czwartek, 31 grudnia 2020

Czy patenty jeździeckie są złe?

Czy patenty jeździeckie są złe?

 


Patenty jeździeckie są złe. Czemu? Po prostu. Być może kiedyś ktoś mądry tak powiedział, być może ten mądry ktoś wcale nie był mądry, a może wcale nawet nie istniał. Nie wiadomo. Na wszelki wypadek lepiej nie drążyć tematu, lepiej zamilknąć, lepiej powtarzać że patenty są złe i modlić się by ktoś pośrodku zażartej kłótni nie wygarnął Wam, że wiecie co to czambon. Poniekąd jest w tym racja i jeśli myślę o tym, co patenty zrobiły w nieodpowiednich rękach to może i lepiej by nikt nigdy nie wpadł na to, by wprowadzać je do przemysłu jeździeckiego. A jednak czasem używam go, tego rzekomego narzędzia tortur i stwierdzam, że czasem, ale tylko czasem, patent może pomóc. Ten post nie ma na celu nikogo do czegokolwiek zachęcać ani zniechęcać, a jedyne czego chcę to by wreszcie przestać demonizować rzeczy, które nie są ani białe, ani czarne. A zatem do dzieła. 


Pokora 


Myślę, że w szczególności w tak delikatnej kwestii warto zacząć od jakże mało nowoczesnego słowa. Pokora. W jeździectwie potrzebujemy jej jak nigdzie indziej, a jednocześnie brakuje nam jej jak niczego innego. To chyba tu leży największy problem z patentami. Bo gdyby jeźdźcy używali ich w celu w jakim zostały stworzone - czyli żeby wskazać koniowi w jaki sposób pracować i pomóc przy wzmocnieniu mięśni - nie byłoby problemu. A jednak gdzieś nastąpił błąd i patenty stały się prostym sposobem by bez większych umiejętności i z zerowym nakładem czasu dojść do miejsca, do którego mistrzowie dochodzili latami. Wystarczy przypiąć do wędzidła dwa paski, ścisnąć odpowiednio mocno i koń nie posiadający żadnych mięśni jest zebrany. A że plecy wklęsłe, że zad gdzieś daleko, to może sędzia nie zauważy. 


Zanim zaczniemy używać patenty musimy zastanowić się po co nam one, czy na pewno są potrzebne, a także czy ich użyciem nie chcemy tuszować naszych własnych braków. Bo niestety, ale nie tędy droga. 


Trener


Wydaje mi się, że dobrym rozwiązaniem byłoby gdyby jeźdźcy przestali bawić się patentami na własną rękę, a zaczęli korzystać z nich pod okiem kogoś, kto zna się na rzeczy. Niestety takie myślenie jest nieco utopijne, bo doświadczenie podpowiada mi, że tytuł trenera nie zawsze idzie w parze ze zdrowym rozsądkiem, powiedziałabym raczej że zachodzi tu zjawisko odwrotnej korelacji, ale to chyba już temat na inny post. 


I wiem, że zdążają się instruktorzy, którzy swoim podopiecznym już w szkółkach dają do rąk patenty. Bo dziecko nie umie poradzić sobie, bo tak bezpieczniej. Powiem tak. Nie mnie to oceniać. 


Ale gdzieś tam, gdzieś w idealnym i nieistniejącym świecie są trenerzy, którzy proponują użycie patentów tylko wtedy, gdy jest to pomocne. Czyli... no właśnie... kiedy? 





Dla kogo są patenty?


Patenty nie są dla jeźdźca, tylko dla konia. Myślę że to zdanie (wypowiadane wielokrotnie przez moich trenerów) mogłoby stanowić sedno mojego postu. Patenty nie służą temu żeby skorygować błędy ręki, ani by pomóc niedoświadczonemu jeźdźcowi. Jedyną rację bytu ma patent w przypadku konia, który ma pewne problemy nawet pod doświadczonym jeźdźcem i wtedy tenże doświadczony jeździec może ich używać. Ale też nie by wymusić jakąś pozycję głowy, ale by bardziej wskazać jaką drogą podążać. Ostateczny efekt powinien być taki, że koń zaczyna pracować grzbietem. Jeżeli tak się nie dzieje - wywalamy patent. 


Ja na przykład używam wypinaczy podczas lonżowania. Praktycznie zawsze. Wychodzę z założenia, że co jak co, ale na loży to naprawdę działa. Z doświadczenia widzę, że konie lepiej angażują grzbiet i zad (pamiętajcie że to o nie w jeździectwie chodzi), a to sprawia że lonżowanie nie jest bezsensownym bieganiem w kółko, a koń faktycznie buduje swoje mięśnie. 


Inna sytuacja to gdy koń jest tak "zniszczony" że gdy jeździ pode mną to czuję jak bardzo ma wklęsły grzbiet i widzę, że jazda na nim pogłębia problem, a ja nic z tym nie mogę zrobić. Wtedy idę do kogoś mądrzejszego ode mnie, pytam co zrobić i czasem odpowiedzią jest "a spróbuj z patentem". No i próbuję. 


Myślę że najważniejsze w patentach jest to, by obserwować jaki wpływ wywierają na konia. Bo pamiętajmy że każdy koń jest inny i co dla jednego jest pomocą, innemu zrobi krzywdę. Jeżeli tylko widzimy pierwsze oznaki dyskomfortu to, do cholery, przestańmy. Ale jeżeli widzimy, że koń zaczyna budować mięśnie grzbietu i praca staje się coraz lepsza, to czemu by nie kontynuować? 


Myślę że odpowiedzią na wszystko jest zdrowy rozsądek i wyczucie. A jeżeli ktoś go nie ma, to niech chociaż pamięta że mniej zawsze znaczy więcej. 


M.


MAŁA INFORMACJA


Jeszcze raz bardzo dziękuję wszytskim tym, którzy dotarli ze mną aż do końca. Dziękuję Wam za wiadomości, za komentarze, za reakcje pod postami i lajki na facebooku. To bardzo wiele dla mnie znaczy <3 Dziękuję przede wszytkim za to, że jesteście i życzę wszytkiego dobrego w zbliżającym się Nowego Roku!

środa, 25 listopada 2020

Co to znaczy pracować z koniem od tyłu do przodu i jak to zrobić?

Co to znaczy pracować z koniem od tyłu do przodu i jak to zrobić?



Jeżeli pamięć mnie nie zwodzi, w całej historii mojej pisarskiej kariery - czyli grubo ponad 4 lat mniej lub bardziej udanej działalności - temat pracy z koniem od tyłu do przodu nie zagościł ani razu, przynajmniej nie jako oddzielny post. Czemu - nie wiem, jest to przecież jedno z tych haseł, które jeźdźcy rzucają bardzo często i bardzo chętnie, pomiędzy jednym a drugim łykiem kawy w kawiarence na trybunach i z niemalże lekarską satysfakcją cieszą się, że nikt ich nie rozumie. Nie znam jeźdźca, który nie usłyszałby tego stwierdzenia, nie znam też wielu, którzy wcielają je w życie. Zdecydowałam się poruszyć temat, chociaż w żaden sposób nie uważam się za eksperta i mi też zdarza się przyłapywać na tym, że jeżdżę zupełnie odwrotnie. Ale do rzeczy. 


