poniedziałek, 18 marca 2019

Jak nauczyć się wydłużania i skracania chodów konia?

Jak nauczyć się wydłużania i skracania chodów konia?

Skracanie i wydłużanie chodów konia niby jest sobie całkiem proste. Piszę niby, bo w zasadzie gdyby tak prześledzić wszystkich jeźdźców wraz z ich końmi, to nagle okazałoby się, że statystycznie większość (nota bene ze mną na czele) wcale nie robi tego poprawnie. Jedna sprawa to nieświadomość jakich pomocy przy wydłużaniu i skracaniu powinno się użyć, ale druga (według mnie znacznie bardziej istotna) jest kwestia pewnego wyczucia, a ściślej rzecz biorąc - jego braku. 

Myślę, że każdy jeździc intuicyjnie "czuje", że zmieniając wykrok konia (czyli wydłużając badź skracając jego chód) powinien albo użyć łydki i rozluźnić biodra albo też mocniej domknąć rękę i nieco zblokować biodra. Równocześnie jednak mało który jeździec czuje jak mocno i w jakiej kombinacji powinien powyższych pomocy użyć. 

Trudno przecież komuś wytłumaczyć jak silne powinny być sygnały dawane łydką podczas wydłużania kroków albo jak mocno domknąć rękę podczas skracania; o tłumaczenie roli dosiadu w tym procesie w ogóle już nie mówiąc. 

W efekcie nie każdy jeździec wie jak odpowiednio zadziałać pomocami, co powoduje, że koń nie zmienia wykroku tak jak powinien. Co to w praktyce oznacza? W generalnej większości po prostu w ogóle nie widać, że jakakolwiek próba wydłużania/skracania chodu została rozpoczęta, bo koń rusza się tak jak ruszał się przed zadziałaniem pomocy. 

Wytłumaczenie komuś rzeczy, które opierają się na wyczuciu są bardzo trudne (żeby nie powiedzieć, że niemożliwe), dlatego zamiast tłumaczyć zaproponuję Wam ćwiczenie, które same w sobie nauczy Was poprawnego wydłużania i skracania chodów.

Możnaby właściwie powiedzieć, że "wymusi" w Was używanie poprawnych pomocy, bo w innym wypadku (jeżeli nieodpowiednio wydłużycie/skrócicie koński wykrok), nie będziecie w stanie wykonać ćwiczenia. 


Ćwiczenie wygląda dokładnie tak jak na załączonym obok rysunku. Chodzi o to, żebyście ułożyli dwie linie drągów - na moim cudownym paintowym dokumencie jedna z nich zaznaczona jest na czerwono, z kolei druga na fioletowo. 

Drągi czerwone ułożone są daleko od siebie (w moim przypadku odległość wynosiła 1,5m ale powinniście sami dostosować to do Waszych koni - ich wzrostu i umiejętności). Drągi fioletowe ułożone są bardzo blisko siebie (u mnie było to 1,2 m). 

Najeżdżając na linię czerwonych drągów powinniście zadbać o to, żeby koń zaczął wydłużać wykrok (przejechanie przez drągi będzie dla Was swojego rodzaju sprawdzianem i pokaże, czy koń faktycznie wydłużył krok - jeżeli wydłużanie nastąpi dopiero na drągach, znaczy się że trzeba jeszcze nad czymś popracować). Po przejechaniu przez drągi będziecie mieć chwilę czasu na powrócenie do "normalnego" wykroku, żeby na lini poprzedzającej fioletowe drągi skrócić chód konia. 

Ćwiczenie wykonujemy oczywiście całkowicie w kłusie. 

Po paru takich przejazdach razem z Waszym koniem zaczniecie  powoli rozumieć w jaki sposób musicie ze sobą współpracować, żeby osiągnąć zamierzony efekt. Leżące na ziemi drągi są jedynie sprawdzianem tego, czy wydłużenie/skrócenie kroku faktycznie następuje i bardzo pomagają w wykształceniu się poprawnego wyczucia. 

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i mam nadzieję, że powyższe ćwiczenie chociaż troszeczkę pomoże Wam w doskonaleniu ujeżdżeniowych umiejętności, 

Malwina

MAŁA INFORMACJA

Tym razem "małą informację" powinnam nazwać właściwie "małymi informacjami", bo w zasadzie to chciałabym Was poinformować o dwóch sprawach. 

Po pierwsze, jak zwykle przypominam Wam o Disqusowych reakcjach na moje posty, które w każdej chwili anonimowo możecie dodać. To mega motywuje, jest strasznie miłe i byłabym bardzo wdzięczna gdybyście w dalszym ciągu na nie klikali <3. 

Po drugie, chciałabym Was poinformować o tym, że blog parę dni temu znalazł się na Facebooku. Mówiąc zupełnie szczerze, nie do końca jeszcze rozumiem jak to wszystko działa (mówię tu o funpage'u), ale myślę że byłoby bardzo fajnie gdybyście postanowili mnie tam odwiedzić. Wszystkie infromacje o nowych postach będę tam właśnie zamieszczała, więc myślę, że obserwowanie mojej strony Wam bardzo ułatwiłoby życie, a mi znacząco nakarmiło ego. Dziękuję!

niedziela, 17 lutego 2019

Wszystko o galopie na dobrą nogę

Wszystko o galopie na dobrą nogę

Jeżeli w ostatnim z moich postów tłumaczyłam Wam jak zagalopować i czemu ponad połowa populacji młodych jeźdźców podchodzi do tego niepoprawnie, teraz zdecydowanie przyszedł czas na małą wzmiankę o galopie na dobrą nogę. Z tym galopem na dobrą nogę to jest tak, że każdy o nim słyszał, większość nie rozumie, a jednak prawie nikt nie ma z nim większych problemów. Bo prawda jest taka, że o ile jest to możliwe, każdy porządny koń sam z siebie dąży do tego, by zagalopować na dobrą nogę. Finito. 

Skąd jednak w ogóle wzięło się całe to dziwne stwierdzenie i czemu tak bardzo zależy nam na patrzeniu na jakąś tam nogę? Szukając przyczyny musimy bliżej przyjrzeć się biomechanice końskiego ruchu czyli po prostu zastanowić czym tak naprawdę jest galop. O ile stęp polega na takim sobie zwyczajnym chodzeniu, a kłus jest odpowiednikiem ludzkiego truchtu, o tyle galop przypomina mi najbardziej radosne podskoki małej sarenki. Galop jest jednak o tyle dziwny, że koń skacząc nie robi tego jak królik, to znaczy nie skacze symetrycznie unosząc raz przednie a raz tylnie nogi, ale robi to właśnie w sposób bardzo niesymetryczny, tak że zawsze jedna z jego stron (prawa lub lewa) robi ten ruch jako pierwsza, a druga ze stron jedynie "doskakuje" do tej strony prowadzącej*.


