchomieniu" swoich rąk, nóg, pleców itp. i "uruchamianiu" swoich bioder. 



Nie należy przy tym zapomnieć o jednym - problemy związane ze stabilizacją możemy dzielić na dwa typy. Z jednej strony mamy jeźdźców przesadnie stabilnych (sztywnych, totalnie nieruchomych), a z drugiej strony tych za mało stabilnych (latających po całym siodle, całkowicie rozluźnionych). Zwykle mamy to do siebie, że nie zauważamy swoich błędów, toteż jeźdźcy przesadnie rozluźnieni nadal dbają o swoje - jeszcze większe - rozluźnienie, a jeźdźcy sztywni sądzą, że muszą się usztywnić jeszcze bardziej. Nie jest to regułą, ale zdarza się bardzo często. Dlatego z tego miejsca bardzo proszę was, żeby przed rozpoczęciem jakiejkolwiek jeździeckiej pracy dobrze wiedzieć (mam tu na myśli rzetelne stwierdzenie trenera, a nie twoje odczucia) jakim typem jeźdźca jesteś. Po prostu bardzo prawdopodobne, że widzisz siebie  nieco inaczej niż robi to osoba postronna, z twoim koniem na czele. 

Poniższe rady skierowane są do osób przesadnie rozluźnionych, "latających" po całym siodle (bo to w końcu im potrzebne jest ustabilizowanie się). 



1. Po pierwsze...

Wiem, że zabrzmi to bardzo głupio, ale ustabilizowanie twojego ciała w dużej mierze zależy od twojej woli. Nie trzeba wielkich ćwiczeń, Bóg wie czego, ale prostego "pilnowania" siebie. 

Nie wierzysz mi? Mam dowód. Zrób sobie w domu mały eksperyment. Nie wiem czy ty też tak masz, ale ja zawsze gdy chodziłam z rękami opuszczonymi wzdłóż ciała, bardzo mocno nimi machałam. To było takie: przód - tył, przód - tył; zupełnie bez mojej woli. Wiesz w jaki sposób nauczyłam się jak je stabilizować? Po prostu  zaczęłam "pilnowałać" żeby znajdowały się w takiej pozycji, w jakiej chciałam, żeby były. Na początku towarzyszyły temu dziwne uczucia, ale z czasem stało się normalne. 

Nie mówię, że rozwiąże to wszystkie jeździeckie problemy, ale z mojego doświadczenia wynika, że możesz zmniejszyć niechciane ruchy rąk i nóg w siodle nawet o połowę!



2. Po drugie...

Może zabrzmi to paradoksalnie, ale zarówno przy rozluźnianiu jak i stabilizowaniu ciała najważniejszy jest spokój. Chodzi o to, żeby siedzieć na koniu w taki sposób jakby koń wcale się nie poruszał, jakby wcale właśnie nie galopował, wcale nie robił dzikiego rodeo... 

Z mojego doświadczenia mogę wam powiedzieć, że ja tracę stabilizacją właśnie wtedy kiedy ponoszą mnie emocje, kiedy za bardzo się ekscytuję i wczuwam w to, co robi koń. Halo, to przecież on galopuje, nie ja! Ja mam tylko siedzieć... 

3. Po trzecie...

Wiem, że usztywnienie jest tym, czego boimy się najbardziej, ale czasami trzeba mocniej napiąć mięśnie. Jedną z takich sytuacji jest ta, kiedy jesteśmy zbyt rozluźnieni; do tego stopnia rozluźnieni, że latamy po siodle niczym szmaciana lalka. 

Wiecie czemu wielu mężczyzn jeździ konno lepiej od kobiet? Ponieważ mężczyźni naturalnie mają większy tonus mięśni, co sprawia że ich dosiad jest bardziej stabilny. 

Malwina

MALUTKA INFORMACJA

Tak, wiem, to zaczyna być już nudne, ale jak zwykle przypominam Wam o tym jak ważne są dla mnie wszystkie Wasze reakcje na moje posty. Będę Wam bardzo wdzięczna za wszystkie łapki/serduszka/cokolwiek. Buziaki!

czwartek, 18 października 2018

"Czy mój koń mnie lubi"

"Czy mój koń mnie lubi"

Tak na króciutkim wstępie powiem tylko, że jeśli kogoś zastanawia czemu tytuł posta został wzięty w cudzysłów, to tylko dlatego, żeby ktoś przypadkiem nie uznał mojego wywodu za jakąś tam marną rozprawkę, nawet jeżeli (co całkiem możliwe) faktycznie go za nią uznacie. W rozprawkach jednak dobra nie jestem, na słowa takie jak: "ponadto", "azaliż" i "reasumując" strasznie się jeżę, a poza tym to nie zamierzam pisać na jakiś tam sloganach rodem z filmów amerykańskich. O tym czy mój koń mnie lubi pisać chcę jednak bardzo, co niejako tłumaczy istnienie tego wpisu. Do rzeczy. 