Stwierdzenia "jeździć konia od tyłu do przodu" używa się głównie w kontekście, gdy widzi się kogoś, kto się do niego nie stosuje. Żadko kiedy patrząc na zgraną parę koń-jeździec mówi się z rozmarzeniem: "no popatrz tylko, jak on ładnie pracuje od tyłu do przodu". Sami widzicie jak to brzmi. Znacznie częściej widzi się jeźdźca, który ciągnie za wodze, koń się uwiesza na wędzidle, jego grzbiet zapada, a zad nie pracuje i dopiero wtedy mówi się: "a bo widzisz, on pracuje od przodu do tyłu". 


Żeby wytłumaczyć co to znaczy pracować z koniem od tyłu do przodu najłatwiej właśnie zacząć od wytłumaczenia co to znaczy pracować od przodu do tyłu, a potem zrobić dokładnie odwrotnie. Łatwiej podziedzieć niż zrobić, no ale spróbujmy. 


Przykład owej złej pracy z koniem polega na tym, że jeździc zamiast skupiać się na końskim zadzie (tyle), skupia się na przodzie czyli na pysku. W praktyce wygląda to tak, że swoich łydek nie używa wcale lub tylko sporadycznie, a wszytsko (mówiąc enigmatyczne wszystko mam na myśli zebranie, zaokrąglenie grzbietu i wiele innych ładnie wyglądających rzeczy) próbuje osiągnąć ręką. Ręką, a mówiąc ściślej wywieranie nią nieadekwatnie mocnej presji. W efekcie koń uwiesza się na wędzidle (bo niepodważalna zasada mówi, że jak na konia się napiera to koń będzie napierał z powrotem), napina swoje mięśnie, przestaje pracować zarówno grzbietem jak i kręgosłupem (co można zobaczyć po zapadniętym grzbiecie i zadnich nogach pozostających jakby "z tyłu", wleczących się za koniem), czesto przy zachowaniu perfekcyjnego ułożenia głowy. Właśnie dlatego konia nie oceniamy po tym czy jego szyja jest zaokrąglona: podobnie jak koń może iść prosto mając całkowicie zgiętą szyję, podobnie też może może mieć zapadnięty grzbiet mimo szyi zaokrąglonej. 





Nie lubię demonizowania jeźdźców, którzy tak jeżdżą (o ile nie startują na zawodach GP i nie szczycą ich cudowną techniką, bo wtedy to już problem). Mam tak z prostej przyczyny. Dla nas, mam na myśli ludzi ogółem, bardzo naturalne jest używanie rąk. Rękami jemy, piszemy, witamy się, sięgamy, chwytamy, pokazujemy, słowem - wykonujemy wszelkie czynności dnia codziennego. Nauczenie się, że w jeździwectwie nasze ręce pełnią nieistotną funkcję (przynajmniej w porównaniu do tego co robią nasze nogi i dosiad) jest prawie równie nienaturalne co dla konia dźwiganie jeźdźca. Mi zajęło parę lat i nadal przyznaję, że jeszcze się uczę. 


W każdym razie. To, że jest to rzecz nienaturalna, nie zwalnia nas z obowiązku nauczenia się jej. Mam na myśli zastąpienia pracy rąk pracą nóg. Trener, z którym ostatnio pracuję powiedział mi, że każdy dobry jeździc powinien mieć w sobie taki refleks, że jak chce coś osiągnąć poprzez wodze, powinien automatycznie dać łydkę. I powiem Wam, coś w tym jest. 


Wydaje mi się, że już rozumiecie (a jeśli nie to bardzo przepraszam i już tłumaczę), że jazda konna polega na tym, by jechać od zadu do ręki. By koń angażował swój zad, kroczył tylnymi nogami głęboko pod kłodę, przy tym unosił i zaokrąglał swój grzbiet, a dopiero ostatecznie zaokrąglał swoją szyję, przy równoczesnym rozciąganiu jej do przodu. Tylko jak to zrobić? 


Przede wszytskim, zawsze jest możliwość, że koń nie jest jeszcze na to gotowy. Jeżeli jest młody lub całe życie jeżdżony w sposób niepoprawny, jego mięśnie grzbietu mogły się nie wykształcić jeszcze odpowiednio, co sprawi że poprawna jazda nie da tak spektakularnych efektów jak niepoprawna. W tym wypadku trzeba się uzbroić w cierpliwość i uwierzyć, że nawet jeżeli nie widzę efektów teraz, to już teraz pracuję dobrze. Tylko muszę dać sobie czas. 


Teraz, zgodnie z obietnicą, dam Wam krótką instrukcję (jak źle w kontekście jeździectwa to słowo brzmi!), żeby wytłumaczyć jak ja to robię. Kiedy siedzę na koniu, daję mu łydki (na nogach oczywiście ostrogi; chociaż to nie jest konieczne to jednak koń lepiej reaguje). Łydki staram się dawać w rytm jego kroków czyli w stępie raz prawą raz w lewą, a w kłusie anglezowanym dwie na raz, kiedy siedzę i zaraz przed tym jak wstanę. Najważniejsze to dostsować się do rytmu konia, bo oklepywanie go bez żadnego sensu może być, jeśli nie irytujące, to po prostu dezorientujące. To właśnie ta praca łydek, naprawdę banalnie prosta, jest kluczem sukcesu i tym o czym wielu jeźdźców zapomina.





Jeśli chodzi o rękę to wywieram nią presję krótkotrwałą. Zaciskam palce na wodzy i robię niby "falę" (jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało). W tym momencie, gdy wywieram tą krótkotrwałą presję, naturalną reakcją konia jest zaciśnięcie szczęki i napieranie na moj a rękę z powrotem. I właśnie wtedy sprytna ja (oczywiście nie żebym ja to wymyśliła) rozluźniam rękę i przesuwam ją (czasami wręcz karykaturalnie) do przodu. Koń, który chciał się oprzeć na wędzidle traci swoje oparcie, jego głowa naturalnym biegiem rzeczy idzie do przodu i w dół i wtedy właśnie koń odkrywa, że ta pozycja jest wygodna. Jako, że równocześnie pracuję łydkami i jego zadnie nogi są zaangażowane, cały koń ładnie się zaokrągla. I teraz ręką nie robię nic, rozluźniam ją, dają do przodu i pozwalam (wciąż zachowując kontkat) by koń szedł do przodu. 