Jak łatwo się domyślić, właśnie na podstawie tego która strona jest stroną "prowadzącą" a która jest "doskakującą" możemy bardzo wiele o galopie powiedzieć (między innymi to czy jest na dobrą nogę czy nie).

Poprawne jest gdy stroną "prowadzącą" czyli "inicjującą" galop jest wewnętrzna strona konia. Oznacza to, że jeżeli mamy galopować na ujeżdżalni, ta strona która jest bardziej oddalona od płotu a bliżej położona wnętrza ujeżdżalni będzie stroną, która będzie bardziej z przodu i od której będzie zaczynał się ruch. Jeżeli koń będzie tak galopował, śmiało możemy powiedzieć, że galopuje on na dobrą nogą. 

Odwrotnie wygląda sytuacja, gdy koń galopuje na złą nogę (co w ujedżeniu podczas niektórych figur nazywa się kontrgalopem). Wtedy też jego stroną "prowadzącą" jest strona zewnętrzna, czyli ta położona bliżej płotu. 

Ktoś mógłby teraz spytać się czemu to takie ważne która ze stron "prowadzi", a która "doskakuje". Odpowiedź w rzeczywistości jest bardzo prosta. Wszystko dzieje się ze względu na wygodę zwierzęcia, któremu dużo łatwiej jest galopować na dobrą nogę niż na złą. Żeby dobitniej pokazać Wam jak bardzo jest to dla konia ważne, radziłabym wyobrazić sobie konia galopującego po kole. Jeżeli koń galopuje na dobrą nogę, jest się w stanie spokojnie wygiąć. W przypadku galopu na złą nogę wewnętrzna tylna noga konia niejako zostaje "z tyłu" i sprawia, że wygięcie jest dla konia ekstremalnie trudne. 


Stąd też wielu trenerów każe swoim podopiecznym dokonać zagalopowania na kole. Jeżeli koń jest odpowiednio wygięty, praktycznie nie ma możliwości, żeby zagalopował na złą nogę. 

Problem pojawia się kiedy jeździec chce zagalopować na linii prostej, a nieświadomie wygina ciało konia do zewnętrz. To powoduje, że zwierzęciu dużo łatwiej zagalopować na złą nogę i w efekcie faktycznie dochodzi do galopu na złą nogę. Gdy jednak dojeżdżają do narożnika, ciało konia zostaje wygięte do wewnątrz, co sprawia że w większości przypadków koń czując niewygodę przechodzi do kłusa bądź zmienia nogę poprzez lotną, w zależności od jego poziomu wyszkolenia. 

Lekarstwem na to jest oczywiście delikatne wygięcie konia do wewnątrz podczas zagalopowania, które sprawia, że koń nie ma innej możliwości niż zagalopować na dobrą nogę. 



Jeśli chodzi jednak o samo ocenianie czy koń galopuje na dobrą nogę czy nie, najlepszą metodą jest spojrzenie na wewnętrzną tylną nogę konia. Jeżeli jest ona nogą, która jako pierwsza wykonuje ruch, galop jest na dobrą nogę. 

* jasne, cały ten opis jest pewnego rodzaju uproszczeniem, ale mam nadzieję, że nadążyliście za moim sposobem rozumowania i nie namieszałam Wam w głowach za bardzo

Malwina

MAŁA INFORMACJA

Podobnie jak pod innymi postami, również tutaj możecie zostawić swoją reakcję. Byłabym Wam bardzo wzdzięczna za wszystkie łapki/serduszka, bo chociaż kiliknięcie ich zajmuje tylko parę sekund, pokazuje że faktycznie ktoś czyta mojego bloga, a to bardzo motywuje. 


niedziela, 10 lutego 2019

Jak zagalopować i czemu mi to nie wychodzi?

Jak zagalopować i czemu mi to nie wychodzi?

Jeżeli jakiś bardzo dociekliwy człowiek prześledziłby wszystkie moje jeździeckie problemy, to abstrahując od faktu, że przeraziłby się ich ilością, zapewne stwierdziłby, że co jak co, ale w zagalopowaniu to ja zawsze byłam kiepska. Kwestia tego jak poprawnie zagalopować (a nawet jak zagalopować w ogóle bo i to bywało problemem) była zawsze tym, co w mojej jeździeckiej egzystencji niestannie spędzało mi sen z powiek. No bo jak to - być jeźdźcem i nie umieć galopować? O ile na początku swojej jeździeckiej przygody bardzo podobało mi się, że konie nie wchodziły pode mną w jakieś tam dzikie zagrywki a la rodeo, o tyle z czasem faktycznie zaczęło mi to przeszkadzać, a marzenie by mój koń zagalopował na pstryknięcie palcami a nie po godzinych długich i  żmudnych sygnałów moich zmęczonych łydek w końcu przeważyło. Tak, chciałam galopować. I tak, nie umiałam tego robić. 

Na początku najłatwiej było zwalić winę na jakiś zewnętrzny i niepowiązany ze mną czynnik, istnienia którego świadomość wcale nie pomogłaby mi w zagalopowaniu, ale zdecydowanie ulżyła mojemu mocno już poturbowanemu poczuciu własnej wartości. Prawda była jednak bolesna. Wina nie leżała ani po stronie konia (ten w końcu bardzo chętnie reagował na moje łydki coraz to szybciej i szybciej przebierając nóżkami w kłusie, a to że finalnie w galop nie wchodził jego błędem nie było) ani po stronie trenera, który w końcu bądź co bądź bardzo mądre rzeczy mi mówił. Winna byłam ja, a raczej moja nieumiejętność (a może i trochę niewiedza) przełożenia wszystkich tych mądrych rad w życie. Dzisiaj przychodzę do Was ciutkę mądrzejsza o te parę wskazówek, które sprawiły, że problem zagalopowania zniknął z mojej jeździeckiej listy porażek, a na jego miejsce pojawiło się wiele innych, ale to już chyba temat na inne rozważania. Dzisiaj pytanie - jak zagalopować? I oto odpowiedź...


Największym błędem związanym z zaglopowaniem jest to, że chcemy go za bardzo. Nie wiem czy jest tak we wszystkich przpadkach, ale w zdecydowanej większości jeźdźcowi tak bardzo zależy na galopie, że o jakość kłusa dba w stopniu zerowym, przez to tenże chód jest niechlujny i niedopracowany (jeździec w końcu skupia się na galopie), a to paradoksalnie sprawia, że do upragnionego galopu nie dochodzi wcale. 