Nie wiem, czy jakikolwiek czytający ten wpis osobnik płci męskiej zrozumie co mam tutaj na myśli, ale jestem prawie pewna, że każda kobieta (tudzież dziewczyna) doskonale i bez żadnych wstępów na czuja wychwyci moje intencje. Szczególnie te z Was, które jeździectwo zaczęły w wieku bardzo młodym, czują gdzieś tam głęboko w serduszku dziecięcą nadzieję, że koń odwzajemnia ich uczucia. O miłości tu mówię. 

I nawet jeśli o te x lat stałyśmy się już strasze, a życie boleśnie pokazało nam, że nie jest usłane różowymi tęczami, to jednak - no kurczę blade - marzenia pozostają marzeniami i każda z nas cholernie mocno pragnie zapewnienia, że on (o koniu mówię) żywi do nas uczucia bynajmniej nie negatywne. 



Nie zamierzam polemizować z tymi, którzy mówią że konie nas lubią, nie zamierzam polemizować z tymi, którzy mówią, że tak nie jest. Chyba po prostu się nie znam, a nie bawi mnie głoszenie jakichkolwiek truizmów. Mam za to historię (i to z serii tych prawdziwych), której zaszczytu bycia głownym bohaterem miałam okazję doznać przed paroma dniami, w zeszły piątek dokładnie. 

Żebyście lepiej zrozumieli kontekst całej sytuacji powiem tylko, że od paru miesięcy w pewnej malutkiej stajni trenuję woltyżerkę. Jest nas około sześciu osób, nieco specyficzny trener i koń. Tutaj oczywiście muszę się zatrzymać, bo samo słowo "koń" nie wystarczy, żeby opisać wyjątkowość zwierzęcia, na którym przyszło nam trenować. "Koń" w papierach wpisane ma Eliza, ale jej wrodzona dostojność sprawiła, że wszyscy pieszczotliwie nazywamy ją Elegancją, czasami tylko w złości grożąc jej palcem powiemy do niej "ty, nie myśl sobie, że taka księżniczka z ciebie". Wszyscy rzecz jasna doskonale wiedzą, że Elegancja księżniczą owszem, jest; a najbardzej to chyba zdaje sobie z tego sprawę właśnie sama kobyła. 

Jest koniem fryzyjskim i nawet jak na konia fryzyjskiego jest ponad przeciętnie piękna, wrażliwa i zarozumiała. Ogólny obraz zarysowany? Okej. 

W zeszły piątek przyszłam na trening bardzo zmęczona i chyba wcale nie powinnam była tego robić, no ale jednak przyszłam i narobiłam wszystkich tych głupot, o których właśnie teraz zamierzam Wam napisać. Zastanawiacie się jaki to ma związek z tytułem posta? Poczekajcie. 



Był koniec treningu, ja miałam już jeden skórcz stopy za sobą i w gruncie rzeczy to sama nie wiem czemu zgodziłam się dalej ćwiczyć. Trener w każdym razie kazał mi wskoczyć na kłusującą Elegancję tyłem, a ja głupia zgodziłam się. I o ile zwykle manewr ten wychodzi mi całkiem nie najgorzej, to jednak tym razem coś poszło nie do końca tak jak pójść powinno, a ja - delikatnie mówiąc - znalazłam się między jej kopytami. Do teraz nie wiem co dokładnie się wydarzyło, ale jeśli wierzyć słowom obserwatorów to wyglądało to dokładnie tak, jakby jej kopyta miały zaraz znaleźć się na moim kręgosłupie. Nie chcę, żeby zabrzmiało to zbyt drastycznie, ale drużyna w całej swojej bezgranicznej wierze w moją osobę pomyślała, że przyjdzie nam się ze sobą pożegnać. 