Oczywiście zanim zacznę pracować z koniem nie wiem jeszczde DOKŁADNIE jak dać swoje komunikaty, to wszytsko klaruje się dopiero w czasie pracy, bo każdy koń jest inny i potrzebuje nieco innych pomocy. Ogólna zasada jest taka, że zaczynamy od bycia możliwie jak najsubtelniejszym. 


Tadam. Tyle i aż tyle. 


M. 


MAŁA INFORMACJA


Jak zawsze bardzo dziękuję Wam za czas poświęcony na czytanie moich postów. Dziękuję za komentarze, wiadomości prywatne, lajki, reakcje pod postami. To bardzo wiele dla mnie znaczy, bo w ten sposób widzę że statystyki to nie tylko cyferki na moim komputerze, ale prawdziwi ludzie, moi czytelnicy, dla których to w gruncie rzeczy tworzę to co tworzę. Dziękuję każdemu poszczególnemu z Was i bardzo mocno przytulam ❤️

niedziela, 22 listopada 2020

Czy jeździec bez licencji jest gorszy?

Czy jeździec bez licencji jest gorszy?



Piszę ten wpis trochę z frustracji i mówiąc szczerze jest to frustracja zupełnie dla mnie nie zrozumiała, bo dobrze przecież wiemy że licencję mam i to nie jedną. Gdy ktoś zapyta, mogę wyciągnąć kawałek metalu, niejaką licencję i z wyższością patrzeć na tych, którzy takowej nie mają. Przynajmniej w teorii, bo w praktyce świadectwo mojej jeździeckiej dojrzałości zostało gdzieś zawieruszone, możliwe że w domu rodzinnym, nie jestem pewna. Fakt faktem, że bardzo długo jeździłam tak trochę na gapę, bez żadnej licencji, bo ani pożądanego konia, ani umiejętności. I o ile wszyscy moi jeździeccy znajomi szczycili się kolejnymi dyplomami na koncie, o tyle ja nieustannie i nieudolnie dążyłam do ustalonej przez siebie samą wizji perfekcji. Możliwe, że to stąd wynika moje skrzywienie, że to stąd uważam że licencja o niczym nie świadczy i - o zgrozo - mam pewne przesłanki by nieskromnie sądzić, że mam rację. 


Mam parę dowodów anegdotycznych, historie ludzi posiadających licencję i nie umiejących przejechać parkuru 50cm jak i takich co bez licencji skaczą 120. Dowód anegdotyczny to jednak dowód anegdotyczny, wątpię by kogokolwiek udało mi się przekonać i nawet nie próbuję. Wydaje mi się w gruncie rzeczy, że wszyscy wiemy, że coś w tym jest. Że papierek to tylko papierek. To tak jak osoba z 6 z angielskiego, która w dorosłym życiu za granicą chleba nie potrafi kupić, nikogo oczywiście nie obrażając. 


Nie chcę być dla nikogo niemiła, nie chcę nikogo wytykać palcami. Ale czuję ogromną frustrację ilekroć przypominam sobie moje interakcje z jeźdźcami z czasów zanim miałam licencję. 


Zaczynając od takich:


Piętnastolatka na różowym halterku: Umiesz jeździć konno? 


Ja: Emmm no tak


Ona: A masz licencję? 


Ja: Nie


Ona (przewracając oczami): No to chyba nie umiesz


Albo: 


Trener: Jaki jest Twój poziom w jeździectwie? 


Ja: No skaczę parkury do 120...


Trener (przerywa): Jak to możesz potwierdzić? 


Ja: daj mi konia 


Trener: Nie masz licencji to spadaj 


I wiele wiele innych. 


Wiadomo, licencję warto mieć. Przydaje się. Bez niej funkcjonowanie w jeździeckim świecie, szukanie nowej stajni, dla młodszych obozu, nowej dzierżawy, konia - to wszystko to katorga i syzyfowa praca. Bo bez licencji nie da się niczego załatwić. Nikt na słowo i piękne oczy nie uwierzy że umiesz jeździć, że anglezujesz na dobrą nogę i po jeździe domykasz drzwi boksu, tak żeby koń nie uciekł. I tak jak mówiłam, poniekąd to rozumiem, sama pewnie nie wydzierżawiła bym konia osobie nie sprawdzonej, tak na wszelki wypadek. Ale ta mentalność, mentalność że osoba bez licencji nie umie jeździć, ona bardzo dobrze pokazuje nasz jeździecki mówiąc po angielsku mindset. 


Rozmawiałam ostatnio trenerem, który pojechał na zawody Grand Prix w skarpetkach z Lidla i został dosłownie zjechany. Że to mało prestiżowe, że to jakby żart na tak wysokim konkursie pojawić się w czymś co nie jest z Eskadronu. Na początku nie umiałam w to uwierzyć, no bo jak to, czy marka skarpetek cokolwiek zmienia? Ale potem zastanowiłam się dwa razy i wydało mi się to bardziej prawdopodobne. 


Bo teraz żeby być dobrym jeźdźcem, moi drodzy, trzeba mieć wszystkie trzy licencje (złotą też chociaż po dziś dzień zastanawiam się na co ona komu), markowe oficerki, kolekcję czapraków, własnego konia i dobrego trenera. 


Nie ma w tym niczego złego. Tylko że. Tylko że życie czasami układa się inaczej. Czasami wsiada się na konia o 6 rano żeby wyrobić się przed pracą albo przychodzi do stajni o 20, nawet nie zdąży nic porobić tylko sobie popatrzy bo się za końmi stęskniło. Czasami brak czasu bo się ma malutkie dziecko, bo nadgodziny, bo studia. Życie pisze różne scenariusze. Czasami brak pieniędzy, ledwo wiąże się koniec z końcem, a kolejne setki pieniędzy na treningi, na konia, na licencję, są tylko pieniądzmi rzuconymi w błoto bo i tak brak możliwości na zawody. I ja to naprawdę rozumiem. Naprawdę to rozumiem. 


Dlatego mój drogi jeźdźcu bez licencji, nie dziwię Ci się i bardzo Cię wspieram. Ale także trochę współczuję. Nie dlatego że uważam że jeździsz ode mnie gorzej, bo całkiem możliwe że robisz to ode mnie lepiej, ale dlatego że wiem ile jeszcze będziesz musiał się z ludźmi użerać. Na każdym kroku udowadniać co potrafisz, że potrafisz, że to nie tak że nie dałbyś rady tej licencji zrobić, że to tylko tak po prostu wyszło. Nie masz jej i tyle. Współczuję Ci (i sobie także), że tyle rozmów będzie zaczynało się od pytań w ilu zawodach startowałeś, ile sukcesów masz na koncie i ile pieniędzy wydałeś na  ostatniego konia. I nikogo nie będzie obchodziło, że umiesz rozluźnić spięty grzbiet konia, że znasz podstawy pracy Nuno Oliveira, że masz miękką rękę. Że pracujesz z trzylatkiem i nawet nie umiecie jeszcze zagalopować, ale chyba niedługo się uda. To nikogo nie będzie obchodziło. Bo dopóki nie wygrasz tych zawodów regionalnych w Pcimiu dolnym i na koniu trenera, w jeździeckiej hierarchii jesteś nikim. I chyba musimy do tego po prostu przywyknąć. Że tak już w naszym elitarnym sporcie jest. Ale nie jeździmy konno ani dla prestiżu ani dla pieniędzy, dlatego uśmiechnijmy się na wszystkie negatywne komentarze, weźmy głęboki oddech i stawajmy coraz lepsi w tym co robimy. A przede wszystkim miejmy z tego niemalże dziecięcą frajdę, bo to chyba dla niej robimy to co robimy. 