Bo uwieżcie mi, mimo największych swych chęci koń nie będzie w stanie dobrze zagalopować jeśli uprzednio nie będzie miał odpowiedniego kłusa. Jeżeli należy do spokrewnionego z koniem gatunku konia miłego to może i jeszcze po długich namowach wejdzie w ten cały galop, ale będzie to przypominało bardziej potknięcie niż przejście w pełnym tego słowa znaczeniu. Podobnie może się zresztą zdarzyć jeżeli koń będzie lekko nadpobudliwy, bo wtedy sam ruch powietrza może wprawić jego ciało w niekontrolowane (a przynajmniej nie przez Ciebie) ruchy. Przeciętny trawożerca w porywach może i zacznie szybciej przebierać nóżkami, ale mówienie tu o galopie jest nieco na wyrost. 

Możecie mi wierzyć albo i nie, ale już obserwujac jak jeździec razem z koniem kłusują mogę z niemalże stuprocentową skutecznością powiedzieć, czy uda im się zagalopować czy nie, a przynajmniej ile czasu zajmie im dojscie do tego misternego stanu. Jeżeli kłus jest poprawny, praktycznie w każdym przypadku do galopu dochodzi od zaraz. Bo zagalopowanie samo w sobie nie jest niczym trudnym. Jeżeli  kłus jest dobry, a koń gotowy, wystarczy przesunąć zewnętrzną łydkę do tyłu i zagalopowanie nastąpi od zaraz. 



Tymczasem zdecydowana większość adeptów próbuje zagalopować z kłusa, który jest po prostu zły. Co mam na myśli? Po pierwsze, brak kontaktu. Wodze luźno wiszą, czasem tylko drżąca z przejęcia ręka obije wędzidłem po pysku, ale próżno tu mówić o jakiejkolwiek formie kontaktu. A kontakt - szczególnie przy zagalopowaniu - jest konieczny. Po prostu. Wodze powinny być napięte, a dłonie przez cały czas czuć delikatny opór końskiego pyska. 

Z brakiem kontaktu wiąże się zresztą brak kontroli. Bo jak jeździec chce zagalopować to nagle jakby cały Boże świat przestał istnieć. Chcę zagalopować i nagle hulaj dusza piekła nie ma. Stop! To, że chcesz zagalopować nie zwalnia Cię z tego, by dokładnie pilnować jak Twój koń się porusza. Zaczynając od bardzo prostych rzeczy, jak chociażby żeby koło na którym próbujesz wykonać przejście było równe, żeby koń nie zmiejszał jego średnicy, a przede wszytskim - żeby poruszał się tak jak Ty, a nie on tego chce. 

Kolejna rzecz dotyczy tempa kłusa. Wielu jeźdźców myli sygnał przesuniecia zewnętrznej łydki do tyłu (delikatnie poparty szturchnięciem końskiego boku wewnętrzną łydką) z oklepywaniem konia aż do skutku. Jeżeli koń nie zagalopował po jednym sygnale to prawdopodobieństwo, że zrobi to po kolejnych piędziesięciu trylionach niestety, ale maleje. 

Jeźdźcy widzą jednak, że koń trochę przyspieszył, że trochę szybciej zaczął przebierać nóżkami i biorą to za dobrą monetę. I faktycznie, czasem zdarzy się, że kłus zrobi się tak szybki, że koń nie będzie już w stanie szybciej przebierać nóżkami i w akcie desperacji zacznie galopować, a nie jest to takie zagalopowanie, o jakie nam chodzi. 



Problem jest też taki, że wiele osób uważa, że kłus z którego koń ma zagalopować musi być szybki. Bzdura! Kłus musi być kontrolowany, nie gnany, zrównoważony, "normalny", ale przede wszytskim spokojny. 

Jeżeli mówimy o spokojnym kłusie to musimy też wspomnieć o spokojnym dosiadzie. Bo niestety, ale emocje często biorą górą i przestajemy się pilnować, głęboko oddychać i starać nie podskakiwać, a zamiast tego zaczynamy po całym siodle ruszać się i skakać. Żeby temu zapobiec po pierwsze musimy dostosować tempo kłusa do naszego dosiadu (tzn. jeżeli kłus jest zbyt szybki  do tego żebyśmy mogli go wysiedzieć to odpowiednio go zwalniamy), po drugie głęboko oddychamy, po trzecie - na ile to możliwe - stabilizujemy nasze ciało. Staramy się, by nasze ręce i nogi (a także miednica, biodra i całe calutkie ciało) nie latały. I wiem, że tu się można czepiać, że można mówić że nad tym się nie da panować, ale proszę Was - w jakimś stopniu jest to serio możliwe, a część Waszego podskakiwania to brak wewnętrznego spokoju (brzmię trochę jak mistrz jogi, ale trudno). 



Właśnie taki spokojny jeździec na spokojnym i zrównoważonym koniu (mówię tu o kwestiach fizycznych bo z psychiką to trudno, to wszyscy wiemy, a jak nie wiemy to możemy się przekonać umawiając naszą myszkę do kowala na przykład) są w stanie razem zagalopować. Praktycznie od zaraz i od pstryknięcia palcem jak to się na początku wpisu metaforycznie wyraziłam. 

Na pocieszenie powiem Wam, że ja do tego, żeby nauczyć się  poprawnie zagalopować dochodziłam bardzi długo, a ostatecznie nauczyłam się tego przy okazji; po prostu stając się coraz lepszym jeźdźcem i coraz bardziej skupiając na tym, żeby kontrolować chody konia a nie tylko bezmyślnie wozić się na jego grzbiecie, powoli doszłam do stanu w którym stwierdzam: hmmm... wystarczy że chcę zagalopować, daję sygnał i już galopuję. Jakie to jest piękne! Ale ile trudu potrzeba, żeby dojść do takiego stanu... chyba tylko drugi jeździec jest w stanie to zrozumieć, bo napewno nikt z obserwujących nas laików. To wszytsko wydaje się przecież takie łatwe... no właśnie, ale żeby było łatwe potrzeba ciężkiej pracy. Nie wiem czy to jakieś pocieszenie (marne chyba takie trochę), ale mi w każdym razie daje powera bo kiedy patrzę na siebie z kiedyś i na siebie z teraz to widzę jak bardzo wiele spraw się zmieniło i myślę sobie, że przecież kurczę - może być jeszcze lepiej!



Podsumowując i zbierając te wszystkie rozważania do kupy - żeby zagalopować trzeba:

- dobrego, spokojnego, zrównoważonego kłusa
- kontroli nad tempem kłusa (i ogólnie kontroli nad tym gdzie jedziesz)
- kontaktu z pyskiem konia
- stabilnego, spokojnego dosiadu
- stabilnych rąk i łydek
- przede wszytskim nie dawania bardzo sztucznych i "podrecznikowych" sygnałów

Jeżeli te wszytskie elementy są spełnione, wystarczy przesunąć zewnętrzną łydkę do tyłu (i lekko szturchnąć wewnętrzną łydką bok konia), a koń powinien wejść w galop praktycznie od razu. 

