środa, 19 lutego 2020

8 powodów przez które nie umiesz wysiedzieć kłusa ćwiczebnego

8 powodów  przez które nie umiesz wysiedzieć kłusa ćwiczebnego

Są tacy jeźdźcy, którzy wystarczy że usiądą na koniu a już wyglądają jakgdyby szkolili się u olimpijczyków, jakgdyby cały ten nieporadnie ruszający się zwierz nie zaburzał ich wewnętrznej równowagi i jakgdyby całe to obijanie tyłka po siodle sprawiało im przyjemność. Takim jeźdźcom nie śniły się siniaki na udach, tacy jeźdźcy nie wiedzą jak to jest płakać po kolejnym nieudanym treningu. Takim jeźdźcem na pewno nie jestem ja.

Kłus ćwiczebny był czymś co zawsze sprawiało mi ponad przeciętne trudności i dopiero od niedawna mogę powiedzieć, że na koniu usiedzieć nie tylko umiem, ale też nie wyglądam już przy tym jak telepiący się po grzbiecie mojego rumaka worek ziemniaków.

Myślę że kłus ćwiczebny to coś o czym powinno się mówić, pisać i powtarzać coraz to kolejnym pokoleniom, że nie - nie jest on prosty i że tak - to normalne że sprawia trudności. Patrząc na to z innej strony, dziwnym byłoby gdyby utrzymanie się na podskakującym zwierzęciu które stawia swoje nogi parami po przekątnych było czymś naturalnym z czym rodzi się każdy człowiek. Z ewolucyjnego punktu widzenia - totalny nonsens.

Pisałam już wiele razy w jaki sposób wysiedzieć kłus ćwiczebny, w tym poście skupimy się jednak problemach, które sprawiają że mimo przeczytaniu tysięcy książek i poradników, kłusa ćwiczebnego nie wysiedzisz. 



POWÓD 1: POCHYLANIE DO PRZODU


Zanim przejdziemy do elementów, które są znacznie bardziej skomplikowane zarówno do zrozumienia jak i skorygowania, zaczniemy od stosunkowo prostej rzeczy. Pozwólcie, że zadam Wam pytanie. Spójrzcie na ujeżdżeniowe lustro i powiedzcie mi z ręką na sercu i zupełnie szczerze - czy Wasza sylwetka podczas kłusa jest na pewno prosta? Zwróćcie uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze - zupełny klasyk - czy Wasze ciało na pewno zachowuje prostą linię pomiędzy uchem, barkiem, biodrem i piętą?


Tu nie chodzi tylko o kwestie estetyczne. Jeżeli Wasz tułów pochylony jest do przodu to powoduje to drugą kwestię czyli zmianę  w rotacji miednicy. Mówiąc prościej, Wasza miednica nie jest ułożona prostopadle do ziemi tylko pochylona w taki sposób, że kości kulszowe skierowane są do tyłu i nie mają kontaktu z siodłem. W takiej sytuacji nie możemy mówić o głębokim dosiądzie.

Prosta postawa w siodle nie zapewnia dobrego ćwiczebnego, ale stanowi bazę od której trzeba zacząć. Bez upewnienia się, że Wasza miednica (a także całe ciało) jest odpowiednio ułożona może być Wam znacznie trudniej.



Jeżeli w tym momencie zależałoby Wam na jakimś "protipie" to z rzeczy które mogę Wam polecić jest podłożenie pod kości kulszowe gąbki. Jej obecność sprawi, że będziecie pamiętać by kości kulszowe cały czas utrzymywały kontakt z siodłem.



POWÓD 2: ZACISKANIE UD


Zaciskanie ud to bardzo intuicyjny i nie głupi pomysł, na jakie wpada nasze ciało by uchronić się przed upadkiem. Jeżeli brakuje nam równowagi to bardzo logicznym jest, że musimy się czegoś "chwycić". Nie jesteśmy w stanie trzymać się konia rękami więc trzymamy się siodła udami. Problem polega na tym, że nawet jeśli nasza równowaga jest dość dobra i z grzbietu spaść byśmy nie spadli, to jednak złe nawyki pozostają.


Zaciskanie się ud sprawia, że dosiad nie jest głęboki a jeździec tak jakby "wisi" parę milimetrów nad siodłem. Płytki dosiad, spięcie ud - to wszystko sprawia, że koń nie może nas delikatnie nieść, a jego ruch sprawia że nadmiernie podskakujemy.

W jaki sposób na koniu powinniśmy się utrzymywać jeśli nie poprzez zaciskanie ud? Moją trenerka zawsze mówi że sam "balans" wystarczy. Podczas siedzenia na koniu nogi nie odgrywają żadnej roli, a za utrzymanie odpowiada tułów, którzy żeby to stało się możliwe musi znajdować się w dobrej równowadze.

Żeby oduczyć się tego komplikującego nam życie nawyku możemy skorzystać z możliwości jakie daje nam jazda bez strzemion. Sama jazda bez strzemion nie jest jednak wystarczająca, bo jeżeli jeździec zaciska uda mając strzemiona, zrobi to równie dobrze bez nich. Warto więc odstawić nogi od siodła i przez pewien czas jeździć w takiej pozycji rodem z woltyżerki.



Pomaga to dlatego, że niejako zmusza nas do złapania równowagi bez wykorzystania nóg i bez kurczowego trzymania się udami. 



POWÓD 3: "STANIE" W STRZEMIONACH


Mówiąc stanie w strzemionach mam na myśli sytuację, w której jeździec cały lub prawie cały swój ciężar przenosi na strzemiona. To sprawia, że nie "siedzi" on ma koniu, jego kości kulszowe nie są "połączone" z siodłem. W takiej sytuacji głęboki dosiad nie jest możliwy, a co za tym idzie poprawne wysiedzenie ćwiczebnego również nie jest możliwe.


Stanie w strzemionach często połączone jest z pochylaniem się do przodu. Nie wiem z czego to wynika, ale gdy  kiedy byłam młodsza zawsze kiedy stresowałam się na koniu wstawałam w strzemionach i pochylałam się do przodu. Nie wiem co tym chciałam osiągnąć, ale dopiero pewna mądra trenerka powiedziała mi że jeżeli chcę mieć nad koniem kontrolę to muszę mocniej "usiąść".

Jeżeli problem "stania" w strzemionach dotyczy i Was to warto żebyście pozbyli się Waszego problemu, czyli strzemion. Na chwilę tylko, oczywiście.