Trzymajcie się! 


M.


MALUTKA INFORMACJA


Chciałabym jeszcze raz bardzo Wam wszystkim podziękować za to, że jesteście. Na Facebooku jest już ponad 500 polubień i jest to szalone, bo naprawdę nie spodziewałam się że ktokolwiek będzie chciał mnie obserwować. A jednak jesteście i każdego poszczególnego z Was bardzo serdecznie ściskam. Nawet jeżeli nie odzywam się na blogu tak często jak bym chciała, myślami wciąż jestem i wciąż staram się tworzyć nowe treści. I zawsze niezmiernie mnie to cieszy gdy mogę komuś pomóc, nawet jeśli jest to tylko jedna osoba. Cholera, nawet to jest bardzo dużo. 


Tych którzy jeszcze tego nie zrobili zapraszam na Facebooka (tam możecie dowiadywać się o nowych postach), a także do pozostawienia reakcji pod postem. Jeszcze raz dziękuję i przytulam mocno ❤️




sobota, 22 sierpnia 2020

Jak oduczyć konia twardego w pysku stawiania oporu?

Jak oduczyć konia twardego w pysku stawiania oporu?

Konie twarde w pysku to codzienność, codzienność z typu tych, które sami sobie zgotowaliśmy. Nie możemy mieć pretensji do nikogo innego jak tylko do nas samych, do naszych krzywych kręgosłupów, spiętych mięśni i zaciśniętych palców. To wina zbyt ostrych wędzideł w stosunku do zbyt małych umiejętności i zbyt dużych ambicji w stosunku do zbyt małej wiedzy. To wina bólu, który zadaliśmy całkiem nieświadomie, bólu, przez który jeździectwo staje się karykaturą. A koń broniąc siebie, swój jakże wrażliwy pysk i, nieprzystosowany by nas wozić, kręgosłup, zapiera się przed dyskomfortem czym tylko się da, całym swoim ciałem. Zamiast swobodnie ruszać grzbietem, spina go i usztywnia, drobi małe kroczki. Wreszcie, czując nieustanną presję na pysku, bądź też sporadycznie odbijające się o zęby wędzidło (w przypadku jeźdźca jeżdżącego bez kontaktu, bo tak naturalnie i tak nie boli) zaczyna napierać na źródło dyskomfortu. U koni naturalną reakcją na napieranie jest napieranie. Dlatego właśnie im bardziej ciągniemy za wodze, tym bardziej koń ciągnie, czyniąc jeździectwo podobne do przeciągania liny. 


By pracować z koniem twardym w pysku, trzeba przede wszystkim nie sprawiać dyskomfortu. Dobry dosiad to podstawa wszystkiego, podstawa,  która jednak nie wystarcza. Koń nauczony by się bronić przed kontaktem, nie wie, że można inaczej. I dlatego właśnie trzeba go nauczyć jak wygląda poprawną jazda. Przede wszystkim, trzeba uzbroić się w cierpliwość. Trzeba też iść na kompromisy - ze swoimi ambicjami, bo oczekiwanie szybkich rezultatów to droga donikąd. Im szybciej nauczymy się w jeździectwie cieszyć z małych sukcesów, tym lepiej dla nas bo unikniemy poczucia rozgoryczenia.   

Żeby wytłumaczyć jak ja rozumiem prawidłową pracę z pyskiem konia (czy to "twardego" czy "miękkiego") powołam się na słowa Nuno Oliviera. Mogłabym oczywiście użyć swoich własnych słów, ale po co jeśli Mistrzu zrobił to tak trafnie, że ja bym tylko popsuła. 

Pozwólcie, że powtórzę. Niech Twoje ręce będą jak beton, kiedy koń się opiera i jak masło, kiedy ustępuje. Śmiem twierdzić, że jeśli jeźdźcy umiejętnie stosowali by się do tych słów, koni twardych w pysku by nie było. Bo wszystkie problemy z kontaktem (no dobra, może nie wszystkie. Ale dużo.) zaczynają się, gdy jeździec zapomina o tej "drugiej" roli ręki. Ręka w jeździectwie nie jest ani masłem, ani betonem. W zależności od sytuacji (czytaj: od tego jak zachowuje się pysk) musi dostosować się i albo stać się twarda, albo miękka. 

Jeżeli koń jest twardy w pysku w danym momencie, ręka musi być stanowcza, zamknięta. Koń nie może bowiem opierać się jej działaniu. Trzeba "sprowokować" konia, by ten odpuścił. Jeżeli tak się stanie, jeszcze w tej samej sekundzie ręka ręka musi ustąpić, a kontakt (choć nadal utrzymany) musi być jak masło. W ten właśnie sposób koń uczy się, że warto odpuszczać. Należy dążyć do tego, by robił to jak najszybciej, a gdy tylko odpuszcza - nagradzać go zmiękczeniem ręki. Koń właśnie w ten sposób się uczy - dąży do tego by presja (oczywiście krótkotrwała!!!) była odpuszczana i w ten sposób uczy się odpuszczać. Odpuszczać czyli przestać zaciskać zęby, rozluźnić szczęki, miękko podążać za ręką. 



Szkoleniu właśnie na tym polega - na naprzemiennym dozowaniu presji i odpuszczania. Presja powinna trwać tylko chwilę, ułamek sekundy i od razu powinna być przerywana (w przeciwnym wypadku koń zacznie napierać na pomoc - czy to będzie ręka czy łydka).  

Moja trenerka zawsze mówi mi swoje słynne zdanie: "push and let go". Czegokolwiek w danym momencie nie wymagasz, po trwającej chwili presji musisz odpuścić. Nawet jeżeli koń nie zareagował w 100% idealnie, ważne żeby zrobił mały kroczek do przodu. Koń w ten sposób uczy się, że opłaca się odpuszczać napięcie w swoim pysku i z każdym kolejnym ćwiczeniem robi to coraz szybciej i chętniej. 