I właśnie w tym momencie Elegancja zrobiła coś, czego nikt z nas się nie spodziewał. Kiedy tylko poczuła, że coś ze mną zaczęło się dziać nie tak, natychmiast przejęła coś na kształt inicjatywy. Tak bardzo nie chciała mnie podeptać, że postanowiła prędzej sama się wywrócić, niż mi zrobić krzywdę. Jako, że ja byłam w stanie zupełnie niezdolnym do jakiejkolwiek współpracy, a zdolność racjonalnego myślenia odzyskałam dopiero po fakcie, to właśnie jej i tylko jej zawdzięczam to, że uszłam z tego wszystkiego cała i zdrowa. 

Pamiętam tylko jeden obraz z tej całej sytuacji - to jak jej szyja znajdowała się coraz bliżej ziemi, a przednie kopyta zaczęły się tak ostrożnie ni to ślizgać ni to obniżać. Potem już leżałam na ziemi, a Elegancja obok mnie. Wybrała zaryzykować i wywrócić się niż biec dalej i mnie podeptać. 



Czy to o czymś świadczy? Nie wiem. Czy to doświadczenie na skalę światową? Nie sądzę. Ot, kolejna historia bez pointy, którą bardzo chciałam się z Wami podzielić. Jeśli bym chciała, żebyście coś sobie teraz pomyśleli, to tylko żeby był to wyraz wdzięczności do Waszych koni. Żebyście pamiętali jak ważne jest to, żeby z koniem czasem po prostu pobyć i potraktować go nie jak maszynę, ale prawdziwego przyjaciela. Bo on nie musi, ale może naprawdę się odwdzięczyć. 

Ja za to bardzo Wam dziękuję za wszystkie reakcje na moje posty. To naprawdę bardzo miłe z Waszej strony, że pokazujecie, że to co tutaj robię naprawdę ma jakieś (choćby nikłe) znaczenie. Wiem, że od września moja aktywność intrenertowa stała się naprawdę nikła, tak nikła że nawet mnie samą potwronie to wkurza. Nie mogę Wam obiecać, że w październiku będzie lepiej, ale od listopada (jeśli wszystko pójdzie dobrze) wystartuję z bardzo ciekawą jeździecką współpracą. Mam w każdym razie ogromne nadzieje i no... do zobaczenia mam nadzieję jeszcze w tym miesiącu :) :) :) :) :)

Malwina

Ps. Jeszcze jedno. Proszę Was, nie oceniajcie mnie pod kątem tej jednej sytuacji. Ja wiem, nie powinnam była wtedy wsiadać na Elegancję, ale czasu nie da się cofnąć i jedyne co mogę zrobić to dziękować niebiosom za tego cudowego konia. 

piątek, 28 września 2018

Jak znaleźć taką stajnię, w której rozwinę swoje umiejętności?

Jak znaleźć taką stajnię, w której rozwinę swoje umiejętności?

Muszę Wam się przyznać, że aż do niedawna tkwiłam w jakże mocno zakorzenionym w mojej głowie przekonaniu, że do wybierania marnych stajnych to mam talent niemalże wybitny. Rozmawiając z Wami doszłam jednak do wniosku, że wcale nie jestem taka aż wyjątkowa, a szukanie odpowiedniej stajni jest czymś, co spędza sen z powiek nie tylko mnie. Myślę w każdym razie, że wiecie o co mi chodzi. Że stajnie, na które natrafiacie - jeśli nie znajdują się sto kilometrów od miejsca zamieszkania i nie kosztują tyle co Wasza roczna pensja - to albo nie uczą Was niczego, albo wymagają posiadania własnego konia, którego akurat zbiegiem okoliczności: nie macie. 

Zresztą, nie martwcie się. Gdziekolwiek byście nie mieszkali, problem ze znalezieniem odpowiedniej stajni pojawia się wszędzie i zawsze, nieważne od tego jak bardzo chcecie i jak bardzo się staracie. 

I wiem, wiem, co sobie możecie myśleć - że gdybyście się tylko wyprowadzili, gdybyście tylko mieszkali gdzieś indziej, to ta jakże drażliwa sprawa wcale by Was nie dotyczyła. To tylko wygodne myślenie. W rzeczywistości nie warto czekać, aż oferty same proponować Wam będą darmowe jazdy na poziomie Grand Prix, bo to myślenie naprawdę życzeniowe. Trza brać sprawy w swoje ręce - tylko, no właśnie, jak?