POWÓD 4: SZTYWNE BIODRA


Żeby móc wysiedzieć kłus ćwiczebny, musisz dać się koniowi nieść. Wiem, że czasami wydaje się że Ci wszyscy najlepsi jeźdźcy wcale się na koniu nie ruszają, ale prawda jest taka, że dążenie do unieruchomienia swoich bioder jest najgorszym, co możesz teraz zrobić.



Zadaniem bioder w jeździe konnej jest absorbowanie ruchu konia. Oznacza to, że mają one być możliwie najbardziej rozluźnione, a ruch konia ma wprawiać je w ruch. Ty nie starasz się ograniczać tego ruchu, nie boisz się go, pozwalasz żeby Twoje ciało podskakiwało w siodle. I co wydaje się bardzo nielogiczne - w ten sposób przestaniesz podskakiwać.

POWÓD 5: ZBYTNIE ROZLUŹNIENIE


Nie chciałabym nikogo zachęcać do tego, by rozluźnił się za bardzo. O ile w większości wypadków wolę jeźdźca zachęcić do tego by się rozluźnił niż by się spiął, nie możemy zapominać o tym że ciało  na koniu powinno być jednak lekko napięte.


Chodzi o to, by unikać sytuacji w której jesteśmy jak taka szmaciana lalka, która bezwładnie lata po całym grzbiecie konia.

Jeżeli przyjrzeć się biomechanice jeźdźca podczas wysiadywania kłusa, zauważymy że jego mięśnie naprzemiennie napinają się i rozluźniają. To właśnie to sprawia, że sylwetka wydaje się podążać za ruchem zwierzęcia, jest taka swobodna. Mięśniami, które odgrywają kluczową rolę są mięśnie brzucha. O tym jednak dlaczego uważam, że nie powinno się zbytnio myśleć o całej tej biomechanice wytłumaczę w kolejnym punkcie.



POWÓD 6: PRÓBOWANIE ZA BARDZO


Próbowanie "za bardzo" sprawia, że jeździec zaczyna wykonywać swoimi biodrami dziwne ruchy. Być może przeczytał w jakimś mądrym podręczniku  że tak trzeba i być może to nawet prawda. W rzeczywistości jednak ruch którey  wykonuje nasze ciało uwarunkowany jest przez ruch konia i wszelkie nadmierne poruszanie plecami/biodrami/miednicą jedynie przeszkadzają zwierzęciu. Nam z kolei nie pomagają.

To trochę tak jak że skakaniem na trampolinie. W pewnym momencie każde dziecko nauczy się skakać na trampolinie i będzie robiło to bez zastanowienia i w sposób intuicyjny. Nie potrzeba do tego wiedzy z zakresu biomechaniki, ba! - taka wiedza tylko wprowadziłaby zamieszanie. Dziecko bowiem zamiast zwyczajnie skakać zastanawiałoby się które mięśnie ma napinać, a które rozluźniać. Efekt? Sztywne, niezadowolone dziecko. Zastanówcie się czy Wy na grzbiecie konia nie przypominacie czasami takiego skrępowanego podręcznikową wiedzą dziecka. 

Zamiast starać się odwzorowywać jakieś dziwne ruchy po prostu dajcie się koniowi nieść, poczujcie jego ruch i tak jak partnerka w tańcu pozwólcie być w kłusie  przez konia "prowadzone". Nie przejmujcie się jeśli wychodzi pokracznie, jeśli trenerzy patrzą na Was z niezadowoleniem bo nie spełniacie ich ambicji, jeśli 8-letnie dziewczynki w stajni mówią Wam że zrobiłyby to lepiej (i nawet jeśli faktycznie to prawda). To jest Wasze życie, Wasza pasja, a to że się uczycie to przecież każdy kiedyś zaczynał. Finito.



POWÓD 7: ZŁE TEMPO NA POCZĄTEK

Nie wiem czy Wy też tak macie, może to tylko ja. Kiedy uczyłam się wysiadywania kłusa ćwiczebnego, zauważyłam że bardzo trudno wysiedzieć na samym początku kłus, który jest bardzo szybki. Jeżeli koń gnał, wydłużał wykrok albo też szybko przebierał nóżkami - ja automatycznie zaciskałam uda, pochylałam się do przodu i wstawałam w strzemionach. Nawet jeżeli robiłam to w bardzo małym zakresie, i tak niewiele wystarczało by już zły dosiad stawał się jeszcze gorszy. 

Stąd moja rada jest taka, by zaczynać naukę w kłusie bardzo wolnym. Tak wolnym, że koń prawie przechodzi do stępa. Dopiero jeżeli w takim kłusie jest się w stanie spokojnie rozluźnić, nieco odstawić uda od siodła, usiąść głębiej i pomyśleć: "okej, to nawet przyjemne" to dopiero wtedy można ciutkę przyspieszyć. I znowu, wszystko przychodzi powolutku. Nie należy oczekiwać nie wiadomo jak szybkich wyników. Sam fakt że w kłusie ćwiczebnym (nawet super wolnym!) poczujecie że siedzi Wam się super wygodnie to już duży plus i możecie być z siebie dumnym. 

Spytacie może a co jeśli  jeździcie w szkółce i nie możecie tak sobie dowolnie regulować tempa Waszego konia. Otóż ja na Waszym miejscu spokojnie dobrała bym tempo konia pod Was (czyli jeżeli jest za szybkie to bym je spowolniła). Jeżeli natomiast instruktor zarzucałby Wam brak tempa, na spokojnie wytłumaczyła bym mu że to ja - nie koń - zdecydowałam tak jechać ponieważ w wolniejszym kłusie czuję się pewniej i stabilniej. Wyrozumiały trener powinien zrozumieć. 



Pamiętajcie że to  Wy macie czuć się dobrze, swobodnie i komfortowo. Zaraz po komforcie Waszego konia jest to główny priorytet. Nie musicie jeździć super szybko jeśli nie chcecie, w ogóle - jeżeli z czymkolwiek czujecie się źle - nie musicie tego robić. To w końcu Wasza pasja, więc musicie się czuć pewnie, bezpiecznie. Nie zapominając oczywiście o dobrze Waszego konia, tak tylko gwoli przypomnienia.


POWÓD 8: SZTYWNY GRZBIET KONIA

Jest jeszcze jeden powód przez który wysiedzenie kłusa może być trudniejsze. Celowo napisałam go na samym końcu mimo że pomyślałam o nim jeszcze na początku. Wszystko dlatego, że nie chcę żeby ktokolwiek wyrobił sobie nawyk szukania błędów u konia zanim znajdzie się błędy u siebie. 