Ponadto, wywołując krótką presję zamiast ciągnięcia, uniemożliwiamy koniowi zawieszanie się na wodzy i wieszanie na naszych rękach (a w końcu tym jest koń twardy w pysku). Wywierając presję (wybaczcie za to stale powtarzające się niefortunne słowo), a następnie zabierając ją a więc i oparcie na którym koń mógł się "uwięzić", uczymy konia że nie może on przeciwstswiać się naszym rękom. 



Bardzo ważne jest, by nie pracować z koniem mechanicznie, ale wyczuwać w to nad czym akurat się pracuje. Wyczucie pomaga stwierdzić czy koński pysk opiera się i należy być "jak beton" czy już się rozluźnił. Trzeba działać bardzo szybko i widzieć choćby ledwo odczuwalne zmiany. Pamiętajcie również o tym, że presja sama w sobie nie może być długa, bo w przeciwnym razie koń uwiesi się na wędzidle i  zacznie mu opierać jeszcze bardziej. 

W słowach mojej trenerki "push and let go", część "let go" jest równie ważnym komunikatem co "push". To bowiem właśnie wtedy jest czas, by koń polubił się z naszą ręką i odkrył jaki przyjemny potrafi być kontakt jeśli się tylko odpuści. 

Ostatecznie najważniejsze jest to, co dzieje się w naszej głowie. Nie chodzi o to żeby rytmicznie poruszać palcami, zaciskać je i rozluźniać (choć z boku może to tak wyglądać). Polega to prędzej na tym, by czuć, że najpierw robię to, potem to i widzę jak koń reaguje. Jeśli tylko reaguje źle - mogę swoją pracę skorygować. 

Podsumowanie

To co najważniejsze, żeby z tego postu wyciągnąć to fakt, że nasze ręce mają dwie funkcje - mogą być masłem lub betonem. Umiejętnie korzystając z tej informacji, naprzemiennie pracując presją i odpuszczaniem, nauczycie konia by chętnie przyjmował kontakt i nie przeciwstawiał się ręce.

I chociaż w teorii brzmi to całkiem prosto, o tyle opanowanie tego w praktyce zajmuje niekiedy i całe życie. Wiem coś o tym, bo pisząc o jeźdźcach twardych, sztywnych i nieumiejących jeździć nie myślę wcale o jakiś fikcyjnych postaciach, ale przede wszystkim o sobie. Ale nie opuszczam głowy, wręcz przeciwnie, idę dalej  dając z siebie coraz więcej, bo wiem, że nie robię tego dla siebie, ale dla wszystkich koni, na których przyjdzie mi jeszcze jeździć. Z czystym sumieniem mówię, że jest warto. 

M. 

MAŁA INFORMACJA

Bardzo Ci dziękuję jeśli dotarłeś aż tutaj ❤️ To bardzo wiele dla mnie znaczy. Jeżeli post pomógł Ci zrozumieć (chociaż troszeczkę) jak powinna działać ręka jeźdźca - nie zapomnij zostawić pod nim reakcji. Jeżeli masz coś do dodania, a może jeszcze czegoś nie rozumiesz lub też nie zgadzasz się ze mną zupełnie - sekcja komentarzy jest odpowiednim miejscem, żeby powiedzieć co myślisz.

Równocześnie zapraszam Was do odwiedzenia mnie na Facebooku, będzie mi bardzo miło ❤️ za każde wsparcie jeszcze raz dziękuję i ślę pełno buziaków!


wtorek, 18 sierpnia 2020

W KTÓRYM MOMENCIE PRZESTAJEMY BYĆ POCZĄTKUJĄCYMI? PO CZYM POZNAĆ DOBREGO JEŹDŹCA?

W KTÓRYM MOMENCIE PRZESTAJEMY BYĆ POCZĄTKUJĄCYMI? PO CZYM POZNAĆ DOBREGO JEŹDŹCA?

Bardzo lubię rozmawiać z jeźdźcami i mówię to bez cienia sarkazmu. Lubię szczególnie początkujących, tych co dopiero co zaczynają i z jeszcze nieskażonymi umysłami próbują zrozumieć nasz jakże skomplikowany świat. Lubię ich zapał i to jak ze świecącymi się oczami opowiadają mi o pierwszej lonży, pierwszym zakłusowaniu, pierwszym samodzielnym galopie, skoku. Zawsze mam ochotę wtedy zapytać - a, to Ty jeszcze nie wiesz? Jeszcze nie wiesz ile nocy będziesz płakać bo nie umiesz czegoś zrozumieć, bo nie umiesz tego zrobić choć to logiczne? Ty jeszcze nie wiesz że chociaż będziesz i galopować i skakać to i tak zanim nazwiesz się dobrym jeźdźcem minie wiele czasu i łez? Zwykle jednak gryzę się w język i nic nie mówię. 

Jeźdźcy, szczególnie Ci początkujący, chociaż nie tylko, często zadają mi jakże nurtujące pytanie - kiedy wreszcie przestaje się być początkującym. W końcu każdy kto zajmuje się sportem chciałby nazywać się mistrzem, ekspertem w swojej dziedzinie. W jakiś sposób to nawet rozumiem. Niestety jednak w jeździectwie nic nie jest tak proste.

Są różne teorie. Że dobrym jeźdźcem staje się gdy tylko zejdzie się z lonży. Że gdy zacznie się samodzielnie galopować. Skakać. Inne, że potrzeba do tego licencji. Brązowej. Srebrnej. Jeszcze inne, że trzeba brać udział w zawodach,  osiągać określone wyniki albo jeździć określoną liczbę lat. Dwa, pięć, dziesięć. Z żadną z nich się nie zgadzam. 



Według mnie dobry jeździec zaczyna się wtedy gdy siedząca na koniu osoba nie tylko na tym koniu wysiedzi, utrzyma się i wyegzekwuje swoje prośby (choć to oczywiście wymagana podstawa bez której ani rusz), ale przede wszystkim potrafi z tym koniem pracować. To osoba, która wsiadając na sztywnego konia będzie tak z nim pracowała, że go uelastyczni. To osoba, która nauczy nieposłusznego konia szacunku. Osoba, która nauczy konia twardego w pysku elastycznego kontaktu. To taki ktoś, komu możesz dać Twojego konia w ciemno, bo wiesz że nie tylko go nie zepsuje, ale wręcz mu pomoże. Dobry jeździec to ktoś, kto rozumie, że jeździectwo nie polega wożeniu swojego tyłka w siodle, ale na szkoleniu zwierzęcia. Bo w jeździectwie nie tyle chodzi o człowieka, co o konia. 