Metodę, którą ja używam, można sobie podzielić na parę prostych kroków. 

Krok pierwszy - lista stajni

Przede wszystkim, trzeba zacząć od tego, co robią wszyscy, czyli od krótkiego reserchu. Nie jest to rzecz ani oryginalna (w końcu wszyscy tak robią) ani trudna, ale za to trochę czasochłonna. Ja zwykle robię sobie listę 10 stajni znajdujących w okolicy mojego domu i to z nimi w dalszej kolejności będę się kontaktować. Odrzucam jakieś zupełne dziwactwa, ale z zasady nie zrażam się ani cenami, ani innymi, nieodpowiadającymi mi informacjami zawartymi na ich stronie internetowej.

Krok dwa - napisanie do tych stajni

W większości wypadków problem ze znalezieniem odpowiedniej stajni wynika z ogólnego nieporozumienia. Piszemy do trenerów enigmatyczne wiadomości, że chcemy się umówić na trening, oni odpisują że okej, a potem po miesiącach dowiadują się, że nie spełniają naszych oczekiwać i w ogóle nie o to co nam oferują nam chodziło. Ludzie!

Dobrze napisana wiadomość ma pokazać o co tak naprawdę nam chodzi, z czym przychodzimy do rozmówcy i czego od niego oczekujemy. Przykłądowy mail może wyglądać tak:

Dzień Dobry, 

nazywam się xyz. Piszę do państwa, ponieważ (tutaj jest miejsce na to, żeby z góry zaznaczyć o co Ci chodzi, w jakim celu piszesz tego maila, np. chciałabym wiedzieć, czy w stajni xyz jest możliwość umówienia się na trening indywidualny dla osoby nie mającej swojego konia. Pamiętaj: krótko i zwięźle, w jednym zdaniu opisz to, czego oczekujesz). 

Jestem (tutaj jest miejsce na to, żeby opisać to jakim jesteś jeźdźcem, jaki jest poziom Twoich umiejętności. Również tutaj pamiętaj o tym, żeby nie owijając w bawełnę ani niczego nie kolorując, powiedzieć dokładnie tylko to, co ważne np. o tym czy masz odznaki, czy startujesz w zawodach; jeśli nie to przynajmniej czy umiesz poruszać się w 3 chodach, czy umiesz skakać i do ilu centymetrów, jakie parkiet. Ale pamiętaj - krótko!). 

Byłabym bardzo wdzięczna za odpowiedź i (i tutaj poproś o informacje dotyczące cen, czasu jaki pasuje trenerowi oraz wszelkie inne szczegóły, które są dla Ciebie ważne). 

Pozdrawiam serdecznie, 

xyz

Taki mail bardzo ułatwia proces umówienia się na trening i jeźdźcowi i trenerowi, ponieważ już od samego początku oboje wiedzą jakie względem siebie mają wymagania. Oczywiste jest, że nie każda stajnia będzie w stanie zapewnić wszystkie warunki, ale chyba przyznacie sami, że lepiej już od samego początku wiedzieć, że współpracy nawiązać się nie da, niż dowiedzieć się o tym za późno i zmarnować parę miesięcy na coś, co w ogóle nas nie rozwija.



Krok 3 - odpowiedź stajni

Jeżeli stajnia będzie zainteresowana, odpowie Ci, a odpowiadając zamieści informacje dotyczące dogodnego czasu, cen itp. Pamiętaj jednak, że nie są one niezmiennymi danymi, a po prostu umownymi wartościami, o których można dyskutować, np. 

Dzień Dobry, 

bardzo dziękuję za odpowiedź. Niestety ... i zastanawiam się czy nie byłoby możliwości, żeby... (trenować w innym terminie?)

Dziękuję bardzo za wyrozumiałość, 

xyz

Krok 5 - wizyta

Jeżeli wszystko powyższe przebiegnie pomyślnie, nadejdzie taki moment, że umówicie się na konkretny trening. Nie zakładajcie z góry, że stajnia, którą pierwszą odwiedzicie będzie tą ostatnią. Oczywiście, nie chodzi o to, żeby kręcić na wszystko nosem, ale jeśli coś Wam nie pasuje, to po prostu o tym powiedźcie. Większość problemów bierze się w końcu z tego, że nawzajem nie rozumiemy o co nam chodzi, a przecież tak wiele można załatwić słowami! 