Malwina

MAŁA INFORMACJA

Jeżeli chociaż troszeczkę spodobał Ci się napisany przeze mnie post, a może po prostu lubisz odwiedzać mojego bloga (nawet jeżeli posty w nim zawarte działają Ci na nerwy i po prostu nie możesz ich znieść, ale jednak wchodzisz na tą stronę mimo wszystko) to byłoby mi bardzo miło gdybyś zostawił łapkę/serduszko pod moim wpisem. Zajmie Ci to parę sekund a dla mnie będzie kolejnym powodem do baaardzo dużego uśmiechu. No i może okaże się że nie tylko ja w tej jakże drażliwej kwestii zagalopowania pół mojego jeździeckiego życia byłam w totalnej kropce, a będzie to całkiem dużym pocieszeniem.  

Jak widziecie, staram się wracać do regularnego publikowania, jak będzie dalej to tylko czas pokaże, ale póki co jestem dobrej myśli bo pomimo całego mojego narzekania to w gruncie rzeczy straszna optymistka ze mnie, i to na dodatek optymistka do głębi zakochana w swoim blogu i całym tym pisaniu do Was. Wy zresztą czytacie mojego bloga (tak przynajmniej mówią statystyki, a statystyki to świętość) więc skoro ja lubię pisać, a Wy lubicie czytać to dobra nasza i po co byłoby to wszystko przerywać. Także spodziewajcie się mnie za tydzień, buziaki i do zobaczenia <3. 


niedziela, 3 lutego 2019

W jaki sposób samodzielnie trenować konia?

W jaki sposób samodzielnie trenować konia?

To jest trochę tak, że kiedy mamy przy sobie trenera, który ze swoją pomocną dłonią stoi za nami niczym cierpliwy anioł stróż, bardzo łatwo narzekać, marudzić, a przede wszystkim mądrzyć się i wymyślać jak to my poprowadzilibyśmy trening lepiej. Dopiero kiedy trenera zabraknie, zaczyna się prawdziwa jazda i to jazda - muszę Wam powiedzieć - bez trzymanki. Nowy koń, którego ledwo znacie i którego kupno doprowadziło Was do tego drastycznego kroku może dodatkowo spotęgować atrakcje, których i tak w danym momencie macie aż nazbyt. No bo nagle okazuje się, że tak naprawdę niczego nie wiecie i to przez takie duże "N". Niczego. Jasne, jest chwila euforii, że jesteście tacy tam dorośli i tacy tam odpowiedzialni, ale po tej chwili następuje nagłe załamanie i pytanie - co ja z tą dorosłością i odpowiedzialnością mam teraz zrobić? Jak samodzielnie trenować konia?

No bo jest koń, przychodzi chwila treningu, a razem z nią coraz kolejne, nawarstwiające się pytania. Jak mam zacząć trening? Czy tyle rozgrzewki to jest odpowiednio czy może za mało? A ja nie rozgrzewam przypadkiem tego konia zbyt długo? Kurde, może ja za mało z nim kłusuję? Czy to jest odpowiedni czas na galop? Jak będę tyle skakać to zaraz go przemęczę... Nie powinnam przestać? Ale czy on się czegoś nauczy jak będę ćwiczyć tak krótko? Odpowiedzi ani jednej. 

Ten post nie jest rzecz jasna przejawem wewnętrzej frustracji autorki (choć mógłby być), ale - przynajmniej w swoim założeniu - powinien Wam pomóc i dać ogólne pojęcie tego, czym dobry trening powinien być. 



Myślę, że największym problemem w samodzielnym trenowaniu konia jest takie wewnętrzne zagubienie, to poczucie że nie wie się co w danym momencie trzeba zrobić. Według mnie najlepszą odpowiedzią jest ustalenie rzetelnego planu treningu i trenowanie według niego. Wyczucie przychodzi, to jasne, ale niestety dopiero z czasem i doświadczeniem, których to na początku niestety nie mamy. 

Jak rozplanować trening?

1) Ile trwa trening? 

Żeby zacząć cokolwiek planować, trzeba mieć najpierw świadomość czasu jaki mamy do dyspozycji. Z reguły standardowy trening konia trwa około godziny, chociaż długość treningu może wynosić od 45 minut do półtorej godziny. Czas ten może być zresztą odpowiednio krótszy jeśli np. koń nie jest w kwiecie swojego wieku. Ja jednak skupię się na klasycznym, godzinnym treningu.

Trening, jak dobre poczciwe wypracowanie, powinien składać się z trzech etepów. Zaczynamy go rozgrzewką, potem przechodzimy do części właściwej i kończymy stępem na luźnej wodzy. 

2) Rozgrzewka - jak długo, jak rozgrzać konia, co z nim robić

Koń po wyjściu z boksu nie jest gotowy na żadną cięższą pracę dlatego właśnie trening powinno się zaczynać od odpowiedniego rozgrzania. Pierwsze dziesięć minut to aktywny, żwawy stęp podczas którego koń przygotowuje swoje mięśnie do dalszej pracy. Nie powinniśmy pozwalać mu na powłóczenie nogami i wąchanie każdej kupki kolegi z sąsiedniego boksu, tylko wymagać "energii" i "życia" już od pierwszych chwil trwania treningu. Z drugiej strony najlepiej jednak stępować na długich wodzach, a kontakt złapać dopiero przy przejściu do wyższych chodów. Pamiętajcie - koń na tym etapie powinien być zarówno aktywny jak i rozluźniony. 

Następnym etapem rozgrzewki jest praca w kłusie i galopie, która powinna trwać około 20 minut, w zależności od tego jak koń będzie się "zachowywał". Głównym zadaniem jest tutaj jego rozluźnienie, które jest niezbędne do dalszej pracy. 



Sytuacja wygląda mniej więcej tak: przez dziesięć minut aktywnie stępujecie na luźnej wodzy, później łapiecie kontakt i zaczynacie kłusować. W kłusie robicie koła, zmiany kierunku, przejścia, ustępowania od łydki, oczywiście nie zapominacie również o zmianach kierunku. Kiedy czujecie, że koń jest już odpowiednio rozluźniony to zaczynacie galop. Ja zwykle zaczynam od galopu po kole, później przechodzę do galopu po całej długości ujeżdżalni, robię koło po drugiej stronie niż zaczęłam, przechodzę do kłusa i wykonuję to samo ćwiczenie na drugą rękę. Dopiero potem przechodzę do przejść kłus-galop, które są bardzo pożytecznym elementem rozgrzewki. 