Ostatnio moja znajoma spytała mnie czy może wsiąść na mojego konia. Osoba poruszająca się sprawnie w trzech chodach, potrafiąca skakać, nawet jakieś malutkie zawody na koncie. Zgodziłam się. Wzięłam ją na parę minut lonży i niestety szybko musiałam stwierdzić, że nowy jeździec mojemu koniowi wcale nie przypadł do gustu. Koń zesztywniał, unikał kontaktu i wyglądał jakby w pracy cofnął się o parę miesięcy wstecz. Kiedy indziej z kolei na mojego konia wsiadła doświadczona trenerka. Chociaż na samym początku koń zachowywał się tak samo jak pode mną, wystarczyło pół godziny jej umiejętnej pracy by koń przeszedł metamorfozę. To właśnie pokazuje, że w zależności od tego kto siedzi w siodle, ten sam koń może zachowywać się bardzo różnie. Nic oczywiście nie dzieje się samoistnie, jeździec nie przekazuje komunikatów za pomocą telepatii. Wręcz przeciwnie, dobry jeździec pracuje, umiejętnie używając swoich trzech pomocy, a także dobierając odpowiednie ćwiczenia do potrzeb i umiejętności konia. Zwykle taki jeździec wie jednak, że szkolenie zajmuje czas i nie oczekuje szybkich efektów. Bo w jeździectwie co szybkie, to z reguły niepoprawne. 



Jak więc stać się dobrym jeźdźcem? Na samym początku musimy nauczyć się po prostu utrzymać na koniu. Dla naszego aparatu ruchu jest to bardzo nowa i jakże niebezpieczna sytuacja, do której ciało musi po prostu przywyknąć. Na samym początku nawet stęp potrafi być wyzwaniem dla nieprzyzwyczajonych mięśni i stawów. I chociaż ambicje galopują już po najwyższych parkurach, to tej fizycznej bariery się nie przeskoczy. Ciało musi przyzwyczaić się do nowej sytuacji, mięśnie dotąd nieużywane muszą się wzmocnić, błędnik nauczyć równowagi. Po stępie przychodzi kłus, galop. Dopiero gdy jeździec siedzi już w miarę pewnie, może myśleć o tym by nie tylko siedzieć, ale by robić to z klasą. Przychodzi czas na szkolenie swojego dosiadu, do czego potrzeba trochę wiedzy teoretycznej, jazd bez strzemion i przede wszystkim dużo praktyki. Dopiero jeździec mający dobry dosiad przestaje być dla konia niewygodnym pasażerem i przestaje sprawiać dyskomfort, jest po prostu neutralny.  



Równolegle jeździec powinien uczyć się, by kierować koniem. Uczy się jak poprosić o zatrzymanie, o ruszenie do przodu, zrobienie koła, zagalopowanie i wiele innych. W ten sposób przestaje być  biernym pasażerem, przybiera na koniu pozycję tego, co decyduje o sytuacji i uczy się że żeby osiągnąć efekty to on (a nie koń) w hierarchii musi być ustawiony wyżej, jako ten co wydaje komendy. Bardzo nie lubię szkółek ze względu na to, że nie zawsze dają swoim adeptom możliwość nauczenia się tych umiejętności. No bo jak kiedy zastęp składa się z sześciu koni i każdy kolejny idzie tam, gdzie widać tyłek poprzedniego? 

Żeby kierować koniem, trzeba używać pomocy i jeździec, na początku nieporadnie, uczy się by ich pracę koordynować. Na samym początku kopie by ruszyć i ciągnie za pysk by zatrzymać. Z czasem dopiero uczy się odpowiedniego natężenia i precyzji. W tym samym czasie rozwija się wyczucie - jeździec zaczyna czuć kiedy i w jaki sposób oddziaływać na konia. 



Wreszcie, gdy wszystkie powyższe umiejętności są w miarę opanowane (bo w 100% się nie da, taka smutna prawda), ten sam jeździec zaczyna widzieć błędy i niedociągnięcia u konia. Na początku się frustruje i nie wie co ma z nimi zrobić. Potem uczy się nazywać je po imieniu i, chociaż nadal nie umie z nimi pracować, to jest o krok milowy dalej bo wie przynajmniej NAD CZYM na pracować. Jeżeli ma dostęp do dobrej literatury i rozsądnego trenera, to powoli zacznie rozumieć przyczyny problemów  i w jego głowie pojawi się plan działania. Metodą prób i błędów będzie starał się uzyskać u konia poprawę i jeśli  mu się uda chociaż w małym stopniu - wtedy w moich oczach przestanie być początkującym jeźdźcem. 
Co nie oznacza, że droga przed nim nie jest długa, znacznie dłuższa od tej, którą zaczynał.

M.

MAŁA INFORMACJA

Przede wszystkim bardzo Wam wszystkim chciałam podziękować. Dziękuję za to że nadal tu jesteście, że nadal mnie czytacie, piszecie do mnie (nawet jeżeli w ostatnim czasie odpisywałam ze znacznie większym opóźnieniem - za to przepraszam), a także odwiedzacie mojego Facebooka. To bardzo wiele dla mnie znaczy. 

Jeżeli podobał Wam się post, koniecznie zostawcie pod nim reakcje, a jeśli jeszcze tego nie zrobiliście - odwiedźcie mojego Facebooka by na bieżąco dostawać informacje o nowych postach. Trzymajcie się ciepło ❤️



wtorek, 14 kwietnia 2020

W jaki sposób rozluźnić i zaokrąglić sztywnego konia?

W jaki sposób rozluźnić i zaokrąglić sztywnego konia?

Na pewno wiele razy przyszło Wam w życiu pracować ze sztywnym koniem. Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć jak bardzo nieprzyjemnym, frustrującym a także nieefektownym z estetycznego punktu widzenia jest to doświadczenie. Jeżdżenie na koniu, który wygina swój grzbiet tak że jest on prawie wklęsły, na koniu który zadziera szyję tak strasznie wysoko by tylko uniknąć kontaktu, na koniu którego którego ruchy zamiast być płynne wyglądają jakby były niezdarnym dorobieniem krzywymi nóżkami. Nie życzę tego nikomu a jednak wiem, że wielu z Was musi się z tym mierzyć. Ja również.

Kiedy dostajemy takiego konia zwykle po paru próbach poddajemy się, wrzucamy zwierzę do worka: "nie nadaje się do sportu" i albo jeździmy na nim dalej, w głębi serca coraz to mocniej czując kiełkującą do niego niechęć albo też oddajemy go komuś innemu, co tak na marginesie wcale nie jest złym wyjściem jeśli sami jesteśmy początkujący. Prawda jest jednak taka, że to ujeżdżenie jest dla konia, a nie koń dla ujeżdżenia. Jeżeli w głębi ducha myślimy że nasz koń się do jazdy nie nadaje to znaczy nie mniej nie więcej tyle, że szkolimy konia nieprawidłowo. A jeżeli szkolimy konia w sposób nieprawidłowy, to naszym obowiązkiem (podkreślam, obowiązkiem) jest dobrać pracę tak, by wyszkolić szczęśliwe i rozluźnione zwierzę. Jeżeli nie to jest naszym celem to najwyraźniej minęliśmy się z powołaniem.