Odradzam jednak dzwonienie do stajni z tej prostej przyczyny, że koniarze to ludzie bardzo specyficzni i zapracowani. Telefon podczas treningu może ich wkurzyć, a mail jest mniej nachalny (?) i daje swobodę odpisania nie już zaraz, ale w dogodnej chwili. 

Malwina

MALUTKA INFORMACJA

Tak jak mówiłam Wam przy okazji ostatniego postu, na blogu pojawiła się możliwość lajkowania i serduszkowania postów. Mega dziękuję za wszystkie Wasze reakcje i  oczywiście byłabym niesamowicie wdzięczna za kolejne (mówiłam Wam, że jesteście kochani?). Tak więc dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą - przy disqusie jest taki przycisk dzięki któremu w sposób krótki i anonimowy możecie sprawić mi duuuużo radości :) :) :) :)









sobota, 22 września 2018

Dlaczego nie umiem jeździć na koniu?

Dlaczego nie umiem jeździć na koniu?

Jeżeli jakimś cudem znalazłeś się na tej stronie, a jesteś pewien, że stało się to z Twoją absolutną zgodą i pełną świadomością, to najwyraźniej jesteśmy zbudowani z tej samej gliny. Mam tu na myśli ni mniej ni więcej tyle, że jeśli konie nocami modlą się, żebyś na nie nie wsiadał, a na hipologii pisze się magisterki o Twoich błędach, to całkiem prawdopodobne, że wiesz o czym teraz mówię. Nie muszę Ci niczego tłumaczyć, ale chcę, bo chcę żebyś wiedział, że "nie-umienie" da się zmienić na "umienie". Wiem, że pewnie mi nie wierzysz, ale wiem również, że bardzo uwierzyć byś mi chciał. Tak więc droga wolna, kolego: ja zapraszam Cię do zmarnowania paru minut Twojego cennego czasu, a co Ty zrobisz, to już tylko Twój wybór.

Zastanówmy się jak to się w ogóle dzieje, że jedni jeźdźcy na koniach jeździć umieją, a inni nie. No bo wyobraźmy sobie: jest sobie chłop, siada na konia i jeździć umie. A obok stoi drugi chłop,  też siada na konia i jeździć nie umie. 

Często zdarza mi się obserwować początkujących jeźdźców i mogę Wam powiedzieć, że wszyscy wyglądają niemalże jednakowo. Cali spięci, kurczowo trzymają się rączkami grzywy, a nóżki zaciskają wokół siodła, tak mocno jak się tylko da. A potem jakoś tak się dzieje, że chociaż wszyscy oni spotykają się na Mistrzostwach Polski, to większość zasiada na trybunach, a tylko nieliczna garstka zostaje zawodnikami. 



I jasne, można powiedzieć że to wszystko kwestia talentu czy też ciężkiej pracy, ale tak zupełnie szczerze, to nie wydaje mi się. Talent liczy się na przykład w muzyce. Jeśli nie masz słuchu muzycznego, masz marne szanse, żeby zagrać cokolwiek, co nie zmusi choćby najbardziej wyrozumiałej widowni do opuszczenia Twojego otoczenia. Podobnie jest w sztuce. Mimo swoich najszczerszych chęci, nigdy nie byłam w stanie narysować niczego poza sztuką nowoczesną, mówię tu nota bene o metaforze białej kartki, którą tworzę z ogromnym staraniem i przyjemnością. Ciężka praca liczy się na przykład w pływaniu. Wątpię, że kiedykolwiek byłabym w stanie osiągnąć choćby jedną dziesiątą masy mięśniowej mojej  codziennie trenującej znajmomej. 

Ale w jeździectwie? Kurczę, mam takie przekonanie, że z fizjologicznego punktu widzenia każdy zdrowy i średnio wysportowany człowiek byłby w stanie osiągnąć w jeździectwie sukces. To, że pewne elementy nie wychodzą tak, jak mogłby wychodzić, wcale nie oznacza, że w Twoim ciele czegoś "brakuje".



W gruncie rzeczy, jest to bardzo pozytywna informacja. No bo zobaczcie tylko: macie ciało, które jest w stanie dokonać wielkich rzeczy, a jedyne co musicie, to tylko nauczyć się odpowiednio "używać" go. 