Prawda jest jednak taka, że nie wszystkie konie ułatwiają nam wysiadywanie kłusa. Niektóre wręcz zadanie to utrudniają. Mamy konie, które są łatwe do wysiedzenie, mamy też takie które są trudniejsze - bo np. ich krok jest naturalnie bardziej obszerny. Każdy jeździec powinien wysiedzieć na każdym z tych koni. Chociaż na samym początku warto próbować swoich sił na koniu łatwiejszym, warto szybko zapoznać się też z tymi trudniejszymi. To one w końcu sprawiają, że po powrocie do "łatwego" konia wysiadywanie staje się jeszcze proste. Ogólna zależność jest taka, że im koń mocniej wybija, tym więcej Was nauczy. 

Jest jednak również trzecia kategoria, czyli konie które są trudne do wysiedzenie nie dlatego że takie są ich wrodzone "predyspozycje", ale dlatego że ich grzbiet jest tak bardzo sztywny. 

Jeżeli koń nie jest rozluźniony, jeźdźcowi trudno się rozluźnić, a jeżeli jeździec nie jest rozluźniony to nie ma szans żeby koń się rozluźnił. Błędne koło. 



Pracując z takim koniem nigdy nie zaczynam pracy z nim od kłusa ćwiczebnego. Jeżdżę wtedy tak długo kłusem anglezowanym bądź w półsiadzie aż poczuję że koń zaczyna się rozluźniać i jego grzbiet jest gotowy na przyjęcie mojego ciężaru. 

Bo moi drodzy, dla młodego lub mocno spiętego konia kłus ćwiczebny jest wyzwaniem nawet jeżeli nasz dosiad jest idealny. Taki koń nie zawsze ma odpowiednio rozwiniętą muskulaturę oraz technikę by być w stanie dźwigać nasz ciężar. Po czym poznać że taki koń nie jest gotowy? Ano na przykład po zapadniętym grzbiecie. Po sztywnych chodach. Po uciekaniu od wędzidła. 

Tak więc kłus ćwiczebny jest wyzwaniem nie tylko dla nas, ale też dla naszych koni. Nie wiem czy to pocieszające czy raczej tragiczne, ale fakt jest taki że na początku dyskomfort odczuwacie oboje. W tym miejscu życzę Wam i Waszym rumakom dużo cierpliwości i ani się obejrzycie a kłus ćwiczebny stanie się coraz większą przyjemnością. A cóż więcej w jeździectwie chcieć jak nie szczęśliwego konia i szczęśliwego jeźdźca. W końcu to po to mamy ujeżdżenie. 

Malwina

MAŁA INFORMACJA

Jeżeli post Wam się spodobał, a Wy łączycie się ze mną w bólu bo podobnie jak mi wysiadywanie kłusa nigdy nie wychodziło Wam intuicyjnie - zachęcam Was do pozostawienia pod moim postem małego śladu w postaci reakcji. Tak mało, a strasznie cieszy i motywuje do dalszego pisania ❤️


Jeżeli za to macie chwilkę czasu i ochoty to zapraszam również na mojego Facebooka którego dopiero co (ponownie) założyłam. Wy to pewnie wiecie, nie znam się na tego typu rzeczach, ale byłam bardzo wdzięczna za wszelką formę wsparcia w postaci lajków ❤️

Buziaki!

wtorek, 18 lutego 2020

Powrót do blogowania

Powrót do blogowania

Myśleliście, że nie wrócę już do blogowania? Szczerze? Też tak myślałam. Nie wiem sama co mnie nakłoniło do tego drastycznego kroku, co sprawiło że odpalając komputer weszłam na tą dawno nieodwiedzaną stronę której nazwy już prawie nie pamiętałam i z nutką wzruszenia czy też zażenowania przejrzałam stare posty. Mówiąc zupełnie szczerze myślałam, że nikt tu nie zagląda, bo po co. Miałam nawet cichą nadzieję że tak faktycznie jest. Statystyki pokazały jednak co innego. 
Nie pisałam od chyba 8 miesięcy, a jednak ktoś wciąż mnie odwiedza, ktoś wciąż czyta moje posty i może czeka aż coś znowu napiszę. Takich ludzi jest zresztą więcej. 

Wróciłam i mogę Wam powiedzieć że wróciłam mądrzejsza. Bardziej pokorna. Trochę inna. Wiecie, posiadanie konia zmienia człowieka. Potrafisz wracać do domu późną nocą po całym dniu bo musisz jeszcze jechać do stajni sprawdzić czy wszystko w porządku. Potrafisz kłócić się z trenerką bo jej treningi pasują tylko w czwartek, o 22. A Ty, cholera, chcesz wtedy spać bo wiesz że następnego dnia masz kolejny ciężki dzień. 



Nie chcę narzekać. W ciągu tych ośmiu miesięcy, chociaż czasami chciałam rzucić wszystko w cholerę, przeżyłam naprawdę piękny czas, a przede wszystkim nauczyłam się wielu rzeczy i chciałabym się z Wami nimi podzielić. 

Nie mogę obiecać niczego bo znacie mnie i moje obietnice, ale mogę Wam powiedzieć że cieszę się że wróciłam, cieszę się że piszę i jestem bardzo wdzięczna że ktoś tu jeszcze jest. 

Wasza Malwina ❤️

PS. Na dniach pojawią się pierwsze posty. Mam już przygotowane parę więc szykujcie się na dużą dawkę wiedzy :)

WAŻNE!!!