Celem ujeżdżenia jest nauczenie go jazdy pod siodłem tak by sprawiało mu to przyjemność, by było bezbolesne i komfortowe. Przyzwalanie na to by koń czuł dyskomfort nie ma nic wspólnego z ujeżdżeniem, niezależnie od tego co niektórzy jeźdźcy mówią. W tym poście przedstawię Wam drogę jaką możecie pójść by rozluźnić Waszego konia, podkreślając jednak że to tylko droga. Droga, którą ostatecznie sami odkryjecie metodą prób i błędów - bo tylko w taki sposób dotrzecie do Waszego konia.

Zacznijmy tylko od małego przypomnienia, które raczej Was nie zaskoczy a jednak może okazać się kluczowe. Jeżeli Wasz koń jest spięty to dla świętego spokoju i czystego sumienia sprawdźcie czy sprzęt jest odpowiednio dobrany a sam koń nie ma żadnych chorób. Wiem że jest to banalne, ale koń nie będzie w stanie rozluźnić się kiedy czuje ból. Tak jak Ty nie dasz rady biegać z gracją w obcierających butach albo z bolącym kręgosłupem. No po prostu nie.

Kolejną rzeczą jest sprawą dosiadu. Jeżeli jeździec jest spięty to koń nie da rady się rozluźnić, jest to absolutna podstawa. Mówię o tym bardzo często, ale postawa jeźdźca bezpośrednio wpływa na postawę konia. Zanim poprosisz konia o rozluźnienie samemu musisz być rozluźnionym, w przeciwnym razie nie osiągniesz efektu. Mimo wszystko dobry dosiad nie jest wystarczający, by spięty koń był w stanie nieść jeźdźca w sposób, które sprawia mu komfort. Czasami w niektórych skrajnych przypadkach koń ma tak obolały grzbiet że jeździec w pełnym siadzie - choćby miał niewiadomo jak perfekcyjny dosiad - i tak sprawia dla niego kłopot. Dlatego też szczególnie podczas rozgrzewki (a często na początku pracy podczas całych treningów) powinno się jeździć tak by odciążać grzbiet czyli w półsiadzie. To sprawia że obolały grzbiet nie jest tak mocno obciążony, a koń ma szansę zacząć nim pracować. Wcale nie oznacza to jednak że tak będzie, bo konie mocno przyzwyczajają się do jazdy z usztywnionym grzbietem. Trzeba go tego oduczyć czyli pokazać mu, że rozluźniając się znacznie poprawi się komfort jego pracy. Nie ma niczego bardziej satysfakcjonującego niż koń, który sam odkryje jak to fajnie jest się rozluźnić i sam będzie do tego dążył.




Wydaje mi się że kluczowa jest rozgrzewka. Kiedy wsiadamy na konia to jego ciało jest sztywne i nieprzygotowane do ruchu i tylko nasza interwencja może sprawić że koń będzie albo nie zaczynał się rozluźniać.

Każde ćwiczenia przeplatam momentami kiedy pozwalam zwierzęciu iść stępem na luźnej wodzy lub całkowicie się zatrzymać, oczywiście na moją prośbę. Jeżeli koń w tym czasie pracuje obniżyć szyję tak by dotknąć nosem podłogi to jest to jedyny z sygnałów, że praca idzie w dobrym kierunku.

Początkowo zaczynam od ćwiczeń w stępie, co bardzo ważne: jeżeli je wykonuję to zawsze trzymam wodze napięte. Wiem że bardzo łatwo o to by mieć takie "pół-luźne" wodze, które odbijają się o pysk konia, szczególnie łatwo o to kiedy koń zadziera głowę do góry - ale jeżdżąc w ten sposób nigdy nie osiągniemy konia, który się rozluźni. Nasze ręce wraz z widzami muszą być pewne i stabilne - mi bardzo pomaga wyobrażenie że moje ręce to takie wypinacze. Niby elastyczne ale jednak "trzymają" ten kontakt. Z doświadczenia Wam powiem że jeżeli właśnie w taki stabilny sposób "chwycę" konia, który zadziera głowę to on bardzo szybko przekona się że takie oparcie się (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) o wędzidło wcale nie jest takie niekomfortowe jak myślał i zacznie się rozluźniać. Ręka to nie jest najważniejsza rzecz w jeździectwie, ale kontakt i rozluźnienie są jednak bardzo powiązane.

Jeśli chodzi o ćwiczenia stępie i kłusie (bo one polegają na tym samym) to przede wszystkim wszystkie rozciągające elementy są tutaj pożądane. Mówiąc to mam na myśli jazdę po łukach czyli koła, wolty, wężyki i serpentyny oraz chody boczne czyli na początek ustępowania i łopatkę. Przy wszystkich ćwiczeniach ważne jest jak to zrobimy - czyli w dosiądzie odciążającym oraz z rękami które pełnią rolę takich stabilnych wypinaczy. Nie bójcie się krótkich wodzy! Owszem, szarpanie jest złe ale pewny kontakt nie ma z tym nic wspólnego i  jest i jest niezbędny do poprawnego wyszkolenia konia!




Po podstawowych ćwiczeniach, które opisałam wyżej koń powoli rozgrzał mięśnie i trochę się rozciągnął. Zwykle nie jest to jednak wystarczające. Z moich doświadczeń wynika że koń w pełni rozluźnia się dopiero gdy może się porządnie wybiegać. Nie wiem dlaczego tak jest, ale uwierzcie że naprawdę działa. Dlatego też po tym jak trochę powyginam zwierzę w stępie i kłusie zaczynam pracę w galopie. Galopuję naprawdę długo, w półsiadzie, cały czas trzymam pewny kontakt i pozwalam na to by tempo było mocne. Na początku nie wykonuję żadnych specjalnych ćwiczeń w galopie (które są oczywiście bardzo ważne) a jedynie pozwalam na to by koń okrążył parokrotnie ujeżdżalnię. Po tym jak konia rozgalopuję ostatnie koło robię na luźnych wodzach i jest to zwykle czas kiedy delikwent zaczyna opuszczać szyję, parskać i przede wszystkim wreszcie rozluźniać grzbiet.

Przeplatając wszystkie wyżej wymienione rady rozgrzewam konia tak długo aż się rozluźni. Jest to trudne w przypadku zwierzęcia mającego latami usztywniony grzbiet. Taki koń musi sam odkryć że rozluźnienie to coś przyjemnego, bo nie ma żadnego przycisku którym magicznie wyeliminujecie wszystkie spięcia z jego ciała. Waszym zadaniem jest tylko umożliwić mu odkrycie tego, a zanim to się stanie musicie zaopatrzyć się w cierpliwość. U mnie rozgrzanie konia czasami trwa godzinę, a czas kiedy jest on zdolny to tego by pozbyć się spięcia skraca się bardzo stopniowo. Ważne jednak żeby podczas treningu widzieć choćby delikatną zmianę - bo jeśli jej nie ma to znaczy że należy zmienić drogę. By odkryć ten magiczny przepis na od-usztywnienie danego konia trzeba szukać metodą prób i błędów. Nie bójcie się eksperymentować, jeśli tylko zachowacie krytyczne spojrzenie to nie zabłądzicie :)))

Ściskam bardzo mocno, 
M.