I tu właśnie nadchodzi najważniejsza w całym procesie "umienia" osoba, czyli trener. Z zasady dobry jeździec to jeździec, który ma dobre nawyki. Nawyki to rzecz, która może nam bardzo pomóc albo też bardzo przeszkodzić, a za ich wykształcanie odpowiada właśnie trener. Jeżeli od samego początku trener nauczy, że na koniu siedzi się prosto, że biodra są rozluźnione, że palce do konia etc., adept w świat jeździectwa wkroczy z bardzo dobrym zestawem narzędzi, które pomogą mu się dalej rozwinąć. Jeśli jeździec już na lonży będzie dobrze na koniu siedział, kiedy zejdzie z lonży będzie mógł się skupić wyłącznie na komunikowaniu z koniem. Tu również trener powinien pilnować, żeby w między czasie nic się popsuło - że za wodze się nie ciągnie, że jak się chce skręcić to to i to, a jak zatrzymać to robi się tak. 

Mając takie solidne podstawy, zajść można bardzo daleko. Ja jednak nie miałam na tyle szczęścia, by przez całą moją jeździecką drogę przeprowadzana być przez trenerów mądrych i rozsądnych, czasem to byli po prostu idioci. 


Ale czy to oznacza, że nigdy nie nauczę się jeździć na koniach? Nie sądzę. Jeździectwo w moim przypadku to nieustanne korygowanie złych nawyków czyli przekształcanie je w te dobre. Jest to bardzo ciężkie i jeszcze bardziej czasochłonne, ale - uwierzcie mi: da się. Bo jeździeckie problemy nie leżą, moi drodzy, w Waszej fizlogii, ale w złych przyzwyczajeniach i nawykach lub też złym rozumieniu rzeczy rzekomo oczywistych. 

Tym właśnie pozytywnym akcetem chciałabym zakończyć ten post. Głowy do góry, kochani, jestem pewna, że jesteście w stanie robić cudowne rzeczy! To jak, dajecie z siebie wszystko? :)

Malwina


MAŁA INFORMACJA

Nie wiem czy zauważyliście, ale pod niektórymi postami pojawiła się możliwość polubienia ich. Nie pytajcie mnie jak to działa, bo  sama nie wiem, ale jeśli jakimś cudem zauważyliście to, to byłabym strasznie wdzięczna za każdą poszczególną buźkę z Waszej strony ;). Urodziny miałam co prawda w lipcu, ale prezenty mogę przyjmować niemalże każdego dnia, a taka właśnie reakcja z Waszej strony jest dla mnie ogromną radością :). 

poniedziałek, 17 września 2018

Jeździec idealny czyli jakich koniarzy chciałyby konie

Jeździec idealny czyli jakich koniarzy chciałyby konie


Tak, wiem, ludzi nie powinno się wrzucać do jednego wora (przynajmniej nie wszystkich), no ale kurczę chyba przyznacie sami, że czasem naprawdę warto. Jak teraz. 

Nie wiem jak Was, ale mnie zawsze ogromnie zastanawiało kim jest ten tajemniczy jeździec idealny, abstrahując oczywiście od faktu, że nie istnieje. W odpowiedzi zwykle słyszałam, że każdy człowiek jest idealny na swój sposób, a tak a propos to że jak tak mi się nudzi to mogę pozamiatać stajnię, bo brudno tu strasznie. Te wzmianki o czyszczeniu stajni wcale mnie jednak nie zniechęciły (tylko ja uważam, że to relaksujące zajęcie?), a dzisiaj zamierzam rozłożyć fenomen idealnego jeźdźca na czynniki pierwsze. 

Wydaje mi się, że każdy człowiek w gruncie rzeczy chce być dobry w tym co robi, czymkolwiek ta owa rzecz mogłaby być. Może inaczej: mało kto z premedytacją decyduje się na to, żeby w czymś na czym mu zależy, być kiepskim. Że tak się dzieje, to jasne, to wystarczy spojrzeć chociażby na mnie, ale chyba przyznacie sami, że nie dzieje się tak z niczyjego wyboru. "A będę sobie dzisiaj złym jeźdźcem" mogłoby wystąpić w jakiejś marnej farsie, ale w prawdziwym życiu to tak się raczej nie dzieje. 