Po raz kolejny staram się wdrożyć działalność blogową również na Facebooka. Ostatnim razem założenie strony skończyło się jej usunięciem, tym razem przychodzę z trochę większymi zdolnościami informatycznymi i jak to się skończy to zobaczymy. Jeżeli dotarliście aż tutaj to zachęcam Was do polajkowania fanpage'a bloga do którego link zamieszczam poniżej. Byłabym Wam bardzo wdzięczna za wsparcie i duuuużo wyrozumiałości :))) Mam nadzieję że coś jeszcze z tego wyjdzie bo mam duże plany co do tego jak to się rozwinie ale na razie nie chcąc zapeszać proszę Was tylko o odwiedzenie mnie TUTAJ.


sobota, 22 czerwca 2019

3 RZECZY O KTÓRYCH MUSISZ WIEDZIEĆ ZANIM ZACZNIESZ PRACOWAĆ Z ZIEMI

3 RZECZY O KTÓRYCH MUSISZ WIEDZIEĆ ZANIM ZACZNIESZ PRACOWAĆ Z ZIEMI

Jeżeli Twoja najnowsza pensja została wydana na kolejne różowe halterki, połowa obserwowanych przez Ciebie stron na instagramie to te z pokroju Alicji Burton i wreszcie, tęsknym wzrokiem i ze łzą wzruszenia w oku przyglądasz się Twojemu rumakowi widząc go radośnie podchodzącego do Ciebie podczas join-upu jeszcze zanim Ty go o to poprosisz - wiedz, że wpadłeś w to po uszy. Najprawdopodobnej nie wiesz jeszcze na co się piszesz. Nie martw się, ja też nie wiedziałam. Oto 10 rzeczy, które prędzej czy później dowiesz się pracując z koniem z ziemi. 

1. 

Przyjdzie taki moment, a z przyjemnością nie będzie on miał niczego wspólnego, że zrozumiesz czemu nikt nie przeprowadza join-upu na otwartej przestrzeni. Jeden raz kiedy spróbujesz odgonić swojego konia na ujeżdżalni 60 na 40 i spalisz wszystkie zbędne kalorie z ostatnich trzech miesięcy, a Twój krokomierz osobiście wyśle Ci medal jako najbardziej fit osobie w całym województwie. Jak byś się mimo wszystko zastanawiał: nie, nie warto. 

Nie chodzi nawet o to, że Twój koń do Ciebie nie podejdzie, bo i takie cuda się zdarzają i to nawet często bym powiedziała. Chodzi tu raczej o odległości, a raczej o respekt do Twoich pomocy który maleje z każdą foulą o którą koń się od Ciebie oddala. 

Bo join-up wygląda wtedy tak, że Ty radośnie odganiasz konia ze środka ujeżdżalni, on radośnie odbiega i zatrzymuje się na drugim jej końcu. I co? I możesz sobie machać tymi rękami i świstać batami, ale mu - oddalonemu o 20 metrów - wisi co tam w oddali właśnie robisz. Więc żeby zachować jakiekolwiek resztki pogwałconego autorytetu musisz pobiec na ten drugi koniec ujeżdżalni (on w tym czasie zdąży się wytarzać, zrobić kupę i poparskać do kolegów na pastwisku) i dopiero wtedy znowu go od siebie odgonić. On ucieknie 60 metrów, zatrzyma się i najprawodpodobniej z lubością pomyśli, że właśnie znalazłaś bardzo fajną zabawę i wcale nie jesteś taka sztywna jak zawsze myślał, a Ty pomyślisz że prędzej zajmiesz się powożeniem niż powtórzysz to po raz drugi. 




2. 

Kiedy już nauczysz się, że jak join-up to tylko na round penie, najprawodpodobniej poznasz uroki pracy na świerzym powietrzu. Round pen zwykle znajduje się bez zadaszenia i w lekkim oddaleniu od stajni, tak by poważni ludzie nie widzieli całego cyrku który odwalacie ze swoim kucykiem i generalnie ma to swoje plusy. Natura jest w końcu taka miła i ostatnio badzo modne stało się wychodzenie z domu czyli stajni więc wiesz...

Jedynym problemem są warunki atmosferyczne, które czasami są równie przychylne do Twoich pomysłów co Twój koń. Delikatna mżawka nie jest zła, ale mżawka bardzo łatwo potrafi przekształcić się w wielką ulewę i wichurę, a te warunki nie sprzyjają waszemu "połączeniu". Nie wiem czy kiedykolwiek próbowaliście nakłonić konia żeby podszedł do was kiedy krople deszczu spadały z  nieba  z prędkością piły maszynowej, a wiatr uginał wszystkie pobliskie drzewa. Nagle koń, który przejawiał wszystkie oznaki chęci podejścia do Was zmienia się w dzikiego mustanga i znowu musisz go gonić, starając się desperacko zarzucić lonżę na jego szyję. Zwykle kiedy udaje Ci się, akurat przestaje padać.

Wracając przemoczona do stajni musisz udawać że nic się nie stało i że nie widzisz kpiącego uśmiechu na twarzy stajennego.  



3. 

Być może te sytuacje sprawiły, że już nigdy więcej nie podejmiesz próby pracy na wolości. Praca Montego Robertsa jest w końu sfotoszopowana, a żadnemu normalnemu jeźdźcowi się to nie udaje. Poza tym, Twój koń i bez tego jest wystarczająco dziwny. 

Postanawiasz zakupić drogi sprzęt i spróbować pracy na lonży, z jakimś systesem typu pessoa czy nowoczesnym pasem do lonżowania. Twój koń szybko nauczy Cię jednak, że nawet głupi pas do lonżowania da się zepsuć. Szkoda nawet gadać...

A jeżeli i tak pomyślisz, że nie mogło być już nic gorszego, to uwierz, mogło - bo ktoś mógł właśnie wejść na ujeżdżalnię i ze zdziwnieniem spytać Cię robisz. Uwierzcie, bardzo trudno znaleźć sensowną odpowiedź. 

Malwina

MAŁA INFORMACJA

Jeżeli tak jak ja macie podobne doświadczenia z pracą na wolności, a może przeciwnie - jesteście w tym naprawdę dobrzy i czytacie moje posty ze zwyczajnej litości - byłabym bardzo wdzięczna za wszystkie lajki i serduszka pod moim postem. Jeżeli właśnie to czytasz to bardzo dziękuję Ci że ze mną jesteś i że dotrwałeś do końca tego wpisu. To naprawdę bardzo miłe <3 A jeżeli masz jakieś jeździeckie pytanie, to pamiętaj że zawsze możesz do mnie napisać. Skrzynkę sprawdzam prawie że codziennie, a jeżeli nie odpisuję to znaczy że zaraz odpiszę. Do usłyszenia! 

sobota, 18 maja 2019

W jaki sposób praca z ziemi może zbudować mięśnie konia

W jaki sposób praca z ziemi może zbudować mięśnie konia

Kiedy mówimy o pracy z ziemi, zwykle na myśli mamy szalone dwusnastolatki radośnie ganiające swoje kucyki na różowych halterkach, a - nie obrażając nikogo, dwunastolatek w szczególności - taki sposób pracy nie wiele ma wspólnego z prawidłowym budowaniem końskich mięśni. Mimo wszystko praca z ziemi może okazać się ważna, a niekiedy nawet kluczowa w procesie szkolenia. I żeby była jasność, nie mówię tu tylko o aspekcie psychicznym. 