Rozgrzewając konia staram się pamiętać o dwóch celach, które są w tym momencie najważniejsze:

- fizyczne przygotowanie konia do treningu
- psychiczne przygotowanie konia do treningu

Po pierwsze. Podczas tej części treningu ciało konia staje się gotowe do poważniejszej pracy (rozgrzewanie mięśni, stawów i tych wszystkich innych elementów, których nazwy umknęły mi podczas lekcji bilogii). To nie tylko powoduje, że zmniejszamy ryzyko kontuzji i poprawiamy komfort konia (choć już samo to powinno przemawiać do nas za wykonaniem pożądnej rozgrzewki) ale również sprawia, że sami sobie przygotowujemy zwierzę, które jest "przyjemne" w trenowaniu. Możecie mi nie wierzyć, ale na koniu odpowiedniu rozuluźnionym, który nie jest ani sztywny ani spięty jeździ się dużo milej...

Po drugie. Jeżeli już od samego początku rozgrzewki będziemy od konia wymagać aktywnej pracy, a później podczas pracy w kłusie i galopie będziemy wymagać precyzji i dokładnego wykonywania choćby najprostszych ćwiczeń takich jak koła czy zmiany kierunku, wtedy zaczynając poważniejszą pracę będziemy mieć konia, który będzie chętny i gotowy. Cud miód.

Moment rozgrzewania konia zdarza mi się również przeznaczać na rozgrzewkę dla mnie: kiedy zaczynam pracę w kłusie często pierwsze dwa koła przeznaczam na kłus anglezowany lub półsiad bez strzemion. 



3) Zasadnicza część treningu

Ta część treningu powinna trwać około 20 minut czyli tyle samo czasu ile kłusowo-galopowa część rozgrzewki. W zależności od tego co trenujemy, ćwiczenia tu wykonywane mogą mieć różny charakter. Zakładając, że jesteś jeźdźcem średnio-zaawansowanym, który nie przygotowuje się do żadnych konkretnych osiągnięć ani nie skupia się na wytrenowania konia do jakiegoś konkretnego celu (tak, wiem, brzmi to źle), możesz skupić się na takich ćwiczeniach jak skok-wyskok, szergi, drągi. W internecie jest mnóstwo przykładów ćwiczeń, istnieje też wiele książek (np. 101 ćwiczeń na ujeżdżalni) i na tej podstawie możesz wybrać co chcesz zrobić podczas treningu. 

Ja z góry ustalam sobie jakie ćwiczenie będę wykonywała danego dnia np. wymyślam ułożenie szeregu gimnastycznego, który zamierzam wykonywać i rozplanowuję sobie jak to wszystko mniej więcej będzie wyglądało. 

Pamiętajcie o tym, żeby nie jeździć "na spontanie", ale zawsze wiedzieć co w danym momencie na tym koniu robiecie i co chcecie osiągnąć. Z doświadczenia powiem Wam, że koń zawsze wyczuwa kiedy jesteście zorganizowani i sam jakoś tam się w swoim końskim umyśle "organizuje", co bardzo ułatwia współpracę. 



Z drugiej strony nie powinniście zbyt ściśle trzymać się wszytskich reguł, a jeśli koń będzie przemęczony to pozwolić mu chwilę odpocząć. No i oczywiście nie zapominać o przerwyach między kolejnymi ćwiczeniami, które mogą być doskonałą formą nagrody. 

Fajnie też kończyć trening w momencie, kiedy koń jest nadal chętny do dalszej pracy, a nie kiedy ze zmęczenia pada na pysk. No chyba, że chcesz zabić w nim wszelkie szczątki entuzjazmu do pracy z Tobą. 

Podczas części zasadniczej treningu (szczególnie na poczatku treningu) warto powtórzyć ćwiczenia z poprzedniego treningu. Dzięki temu nie zaczynasz jazdy od czegoś zupełnie nowego, ale od czegoś milszego, znajomego, a przecież wszyscy (z naszymi końmi na czele) lubimy robić rzeczy, które już umiemy. 

4) Rozstępowanie

Powinno trwać około 10 minut. Jest to czas kiedy stępujesz na luźnej wodzy i pozwalasz się koniowi zrelaskować. 

Tak właśnie powinien wyglądać zarys prawidłowo przeprowadzonego treningu. Tak jak pisałam wyżej, bardzo ważne jest żebyście od razu wiedzieli kiedy co zamierzacie na koniu robić, ponieważ bez z góry ustalonego planu Wasz trening może okazać się chaosem. W treningu właśnie o to chodzi, żeby się razem z koniem rozwijać, a do tego potrzeba chociażby malutkiej koncepcji. 

W rzeczywistości nie taki diabeł straszny jak go malują, także nawet samodzielny trening jest czymś co przy odrobinie wprawy da się  spokojnie poprowadzić. 

Powodzenia!

Malwina

MAŁA INFORMACJA

No więc moi kochani, jak widać nie zagnięłam, nie porwali mnie kosmici ani nie rozpłynełam się w powietrzu, ale - jak widać - wróciłam i jak na razie nie zamierzam rezygnować z pisania. Jestem Wam bardzo wdzięczna za wszelkie wsparcie, które bardzo wiele dla mnie znaczy (nie wiem czy muszę o tym mówić, chyba sami wiecie) i jak zwykle przypominam Wam o tych malutkich znacznikach serduszek/lajków które możecie kliknąć żeby przekazać mi, że ten cały blog to ma jednak jakiś sens, a Wy nie uciekliście ode mnie chociaż tak szczerze to po regularności moich postów bardzo na to zasługiwałam. 

Jeśli jednak czytacie ten post, spodziewam się że nadal ze mną jesteście i razem ze mną wierzycie, że może uda mi się wrócić do regularnego pisania. Bardzo Was kocham i jeszcze bardziej dziękuję za Waszą obecność na moim blogu. 

wtorek, 11 grudnia 2018

Czego mądrego można dowiedzieć się od rekreacji?

Czego mądrego można dowiedzieć się od rekreacji?

Mam wrażenie, że w jeździectwie bardzo mocno utarło się przekonanie, że to co pochodzi od rekreacji jest złe, niepoprawne, a przynajmniej mocno nieprofesjonale. Rad takich tam instruktorów nie bierze się na poważnie, ale raczej z przymrużeniem oka czy lekkim uśmiechem politowania; na pewno jednak żadenemu szanującemu się jeźdźcowi na myśl by nie przyszło, by od takiej tam rekreacji czegoś się "nauczyć". Jak by na to nie spojrzeć, wcale taki obraz mnie nie dziwi. Bo szarpanie konia za pysk, zastęp złożony z większej ilości kucyków niż w mojej stajni jest koni no i kochana pani instruktor rozmawiająca przez telefon już trzecią godzinę... daleko temu do ideału. A jednak zdecydowałam się napisać o rekreacji post, post raczej pozytywny i post, w którym ona jednak czegoś (w całej swej nieprofesjonalności) bardzo profesjonalnie nas nauczy. 