Myślę, że każdy jeździec - przynajmniej na poziomie podświadomości - ma w swojej głowie jakieś wyobrażenie tego, kim idealny jeździec powinien być. Ktoś sobie myśli, że jeździec idealny to taki milutki przyjaciel, ktoś inny że to surowy nauczyciel, a jeszcze ktoś inny widzi jeźdźca idealnego jako spokojnego cowboya. I mam takie wrażenie, że ludzie lubią dążyć do tych swoich ideałów, lubią myśleć, że idą w dobrym kierunku i bardzo nie lubią, gdy się ktoś z nimi nie zgadza. 


W tym poście w żaden sposób nie zamierzam mówić kto ma rację: zwolennicy bycia miłym czy surowym. Po pierwsze, nie znam się. Po drugie, jest sprawa dużo ważniejsza, a o niej właśnie jest mój post. 

Tam... tam... tam...

Tą arcy-ważną sprawą jest właśnie szacunek. O słowie szacunek, w zależności od tego kim jesteś, mogłeś pomyśleć sobie zasadniczo na dwa sposoby. Albo pomyślałeś o tym, że to ty masz konia szanować (witaj, naturalsie) albo, że to koń ma szanować ciebie (witaj, klasyku). W rzeczywistości w szacunku chodzi o to, że powinien być obu-stronny. Ja szanuję ciebie, ty szanujesz mnie i nie ma sensu zastanawiać się co jest ważniejsze - czy to, żebym ja szanowała ciebie, czy to żebyś ty szanował mnie. Po prostu - szacunek, który nie jest jednakowy względem obu stron, nie jest szacunkiem. 



I myślę, że chodzi właśnie o to, żebyśmy my szanowali konia, a on nas. Szacunek prowadzi w końcu i do spokoju, i do cierpliwości, i do zrozumienia, i do zdrowego rozsądku i jeszcze wielu innych atutów, które z byciem jeźdźcem idealnym kojarzymy. 

Bo myślę, że jeździec idealny wcale nie musi być taki idealny. Nie musi - obudzony w środku nocy - recytować z pamięci podręczników Monty Robertsa ani posiadać całego zbioru bialutkich rękawiczek. Co więcej - myślę, że nie musi być nawet nieomylny, w końcu wątpię żeby nieomylność cokolwiek konia obchodziła. 

Ale kochani, mam do Was jedną prośbę. Przy tym całym szacunku do koni nie zapominajmy o szacunku do siebie nawzajem. Do ludzi. Nie zapominajmy o szacunku i o tym, że powinien być obustronny. 

Malwina

wtorek, 28 sierpnia 2018

2 urodziny bloga

2 urodziny bloga

Moi kochani,

minął nasz kolejny, drugi już, wspólny rok, a ja nadal nie wiem jak: jak to się stało, że zaczęłam pisać, że robiłam to przez ostatnie dwa lata i - co najgorsze (a może po prostu najdziwniejsze) - robię to nadal.

Nie będę mówić, że było cukierkowo, bo było cholernie ciężko, głównie to myślałam żeby z tym wszystkim skończyć, ale w przerwach dostawałam od Was te wszystkie cudowne maile i wiadomości, którymi motywowaliście mnie do dalszej pracy, a uwierzcie mi, że dla takich chwil warto żyć i warto blogować. 

Było mi ciężko, mówię tu o życiu poza blogowym, które dawało w kość ile  tylko razy chciałam usiąść do komputera i coś dla Was napisać. Czasami było źle, kiedy indziej gorzej, ale głównie to chyba byłam strasznie zmęczona. 

Wena najwyraźniej zapomniała gdzie mieszkam, ja siłą rzeczy musiałam nauczyć się pisać bez niej, a  możecie mi uwierzyć, że przypomina to dryfowanie pod prąd bardzo rwącej rzeki. 

Jednak jak widać, da się. Piszę ten post mimo, że strasznie mi się nie chciało, że fryzjerka tak mi zrobiła włosy, że  trochę to boję się wyjść z domu, a trochę to chce mi się płakać. Nie jest łatwo. 

Ale to chyba o tym jest mój blog. O tym, że nie jestem idealnym jeźdźcem, blogerem, człowiekiem. I może jak ktoś tu zajrzy - zobaczy te moje wszystkie niespełnione obietnice, błędy językowe i gramatyczne - to pomyśli sobie nieśmiało: "może i nie jest ze mną najgorzej". Szczerze? Mam  wielką nadzieję, że tak będzie.

Malwina

powered by Typeform
Copyright © 2014 JAK LEPIEJ JEŹDZIĆ KONNO? , Blogger
Wypasiony Katalog Stron