Zacznijmy od małego wprowadzenia. Nie wszystkie konie rodzą się z idealną budową, która umożliwia im poprawne noszenie jeźdźca już od samego początku ich kariery. Mówiąc szczerze, zwierzęta bez wcześniejszego przygotowania w ogóle nie są dostosowane do noszenia ciężaru jakim jest nasze ciało. 

Zadaniem, które mamy przed sobą jako osoby chcące znajdować się na końskim grzbiecie mimo wszystko, jest nauczenie konia takiego sposobu poruszania się z nami, który nie sprawia mu bólu  oraz na dłuższą metę nie prowadzi do zupełnego zepsucia kręgosłupa. 

Jak wiele razy na pewno słyszeliście, koński kręgosłup ma pewne naturalne krzywizny. Młode zwierzę nie mające żadnego doświadczenia pod siodłem chodzi w taki sposób, że jego grzbiet wydaje się wklęsły, a szyja zadarta jest do góry. Taki sposób poruszania się nie ma w sobie niczego złego, oczywiście do momentu gdy człowiek nie zdecyduje się konia użytkować. Dodatkowe kilogramy sprawiają, że grzbiet konia niejako "zapada się", a w konsekwencji poszczególne kręgi mogą zacząć się ścierać co nosi nazwę kissing spines i jest bardzo często spotykaną dolegliwością u koni. Dodatkowo, zwierzę może zacząć spinać swoje mięśnie i zadzierać głowę jeszcze bardziej do góry, a to wszystko zupełnie zaburza jego biomechanikę. 



Jeżeli jeździec nie chce by koń w sposób szybki i bolesny zakończył swoją karierę, musi zacząć pracować z nim tak, by jego kręgosłup mógł pracować poprawnie. A nie ma dla niego innej możliwości dźwigania parudziesięciu kilogramów ludzkiego ciała niż gdy jest on w pozycji wypukłej. 

Do tego właśnie jeździec musi zachęcić konia - by ten zaokrąglił swój grzbiet (czyli wygiął go i uczynił wypukłym), obniżył zad i w konsekwencji również przestał zadzierać szyję oraz się rozluźnił. Tylko w takim stanie koń może nosić jeźdźca nie narażając się na żadne problemy oraz ból. 

Pojawiają się jednak dwa ściśle ze sobą związane problemy, które sprawiają, że nie u każdego konia proces wyszkolenia go do takiej jazdy jest równie prosty. Po pierwsze, koń potrzebuje silych mięśni do takiej pracy, ponieważ jazda w zebraniu jest dla niego sporym wyczynem fizycznym. Po drugie, co jest trochę wynikiem tego pierwszego, nie każdy koń uważa taką jazdę za konieczną, szczególnie te zwierzęta, które spędziły lata będąc użytkowane w sposób niepoprawny. Jeżeli koń jest leniwy (a zwykle jest), to dodatkowy wysłek fizyczny pomimo odczuwanego bólu będzie mu się wydawał skrajnie głupi. Trudno mu się w sumie dziwić. 

Mądry jeździec powinien skupić się na tym, by wyrobić mięśnie konia - zarówno te grzbietu jak i zadu - tak, by poprawna jazda stała się dla niego możliwa. Ponadto, powinien wykształcić w koniu stały nawyk jazdy z zaokrąglonym grzbietem, pokazując mu że taka jazda jest dużo przyjemniejsza. 

Pracę taką można oczywiście wykonać pod siodłem. Warunkiem jest, żeby jeździec (oprócz tego, że miał dobry dosiad i możliwie jak najmniej przeszkadzał swoim ciałem) cały czas pilnował by końskie ciało było ustawione w sposób poprawny. Przy zaokrąglonym grzbiecie może wykonywać wiele ćwiczeń - czy to na kole, czy to przejść, czy to cavaletti. Jeżeli koń nie jest w stanie mieć takiej pozycji ciała, niekiedy niezbędny jest gogue. Jest to jeden z nielicznych patentów jeździeckich, który polecam Wam z całego serca. Nie o nim jednak ten post. 



Zgodnie z tytułem postu, chciałam Wam napisać o tym jak zbudować mięśnie konia używając samej tylko pracy z ziemi. Do tego postu zainspirował mnie oczywiście mój koń, o którym pisałam Wam parę dni temu, a którego kręgosłup pozwala mu nosić mój ciężar maksymalnie raz w tygodniu i jest to orzeczenie fizjoterapeutki-osteopatki, a nie jakiegoś tam mojego widzi-mi-się. Przez pozostałe dni tygodnia muszę pracować ze Zgredkiem na lonży i to na niej zbudować muskulaturę, która będzie w stanie dźwigać mój ciężar. I, żeby nie było, nie jest to Bóg wie ile tylko marne 50kg. 

Moją pierwszą reakcją było lekkie zdziwnienie - no bo jak to, jak zbudować mięśnie nie siedząc na koniu?

Okazuje się jednak, że jest to możliwe. Sposobów jest oczywiście mnóstwo. Dla mnie podstawą jest praca na jednej lonży, ale w systemie nazwanym pessoa. Zdaję sobie jednak sprawę, że metod  ogólnie jest bardzo dużo, całkiem możliwe że istnieją jakieś lepsze niż moja, ja jednak opiszę Wam to na czym się znam, bo nie chcę Was w żaden sposób okłamywać. 

Pessoa to jeden z jeździeckich patentów, aktualnie jedyny którego (oprócz gogue) zdarza mi się używać. Możliwe, że niektórych z Was dziwi czemu ja - będąca tak wielką anty-miłośniczką patentów - zaraz zachęcam Was do używania ich. Otoż usłyszałam kiedyś bardzo mądre zdanie, które brzmi mniej więcej tak: patenty zostały stworzone dla konia a nie dla jeźdźca, a więc powinny pomagać koniowi a nie jeźcowi. Jeżeli więc koń ma wyraźne problemy i bez jakieś wskazówki nie da rady pracować - używanie patentów jest jak najbardziej okej. Nie należy jednak stosować ich gdy to jeździec nie chce bądź nie potrafi szkolić konia w sposób poprawny i idąc na łatwiznę próbuje siłą zakrąglić jego szyję. 