Bo wiecie, co? Doszłam do wniosku, że jest parę takich rad, które są bardzo mądre. Mimo, że pochodzą z rekreacji. Mimo, że na pierwszy rzut oka powodują odrzucenie. Śmiem jednak twierdzić, że są tacy jeźdźcy, którym rady te są bardzo potrzebne. W sporcie. Ja jestem takim jeźdźcem. 

1. "Chwyć go za ryja"

Mimo, że zdanie to jest dość dosadne i za każdym razem powoduje we mnie nieprzyjemne dreszcze (no bo jaki ujeżdżeniowiec chwytałby swojego konia "za ryja"), to jednak bardzo je lubię. Lubię za tą prostotę i bezpośredniość. 

W jeździectwie bardzo ważne jest to, żeby jeździć na kontakcie. Jeżeli masz w rękach wodze, musisz tych wodzy używać. Mówiąc używać nie mam na myśli szarpać czy ciągnąć, ale najzwyczajniej w świecie czuć w dłoniach lekki opór końskiego pyska. Jeżeli nie ma kontaktu, koń zaczyna się gubić. Szczególnie widać to na młodych koniach, które potrzebują by ręka była pewna. Taka pomoc w połączeniu z działaniem łydek sprawia, że koń dokładnie wie, gdzie ma iść. 



Wiele razy mówiłam Wam, że Wasze ręce oraz łydki powinny tworzyć swojego rodzaju korytarz. Korytarz, który w sposób bardzo prosty mówi zwierzęciu: idź tam. Bez kontaktu koń nie wie gdzie ma iść, zaczyna schodzić ze ściany albo dziwnie się wyginać. 

Zdanie "chwyć go za ryja" w gruncie rzeczy jest bardzo proste. Chodzi o to, by jadąc na koniu pewnie złapać kontakt. Wodze, które są zbyt długie i zwisają wcale nie pomagają zwierzęciu, szczególnie jeśli koń szuka w jeźdźcu wsparcia i informacji na temat tego, co ma teraz robić. Brak kontaktu i brak takich informacji powoduje zwyczajną frustracje. Chyba, że koń zdecydował, że przestaje próbować zrozumieć swojego jeźdźca. Też bywa. W rekreacji na przykład. 

2. "Pięta w dół"

Pięta w dół to klasyk, klasyk z którego lubiłam się naśmiewać dopóty dopóki nie dotarło do mnie, jak wiele mądrego ten utarty przekaz w sobie niesie. 

Pięta w dół z pozoru dotyczy samego ułożenia stopy, czyli rzeczy nieważnej i błahej. Kiedy patrzymy na takiego małego człowieczka, który dopiero co zaczyna się uczyć jazdy na swoim uroczym kucyku, ułożenie jego pięty jest ostatnią rzeczą, którą uważamy za ważną. Przecież tyle można powiedzieć! Że dosiad nie taki, że biodra źle rotowane, że miednica nie otworzona... a tu trener skupia się na tym szczególe, na tej pięcie. 

Ale wiecie, co? Mam wrażenie, że to ważne by mówić o pięcie. Bo samo zadarcie jej do góry to często coś więcej, niż źle ułożona stopa. Pięta w górze może świadczyć o złym dosiadzie, tak w ogóle. Jeźdźcy początkujący mają taką generalną tendencję do przykurczania nóg, zadzierania ich do góry i potem zaciskania kolan o siodło (co w gruncie rzeczy jest niczym innym jak tylko próbą uniknięcia potencjalnego upadku). 

Słowa "pięta w dół" nakłaniają jeźdźca do tego, by zamiast przykurczał nogę, rozprostował ją i pociągnął mocno w dół. Dzięki temu dosiad staje się dużo lepszy, noga przestaje aż tak latać, a samo ułożenie stopy sprawia, że łatwiej znaleźć oparcie w strzemieniu. Same plusy. 



3. "Więcej bata"

Nie lubię bata. Jeszcze bardziej nie lubię bicia koni. Nie uważam, że powinniśmy używać więcej bata, bo jestem ogromną zwolenniczką używania sygnałów jak najsubtelniejszych. Mimo wszystko rozumiem ideę instruktorów, których słowa wyżej zacytowałam. "Więcej bata" rozpatrzmy nie w sensie dosłownym czy jako zachętę do bicia zwierząt, ale w sensie raczej "metaforycznym". 

a) Po pierwsze, nie zapomninajmy o tym, że konia czasem trzeba ukarać. Nie mówię o biciu. Chodzi mi o to, że zdarzają się takie sytuacje, w których koń z pełną premedytacją zachowa się źle, a naszym obowiązkiem jest powiedzenie mu: "hola, hola, kolego! takiego zachowania to ja nie toleruję". 

b) Po drugie. W rekreacji bata zwykle używa się, by sprawić, żeby "leniwe" zwierzę nieco przyspieszyło. Instruktorzy krzyczą więc swoje "więcej bata" w sytuacji, gdy widzą że zwierzę powłóczy nogami, brakuje mu zaangażowania zadu i w ogóle ma w sobie mało energii. Takich sytacji powinniśmy unikać. Koń, nie ważne jak wolno miałby się poruszać, zawsze powinien mieć w sobie ten "błysk", tą energię w każdym swoim kroku. 

To jak, oddajemy honor? 

MAŁA INFORMACJA

Moi drodzy, kochani i najcudowniejsi czytelnicy! Jak zwykle bardzo dziękuję Wam za to, że jesteście. Że mnie czytacie. To miłe wiedzieć, że nie pisze się między sobą, a muzami, tylko do jakiegoś prawdziwego, żywego człowieka z krwi i kości. A jeśli tych ludzi jest kilku to już w ogóle jest się w siódmym niebie :) Byłabym Wam bardzo wdzięczna za wszystkie łapki/serduszka czy jakiekolwiek inne reakcje na moje posty. To mega miłe, mega motywujące i w ogóle... awww <3

piątek, 2 listopada 2018

Sposoby na ustabilizowanie ciała w jeździectwie (czyli jak się przestać tyle ruszać)

Sposoby na ustabilizowanie ciała w jeździectwie (czyli jak się przestać tyle ruszać)

W jeździectwie mało jest spraw, z którymi zgodzi się każdy jeździec, ale chyba nikt nie zaprzeczy mi jeśli powiem, że w ujeżdżeniu koń się porusza. Przekonujemy się o tym dość boleśnie już od pierwszych spędzonych na końskim grzbiecie chwil, a doświadczenie to rośnie wraz z każdym naszym jeździeckim postępem. Pierwszy galop, skoki przez przeszkody no i moment, kiedy wektory ruchu tak zmienią kierunki, że dość niespodziewanie nasze cztery litery stykając się z ziemią dają świadectwo grawitacji. A to wszystko dlatego, że koń się porusza. 

Najbardziej ironiczne wydaje się jednak to, że w takich top 10 pierwszych porad dotyczących jeździectwa, instruktorzy rzucają moje ulubione: "ustabilizuj swoje ciało". Tak jakby to było takie proste, taki myk i nagle siedzisz na koniu prosto, myk i całe Twoje ciało staje się nieruchome. 

Patrzysz jednak na swoje stajenne koleżanki, na trenerów i na zawodników - i w jakiś dziwny i bliżej niezbadany sposób im wszystkim udaje się na koniu nie tylko usiedzieć, ale też zrobić to z klasą. Oni są stabilni. Nie latają jak worek ziemniaków po całej długości końskiego grzbietu, ale siedzą w sposób tak dostojny i tak spokojny, że nic tylko im pozazdrościć. My jednak na samej zazdrości nie skończymy, a pójdziemy nieco dalej - i zastanowimy się nad tym w jaki sposób dokonać niemożliwego. 



Najpierw zastanówmy się na czym tak naprawdę polega ustabilizowane i nieruchome ciało w jeździectwie. Wiem, że budzi to wiele sprzecznych opinii, ponieważ z jednej strony słychać polecenia typu: "uspokój swoje ciało", "nie ruszaj się", by parę sekund później usłyszeć rady typu: "jedź z ruchem konia", "poruszaj się w jego rytmie". W rzeczywistości te sentencje nie są ze sobą sprzeczne, a zrozumiecie to jeśli dowiecie się na czym polega poprawna i stabilna pozycja ciała. 

O ideale mówimy wtedy kiedy nasza głową, szyja, plecy, ręce i nogi są całkowicie nieruchome, jakby wykute w skale; za to nasza miednica porusza się wraz z ruchem konia. 

Dążenie do idealnej pozycji polega więc na jednoczesnym "unieruchomieniu" swoich rąk, nóg, pleców itp. i "uruchamianiu" swoich bioder. 



Nie należy przy tym zapomnieć o jednym - problemy związane ze stabilizacją możemy dzielić na dwa typy. Z jednej strony mamy jeźdźców przesadnie stabilnych (sztywnych, totalnie nieruchomych), a z drugiej strony tych za mało stabilnych (latających po całym siodle, całkowicie rozluźnionych). Zwykle mamy to do siebie, że nie zauważamy swoich błędów, toteż jeźdźcy przesadnie rozluźnieni nadal dbają o swoje - jeszcze większe - rozluźnienie, a jeźdźcy sztywni sądzą, że muszą się usztywnić jeszcze bardziej. Nie jest to regułą, ale zdarza się bardzo często. Dlatego z tego miejsca bardzo proszę was, żeby przed rozpoczęciem jakiejkolwiek jeździeckiej pracy dobrze wiedzieć (mam tu na myśli rzetelne stwierdzenie trenera, a nie twoje odczucia) jakim typem jeźdźca jesteś. Po prostu bardzo prawdopodobne, że widzisz siebie  nieco inaczej niż robi to osoba postronna, z twoim koniem na czele. 

Poniższe rady skierowane są do osób przesadnie rozluźnionych, "latających" po całym siodle (bo to w końcu im potrzebne jest ustabilizowanie się). 



1. Po pierwsze...

Wiem, że zabrzmi to bardzo głupio, ale ustabilizowanie twojego ciała w dużej mierze zależy od twojej woli. Nie trzeba wielkich ćwiczeń, Bóg wie czego, ale prostego "pilnowania" siebie. 

Nie wierzysz mi? Mam dowód. Zrób sobie w domu mały eksperyment. Nie wiem czy ty też tak masz, ale ja zawsze gdy chodziłam z rękami opuszczonymi wzdłóż ciała, bardzo mocno nimi machałam. To było takie: przód - tył, przód - tył; zupełnie bez mojej woli. Wiesz w jaki sposób nauczyłam się jak je stabilizować? Po prostu  zaczęłam "pilnowałać" żeby znajdowały się w takiej pozycji, w jakiej chciałam, żeby były. Na początku towarzyszyły temu dziwne uczucia, ale z czasem stało się normalne. 

Nie mówię, że rozwiąże to wszystkie jeździeckie problemy, ale z mojego doświadczenia wynika, że możesz zmniejszyć niechciane ruchy rąk i nóg w siodle nawet o połowę!



2. Po drugie...

Może zabrzmi to paradoksalnie, ale zarówno przy rozluźnianiu jak i stabilizowaniu ciała najważniejszy jest spokój. Chodzi o to, żeby siedzieć na koniu w taki sposób jakby koń wcale się nie poruszał, jakby wcale właśnie nie galopował, wcale nie robił dzikiego rodeo... 

Z mojego doświadczenia mogę wam powiedzieć, że ja tracę stabilizacją właśnie wtedy kiedy ponoszą mnie emocje, kiedy za bardzo się ekscytuję i wczuwam w to, co robi koń. Halo, to przecież on galopuje, nie ja! Ja mam tylko siedzieć... 

3. Po trzecie...

Wiem, że usztywnienie jest tym, czego boimy się najbardziej, ale czasami trzeba mocniej napiąć mięśnie. Jedną z takich sytuacji jest ta, kiedy jesteśmy zbyt rozluźnieni; do tego stopnia rozluźnieni, że latamy po siodle niczym szmaciana lalka. 

Wiecie czemu wielu mężczyzn jeździ konno lepiej od kobiet? Ponieważ mężczyźni naturalnie mają większy tonus mięśni, co sprawia że ich dosiad jest bardziej stabilny. 

Malwina

MALUTKA INFORMACJA

Tak, wiem, to zaczyna być już nudne, ale jak zwykle przypominam Wam o tym jak ważne są dla mnie wszystkie Wasze reakcje na moje posty. Będę Wam bardzo wdzięczna za wszystkie łapki/serduszka/cokolwiek. Buziaki!

czwartek, 18 października 2018

"Czy mój koń mnie lubi"

"Czy mój koń mnie lubi"

Tak na króciutkim wstępie powiem tylko, że jeśli kogoś zastanawia czemu tytuł posta został wzięty w cudzysłów, to tylko dlatego, żeby ktoś przypadkiem nie uznał mojego wywodu za jakąś tam marną rozprawkę, nawet jeżeli (co całkiem możliwe) faktycznie go za nią uznacie. W rozprawkach jednak dobra nie jestem, na słowa takie jak: "ponadto", "azaliż" i "reasumując" strasznie się jeżę, a poza tym to nie zamierzam pisać na jakiś tam sloganach rodem z filmów amerykańskich. O tym czy mój koń mnie lubi pisać chcę jednak bardzo, co niejako tłumaczy istnienie tego wpisu. Do rzeczy. 