Pessoa w odróżnieniu od niektórych innych patentów nie działa tylko na szyję i nie próbuję siłą ściągnąć głowy w doł, ale przede wszytskim oplata również zad, co w dość prosty sposób powoduje zaokrąglenie końskiego grzbietu. Nie mówię, że system jest idealny (w końcu wszystko da się zepsuć), ale mogę Wam powiedzieć, że u mnie ten rodzaj pracy sprawdza się wystarczająco dobrze. 

Na czym polega lonżowanie konia za pomocą pessoa? Poza tym, że koń ma założoną specjalną uprząż łączącą zad, grzbiet i szyję, lonżowanie konia wygląda normalnie. Na początku robimy parę kołek stępem albo chodzimy z koniem w ręku, potem przechodzimy do pracy w kłusie i galopie. W kłusie dodatkowo możemy używać cavaletti - ich obecność nakłoni konia do wyższego podnoszenia zadnich nóg, co umocni jego mięśnie zadu. Bardzi fajnym pomysłem jest też stosowanie przejść kłus-galop-kłus, które jak nic innego angażują koński zad. Dodatkowym plusem jest to, że ucza one konia reakcji na pomoce takie jak głos czy mowa ciała. Ciałościow takie lonżowanie trwa 20-25 minut.

Oprócz lonżowania konia moja fizjoterapeutka zachęciła mnie do wykonywania strechingu co głównie polega na tym, że kładę marchewkę w różnych miejscach (np. pomiędzy jego  przednimi nogami) i nakłaniam go do sięgnięcia po nią. Innym wariantem jest naciskanie w taki specjalny punkt na brzuchu konia, który sprawia, że jego grzbiet robi się wypukły. Takie ćwiczenia nie trwają jednak dłużej niż parę minut. Jeśli mam być szczera to nie wiem czy są pomocne, ale wiele osób twierdzi że tak (w tym owa właśnie fizjoterapeutka), więc kontynuuję je mimo wszystko. 

Po takiej sesji zwykle staram się rozluźnić konia pracując z nim na lonży bez żadnych patentów. Moim celem jest to, żeby ruszał się jak najbardziej spokojnie i powoli opuszczał głowę w dół. Nie wiem czy słusznie, ale mam wrażenie że ostatnie minuty w takim właśnie niskim ustawieniu poprawnie na niego wpływają.

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie, 
Malwina

MAŁA INFORMACJA

Wielkie dzięki za wszystkie łapki i serduszka pod moimi postami. Dziękuję Wam za zaangażowanie, za miłe słowa i jakąkolwiek inną formę wsparcia <3. Jak zwykle, bardzo zachęcam Was do zostawiania reakcji również pod tym postem. To strasznie motywuje do dalszej pracy i sprawia, że - chociaż zdarza mi się być bardzo nieregularną w swojej aktywności- to jednak staram się przychodzić tu dla Was jak najczęściej, bo musicie wiedzieć, że sprawia mi to ogromną przyjemność :)). 

sobota, 11 maja 2019

Czasami trzeba odpuścić

Czasami trzeba odpuścić

Czasami zobaczysz jeden błysk końskiego spojrzenia i już wiesz, że to jest to. Wystarczy ten ułamek sekundy, ta jedna chwila by całkowicie się w tym zatracić, a potem jeszcze zatracić wszystkie swoje pieniądze i przyjaciół, którzy nie zawsze okazują się wystarczająco wyrozumiali. Ty jednak wiesz, że to jest to. Jesteś gotowy przeznaczyć każdą chwilę swojego wolnego czasu na wyczesywanie sklejek z brudnego boku Twojego ukochanego, jesteś gotowy zmienić szpilki na sztyblety i wreszcie - oddać całe swoje serce tej niezrozumiałej istocie o ogromnych oczach. Być może, a jest to całkiem prawdopodobne, nawet nie zdałeś sobie sprawy kiedy dokładnie stałeś się Jeźdźcem. 

Marzenia mamy różne. Większość z nas po prostu chce być dobrym w tym co robi. Nie ważne czy troszczymy się przy tym o dobro konia czy też o dobro własne w postaci rosnącego ego po kolejnym wygranym konkursie, w gruncie rzeczy w jednym celu czytamy wszystkie te poradniki i spędzamy kolejne żmudne godziny ćwiczeń. Chcemy być dobrzy. 

Wreszcie, po godzinach spędzonych na lonży, miesiącach kłusa ćwiczebnego i latach treningów, w których właściwie nie wiadomo o co dokładnie chodziło, zaczynamy słyszeć że właściwie to nie jesteśmy tacy źli. Że wypadałoby by w naszym życiu pojawił się wreszcie ten jedyny. Własny koń. 

Czasami jest naprawdę fajnie. Czasami koń okaże się cudownym, doświadczonym i mądrym zwierzęciem, który wprowadzi nas w świat zawodów i obróci nasze życie do góry nogami w sensie jak najbardziej pozytywnym. Nie zawsze tak jednak jest. W moim wypadku tak nie było. 

Zgredek, bo taki przydomek zyskał mój ukochany, jest koniem o wielkim sercu. Początki układały nam się bardzo dobrze, a ja w ciągu pięciu miesięcy naszej wspólnej pracy zrobiłam tak duży postęp, że patrząc w ujeżdżeniowe lustro myślałam sobie: wow, Malwa, jak Ty cudownie siedzisz - chociaż nigdy wcześniej mi się tak nie zdarzało. 

Od samego początku wiedziałam, że Zgredek - podobnie zresztą jak wiele koni - mierzy się z problemami ze swoim kręgosłupem. Od zawsze wiedziałam, że praca z nim wymaga wysiłku i dużej odpowiedzialności, ale mówiąc szczerze - myśl ta miło karmiła moje ego. W końcu wiecie, wreszcie mogłam wykazać swoje umiętności trenowania trudnych koni. 

Przez ostatnie miesiące szło nam naprawdę dobrze. Zgredek nadbudował mięśnie grzbietu i z czasem zaczął wyglądać bardziej jak koń ujeżdżeniowy niż niewypierzony źrebak. Los chciał jednak żebym skontaktowała się z zaprzyjaźnioną osteopatką. Analiza kręgosłupa wykazała, że nawet moje marne 50 kg nie są ciężarem, który jest w stanie dźwigać zbyt słaby kręgosłup mojego konia. Jeżeli chcę by Zgredek mógł kiedyś jeździć w sposób poprawny, muszę pożegnać się z siodłem na najbliższe parę miesięcy i w tym czasie nadrobić wszystkie braki pracą z ziemi, z pessoa na przykład. 

Brzmi bardzo poważnie i jestem pewna, że wiele osób z chęcią przystałaby na taką propozycję, ale to co pojawiło się w mojej głowie nie było z początku niczym pozytywnym. Bo jak to? Nie wsiadać na konia? Jak to - mieć konia i codziennie go tylko lonżować? I to nie w sposób normalny, ale ze speacjalnymi linkami i sznurkami mającymi podtrzymywać zad i kręgosłup i które Bóg wie jak działają? No niestety, właśnie tak. 

Czasami trzeba odpuścić. Czasami trzeba odpuścić choć to nic nie daje, nie czyni nas lepszymi jeźdźcami, ale jednak trzeba odpuścić - bo wewnętrznie wie się, że tak będzie najlepiej. Nie przestaję jeździć konno z myślą, że od tego stanę się lepszym jeźdźcem i że sprawi to, że osiągnę wielki sukces. Nie, robię to wiedząc, że moje mięśnie potencjalnie mogą wyjść z wprawy, że mój dosiad potencjalnie może stać się gorszy i że tracę czas, który mogłabym poświęcić zawodom. Są jednak rzeczy ważne i są rzeczy jeszcze ważniejsze. Jedną z takich rzeczy jest zdrowie mojego konia. 

Najbliższe miesiące spędzę bez oficerek, w zwykłych trampkach zwyczajnie lonżując mojego konia i patrząc jak inni skaczą coraz wyższe parkury. Czy jest mi smutn? Może trochę. Wiem jednak, że robię to co powinnam i to sprawia, że czuję się naprawdę szczęśliwa. 

Malwina

MAŁA UWAGA

Jak łatwo możecie się domyślić, tematyka bloga w najbliższym czasie zacznie się obracać bardziej wokół zagadnień dotyczących pracy z ziemi, co będzie zresztą naturalnym biegiem rzeczy. Szykujcie się w każdym razie na wpisy o pessoa, ćwiczeniach na podwójnej lonży, a także wszelkich porad na temat budowania mięśni poprzez pracę z ziemi. 

Jak zwykle bardzo dziękuję Wam za wszystkie łapki i serduszka pod poprzednimi postami - proszę, nie przestawajcie ich klikać bo nawet nie wiecie ile radości mi sprawiacie Waszymi rekacjami <3 Buziaki kochani i do usłyszenia! 

poniedziałek, 18 marca 2019

Jak nauczyć się wydłużania i skracania chodów konia?

Jak nauczyć się wydłużania i skracania chodów konia?

Skracanie i wydłużanie chodów konia niby jest sobie całkiem proste. Piszę niby, bo w zasadzie gdyby tak prześledzić wszystkich jeźdźców wraz z ich końmi, to nagle okazałoby się, że statystycznie większość (nota bene ze mną na czele) wcale nie robi tego poprawnie. Jedna sprawa to nieświadomość jakich pomocy przy wydłużaniu i skracaniu powinno się użyć, ale druga (według mnie znacznie bardziej istotna) jest kwestia pewnego wyczucia, a ściślej rzecz biorąc - jego braku. 

Myślę, że każdy jeździc intuicyjnie "czuje", że zmieniając wykrok konia (czyli wydłużając badź skracając jego chód) powinien albo użyć łydki i rozluźnić biodra albo też mocniej domknąć rękę i nieco zblokować biodra. Równocześnie jednak mało który jeździec czuje jak mocno i w jakiej kombinacji powinien powyższych pomocy użyć. 

Trudno przecież komuś wytłumaczyć jak silne powinny być sygnały dawane łydką podczas wydłużania kroków albo jak mocno domknąć rękę podczas skracania; o tłumaczenie roli dosiadu w tym procesie w ogóle już nie mówiąc. 

W efekcie nie każdy jeździec wie jak odpowiednio zadziałać pomocami, co powoduje, że koń nie zmienia wykroku tak jak powinien. Co to w praktyce oznacza? W generalnej większości po prostu w ogóle nie widać, że jakakolwiek próba wydłużania/skracania chodu została rozpoczęta, bo koń rusza się tak jak ruszał się przed zadziałaniem pomocy. 

Wytłumaczenie komuś rzeczy, które opierają się na wyczuciu są bardzo trudne (żeby nie powiedzieć, że niemożliwe), dlatego zamiast tłumaczyć zaproponuję Wam ćwiczenie, które same w sobie nauczy Was poprawnego wydłużania i skracania chodów.

Możnaby właściwie powiedzieć, że "wymusi" w Was używanie poprawnych pomocy, bo w innym wypadku (jeżeli nieodpowiednio wydłużycie/skrócicie koński wykrok), nie będziecie w stanie wykonać ćwiczenia. 


Ćwiczenie wygląda dokładnie tak jak na załączonym obok rysunku. Chodzi o to, żebyście ułożyli dwie linie drągów - na moim cudownym paintowym dokumencie jedna z nich zaznaczona jest na czerwono, z kolei druga na fioletowo. 

Drągi czerwone ułożone są daleko od siebie (w moim przypadku odległość wynosiła 1,5m ale powinniście sami dostosować to do Waszych koni - ich wzrostu i umiejętności). Drągi fioletowe ułożone są bardzo blisko siebie (u mnie było to 1,2 m). 

Najeżdżając na linię czerwonych drągów powinniście zadbać o to, żeby koń zaczął wydłużać wykrok (przejechanie przez drągi będzie dla Was swojego rodzaju sprawdzianem i pokaże, czy koń faktycznie wydłużył krok - jeżeli wydłużanie nastąpi dopiero na drągach, znaczy się że trzeba jeszcze nad czymś popracować). Po przejechaniu przez drągi będziecie mieć chwilę czasu na powrócenie do "normalnego" wykroku, żeby na lini poprzedzającej fioletowe drągi skrócić chód konia. 

Ćwiczenie wykonujemy oczywiście całkowicie w kłusie. 

Po paru takich przejazdach razem z Waszym koniem zaczniecie  powoli rozumieć w jaki sposób musicie ze sobą współpracować, żeby osiągnąć zamierzony efekt. Leżące na ziemi drągi są jedynie sprawdzianem tego, czy wydłużenie/skrócenie kroku faktycznie następuje i bardzo pomagają w wykształceniu się poprawnego wyczucia. 

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i mam nadzieję, że powyższe ćwiczenie chociaż troszeczkę pomoże Wam w doskonaleniu ujeżdżeniowych umiejętności, 

Malwina

MAŁA INFORMACJA

Tym razem "małą informację" powinnam nazwać właściwie "małymi informacjami", bo w zasadzie to chciałabym Was poinformować o dwóch sprawach. 