Nie wiem, czy jakikolwiek czytający ten wpis osobnik płci męskiej zrozumie co mam tutaj na myśli, ale jestem prawie pewna, że każda kobieta (tudzież dziewczyna) doskonale i bez żadnych wstępów na czuja wychwyci moje intencje. Szczególnie te z Was, które jeździectwo zaczęły w wieku bardzo młodym, czują gdzieś tam głęboko w serduszku dziecięcą nadzieję, że koń odwzajemnia ich uczucia. O miłości tu mówię. 

I nawet jeśli o te x lat stałyśmy się już strasze, a życie boleśnie pokazało nam, że nie jest usłane różowymi tęczami, to jednak - no kurczę blade - marzenia pozostają marzeniami i każda z nas cholernie mocno pragnie zapewnienia, że on (o koniu mówię) żywi do nas uczucia bynajmniej nie negatywne. 



Nie zamierzam polemizować z tymi, którzy mówią że konie nas lubią, nie zamierzam polemizować z tymi, którzy mówią, że tak nie jest. Chyba po prostu się nie znam, a nie bawi mnie głoszenie jakichkolwiek truizmów. Mam za to historię (i to z serii tych prawdziwych), której zaszczytu bycia głownym bohaterem miałam okazję doznać przed paroma dniami, w zeszły piątek dokładnie. 

Żebyście lepiej zrozumieli kontekst całej sytuacji powiem tylko, że od paru miesięcy w pewnej malutkiej stajni trenuję woltyżerkę. Jest nas około sześciu osób, nieco specyficzny trener i koń. Tutaj oczywiście muszę się zatrzymać, bo samo słowo "koń" nie wystarczy, żeby opisać wyjątkowość zwierzęcia, na którym przyszło nam trenować. "Koń" w papierach wpisane ma Eliza, ale jej wrodzona dostojność sprawiła, że wszyscy pieszczotliwie nazywamy ją Elegancją, czasami tylko w złości grożąc jej palcem powiemy do niej "ty, nie myśl sobie, że taka księżniczka z ciebie". Wszyscy rzecz jasna doskonale wiedzą, że Elegancja księżniczą owszem, jest; a najbardzej to chyba zdaje sobie z tego sprawę właśnie sama kobyła. 

Jest koniem fryzyjskim i nawet jak na konia fryzyjskiego jest ponad przeciętnie piękna, wrażliwa i zarozumiała. Ogólny obraz zarysowany? Okej. 

W zeszły piątek przyszłam na trening bardzo zmęczona i chyba wcale nie powinnam była tego robić, no ale jednak przyszłam i narobiłam wszystkich tych głupot, o których właśnie teraz zamierzam Wam napisać. Zastanawiacie się jaki to ma związek z tytułem posta? Poczekajcie. 



Był koniec treningu, ja miałam już jeden skórcz stopy za sobą i w gruncie rzeczy to sama nie wiem czemu zgodziłam się dalej ćwiczyć. Trener w każdym razie kazał mi wskoczyć na kłusującą Elegancję tyłem, a ja głupia zgodziłam się. I o ile zwykle manewr ten wychodzi mi całkiem nie najgorzej, to jednak tym razem coś poszło nie do końca tak jak pójść powinno, a ja - delikatnie mówiąc - znalazłam się między jej kopytami. Do teraz nie wiem co dokładnie się wydarzyło, ale jeśli wierzyć słowom obserwatorów to wyglądało to dokładnie tak, jakby jej kopyta miały zaraz znaleźć się na moim kręgosłupie. Nie chcę, żeby zabrzmiało to zbyt drastycznie, ale drużyna w całej swojej bezgranicznej wierze w moją osobę pomyślała, że przyjdzie nam się ze sobą pożegnać. 

I właśnie w tym momencie Elegancja zrobiła coś, czego nikt z nas się nie spodziewał. Kiedy tylko poczuła, że coś ze mną zaczęło się dziać nie tak, natychmiast przejęła coś na kształt inicjatywy. Tak bardzo nie chciała mnie podeptać, że postanowiła prędzej sama się wywrócić, niż mi zrobić krzywdę. Jako, że ja byłam w stanie zupełnie niezdolnym do jakiejkolwiek współpracy, a zdolność racjonalnego myślenia odzyskałam dopiero po fakcie, to właśnie jej i tylko jej zawdzięczam to, że uszłam z tego wszystkiego cała i zdrowa. 

Pamiętam tylko jeden obraz z tej całej sytuacji - to jak jej szyja znajdowała się coraz bliżej ziemi, a przednie kopyta zaczęły się tak ostrożnie ni to ślizgać ni to obniżać. Potem już leżałam na ziemi, a Elegancja obok mnie. Wybrała zaryzykować i wywrócić się niż biec dalej i mnie podeptać. 



Czy to o czymś świadczy? Nie wiem. Czy to doświadczenie na skalę światową? Nie sądzę. Ot, kolejna historia bez pointy, którą bardzo chciałam się z Wami podzielić. Jeśli bym chciała, żebyście coś sobie teraz pomyśleli, to tylko żeby był to wyraz wdzięczności do Waszych koni. Żebyście pamiętali jak ważne jest to, żeby z koniem czasem po prostu pobyć i potraktować go nie jak maszynę, ale prawdziwego przyjaciela. Bo on nie musi, ale może naprawdę się odwdzięczyć. 

Ja za to bardzo Wam dziękuję za wszystkie reakcje na moje posty. To naprawdę bardzo miłe z Waszej strony, że pokazujecie, że to co tutaj robię naprawdę ma jakieś (choćby nikłe) znaczenie. Wiem, że od września moja aktywność intrenertowa stała się naprawdę nikła, tak nikła że nawet mnie samą potwronie to wkurza. Nie mogę Wam obiecać, że w październiku będzie lepiej, ale od listopada (jeśli wszystko pójdzie dobrze) wystartuję z bardzo ciekawą jeździecką współpracą. Mam w każdym razie ogromne nadzieje i no... do zobaczenia mam nadzieję jeszcze w tym miesiącu :) :) :) :) :)

Malwina

Ps. Jeszcze jedno. Proszę Was, nie oceniajcie mnie pod kątem tej jednej sytuacji. Ja wiem, nie powinnam była wtedy wsiadać na Elegancję, ale czasu nie da się cofnąć i jedyne co mogę zrobić to dziękować niebiosom za tego cudowego konia. 
powered by Typeform
Powered by Jasper Roberts - Blog
Powered by Jasper Roberts - Blog
Copyright © 2014 JAK LEPIEJ JEŹDZIĆ KONNO? , Blogger
Wypasiony Katalog Stron