Po pierwsze, jak zwykle przypominam Wam o Disqusowych reakcjach na moje posty, które w każdej chwili anonimowo możecie dodać. To mega motywuje, jest strasznie miłe i byłabym bardzo wdzięczna gdybyście w dalszym ciągu na nie klikali <3. 

Po drugie, chciałabym Was poinformować o tym, że blog parę dni temu znalazł się na Facebooku. Mówiąc zupełnie szczerze, nie do końca jeszcze rozumiem jak to wszystko działa (mówię tu o funpage'u), ale myślę że byłoby bardzo fajnie gdybyście postanowili mnie tam odwiedzić. Wszystkie infromacje o nowych postach będę tam właśnie zamieszczała, więc myślę, że obserwowanie mojej strony Wam bardzo ułatwiłoby życie, a mi znacząco nakarmiło ego. Dziękuję!

niedziela, 17 lutego 2019

Wszystko o galopie na dobrą nogę

Wszystko o galopie na dobrą nogę

Jeżeli w ostatnim z moich postów tłumaczyłam Wam jak zagalopować i czemu ponad połowa populacji młodych jeźdźców podchodzi do tego niepoprawnie, teraz zdecydowanie przyszedł czas na małą wzmiankę o galopie na dobrą nogę. Z tym galopem na dobrą nogę to jest tak, że każdy o nim słyszał, większość nie rozumie, a jednak prawie nikt nie ma z nim większych problemów. Bo prawda jest taka, że o ile jest to możliwe, każdy porządny koń sam z siebie dąży do tego, by zagalopować na dobrą nogę. Finito. 

Skąd jednak w ogóle wzięło się całe to dziwne stwierdzenie i czemu tak bardzo zależy nam na patrzeniu na jakąś tam nogę? Szukając przyczyny musimy bliżej przyjrzeć się biomechanice końskiego ruchu czyli po prostu zastanowić czym tak naprawdę jest galop. O ile stęp polega na takim sobie zwyczajnym chodzeniu, a kłus jest odpowiednikiem ludzkiego truchtu, o tyle galop przypomina mi najbardziej radosne podskoki małej sarenki. Galop jest jednak o tyle dziwny, że koń skacząc nie robi tego jak królik, to znaczy nie skacze symetrycznie unosząc raz przednie a raz tylnie nogi, ale robi to właśnie w sposób bardzo niesymetryczny, tak że zawsze jedna z jego stron (prawa lub lewa) robi ten ruch jako pierwsza, a druga ze stron jedynie "doskakuje" do tej strony prowadzącej*.


Jak łatwo się domyślić, właśnie na podstawie tego która strona jest stroną "prowadzącą" a która jest "doskakującą" możemy bardzo wiele o galopie powiedzieć (między innymi to czy jest na dobrą nogę czy nie).

Poprawne jest gdy stroną "prowadzącą" czyli "inicjującą" galop jest wewnętrzna strona konia. Oznacza to, że jeżeli mamy galopować na ujeżdżalni, ta strona która jest bardziej oddalona od płotu a bliżej położona wnętrza ujeżdżalni będzie stroną, która będzie bardziej z przodu i od której będzie zaczynał się ruch. Jeżeli koń będzie tak galopował, śmiało możemy powiedzieć, że galopuje on na dobrą nogą. 

Odwrotnie wygląda sytuacja, gdy koń galopuje na złą nogę (co w ujedżeniu podczas niektórych figur nazywa się kontrgalopem). Wtedy też jego stroną "prowadzącą" jest strona zewnętrzna, czyli ta położona bliżej płotu. 

Ktoś mógłby teraz spytać się czemu to takie ważne która ze stron "prowadzi", a która "doskakuje". Odpowiedź w rzeczywistości jest bardzo prosta. Wszystko dzieje się ze względu na wygodę zwierzęcia, któremu dużo łatwiej jest galopować na dobrą nogę niż na złą. Żeby dobitniej pokazać Wam jak bardzo jest to dla konia ważne, radziłabym wyobrazić sobie konia galopującego po kole. Jeżeli koń galopuje na dobrą nogę, jest się w stanie spokojnie wygiąć. W przypadku galopu na złą nogę wewnętrzna tylna noga konia niejako zostaje "z tyłu" i sprawia, że wygięcie jest dla konia ekstremalnie trudne. 


Stąd też wielu trenerów każe swoim podopiecznym dokonać zagalopowania na kole. Jeżeli koń jest odpowiednio wygięty, praktycznie nie ma możliwości, żeby zagalopował na złą nogę. 

Problem pojawia się kiedy jeździec chce zagalopować na linii prostej, a nieświadomie wygina ciało konia do zewnętrz. To powoduje, że zwierzęciu dużo łatwiej zagalopować na złą nogę i w efekcie faktycznie dochodzi do galopu na złą nogę. Gdy jednak dojeżdżają do narożnika, ciało konia zostaje wygięte do wewnątrz, co sprawia że w większości przypadków koń czując niewygodę przechodzi do kłusa bądź zmienia nogę poprzez lotną, w zależności od jego poziomu wyszkolenia. 

Lekarstwem na to jest oczywiście delikatne wygięcie konia do wewnątrz podczas zagalopowania, które sprawia, że koń nie ma innej możliwości niż zagalopować na dobrą nogę. 



Jeśli chodzi jednak o samo ocenianie czy koń galopuje na dobrą nogę czy nie, najlepszą metodą jest spojrzenie na wewnętrzną tylną nogę konia. Jeżeli jest ona nogą, która jako pierwsza wykonuje ruch, galop jest na dobrą nogę. 

* jasne, cały ten opis jest pewnego rodzaju uproszczeniem, ale mam nadzieję, że nadążyliście za moim sposobem rozumowania i nie namieszałam Wam w głowach za bardzo

Malwina

MAŁA INFORMACJA

Podobnie jak pod innymi postami, również tutaj możecie zostawić swoją reakcję. Byłabym Wam bardzo wzdzięczna za wszystkie łapki/serduszka, bo chociaż kiliknięcie ich zajmuje tylko parę sekund, pokazuje że faktycznie ktoś czyta mojego bloga, a to bardzo motywuje. 


Copyright © 2014 JAK LEPIEJ JEŹDZIĆ KONNO? , Blogger
Wypasiony Katalog Stron