MAŁA INFORMACJA

Jeżeli tylko spodobał Wam się ten post to bardzo zachęcam do pozostawienia reakcji tuż pod spodem ❤️ jak zawsze bardzo dziękuję za ciepłe odebranie poprzednich treści, chyba nie muszę Wam mówić że jesteście naprawdę kochani i Wasza motywacja dużo mi daje 😊 możecie również odwiedzić mnie za Facebooku, gdzie na bieżąco będziecie informowani o nowych postach ❤️

środa, 4 marca 2020

Jak uniknąć odmowy skoku?

Jak uniknąć odmowy skoku?

Tak się ostatnio stało, że ja i mój Koń postanowiliśmy poskakać. To znaczy ja postanowiłam poskakać, a on że nie miał w tej sprawie nic do gadania no to bądź co bądź musiał się zgodzić. Oczywiście jak to w życiu bywa pierwszą stacjonatę nie tylko przeskoczyłam sama ale też sama zaliczyłam spektakularną zrzutkę zahaczając nogami o metalowe stojaki. Oczywiście drągi pospadały, miałam na tyle szczęścia by nie oberwać nimi w głowę, ale na tyle nieszczęścia by z wrażenia przygryźć sobie wargę i potem przez tydzień wyglądać jak po botoksie, co nie było akurat takie złe. 

Powiecie - zdarza się każdemu. Problem taki że mi zdarzało się to bardzo często, że Koń nie zawsze chciał ze mną skakać i tak średnio jeden na trzy skoki kończył się odmową albo uskokiem.

Najlepszy był jednak komentarz trenerki, którzy usłyszałam kiedy taka obolała, z krwią na ustach i piachem w oczach, a przede wszystkim urażoną dumą i myślą że już nigdy więcej, wstałam z ziemi. 

"Po Tobie to już od początku widać było, że on tego nie przeskoczy"


Trenerkę znam na tyle dobrze, by wiedzieć że nie był to kolejny przytyk w moją stronę, ale chłodna analiza faktów. Skoczkowie mają w sobie ten dryg do przewidywania faktów, który mi jako ujeżdżeniowcowi jest zupełnie obcy. 



Co tu więcej mówić, od kiedy we wrześniu oprócz treningów ujeżedżeniowych zaczęłam bawić się w skoki, nauczyłam się że jest takie parę przesądzających czynników, które sprawią że koń nie przeskoczy przeszkody. 

No dobrze, jak więc uniknąć odmowy skoku?

Kiedy zaczynamy cokolwiek poprawiać w jeździectwie, zawsze należy zaczynać od podstaw, czyli rzeczy najbardziej banalnych, o których nawet dzieci w szkółce mają pojęcie. Zanim uznam, że mój koń nie nadaje się do skoków (no chyba że jest koniem fryzyjskim, wtedy oddaję honor) przeanalizuję czy na pewno wszystko robię poprawnie - zaczynając od największych truizmów. O ile w ujeżdżeniu naszą check-listą może być piramida szkoleniowa, o tyle skoczkowie też mają coś na kształt takiej piramidy. 

Na pierwszym miejscu znajduje się tempo. Tempo samo w sobie nie jest niczym trudnym do osiągnięcia, bo polega ni mniej ni więcej na tym, żeby koń galopował energicznie. Zanim zaczniemy bawić się w najazdy, zanim zaczniemy liczyć dystanse, nic nie osiągniemy jeśli tempo będzie złe. 

Podczas skoków koń ma galopować. O ile przeszkody są trochę wyższe, a parkur trochę bardziej skomplikowany to jadąc spokojnym, wolnym galopem koń nie da rady się odpowiednio wybić (przynajmniej w jego mniemaniu) i tym samym  nie przeskoczy przeszkody.

Tempo przy wyższych parkurach jest naprawdę zabójcze, przynajmniej z perspektywy ujeżdżeniowca siedzącego na grzbiecie konia, bo na nagraniach wcale aż tak spektakularnie to nie wygląda. W tym wypadku starajcie się zaufać Waszym trenerom, bo ich obiektywna ocena lepiej Wam powie czy tempo jest odpowiednie niż Wasze odczucia. 



Owszem, zdarza się że tempo jest za szybkie, ale to naprawdę mały odsetek bo większość z nas zabiera się za skoki jadąc chodem, którego skoczek nie nazwałby prawdziwym galopem. Co więcej, zdarza się że jeźdźcy uważają że ich konie gnają na przeszkodę, podczas gdy w rzeczywistości tempo jest prawidłowe. Jest to rzecz, którą ocenić może doświadczony trener, szczególnie jeżeli Wam nie jest jeszcze po drodze że skokami. 

Drugą rzeczą, która nie wiem czy znajduje się w jakiejkolwiek piramidzie, ale według mnie jest bardzo ważna - to kontrola nad koniem. Kontrola, a właściwie posiadanie konia na pomocach. Nie lubię jednak używać tego zwrotu, bo mało kto go rozumie, a ktoś w jeździectwie czegoś nie rozumie to zwykle zamiast pytać o wyjaśnienie udaje, że wie o co chodzi, a następnie nie wciela tego w życie. 

Chodzi o rzecz bardzo prostą, a mianowicie o to by nie zapominać o ręcę i łydce podczas najazdu. O łydce będziecie pamiętać nadając odpowiednie tempo, dlatego chciałam tutaj wspomnieć o wodzach. 


Wodze podczas najazdu muszą być napięte i to jest rzecz bardzo ważna, wręcz kluczowa. Jeżeli koń poczuje że Twoja ręka jest niepewna, trzyma wodze delikatnie i daje mu choćby najmniejszą możliwość ażeby przeszkody tej nie przeskoczyć - to z całą pewnością Wam powiem że koń nie będzie się długo wahał i skorzysta z okazji. 





W większości przypadków jeżeli parkur nie jest bardzo skomplikowany (a nie oszukujmy się - zwykle nie jest) to koń jadący odpowiednim tempem i na pewnym (żeby nie mówić mocnym) kontakcie przeskoczy przez większość przeszkód bo nawet do głowy mu nie przyjdzie żeby zrobić inaczej. 



Kiedy koń porusza się dobrym galopem, który ma odpowiednio szybkie tempo, jeździec nie zaburza mu równowagi, a do tego jest na pomocach to można wtedy zaczynać najazd. 



Linie w skokach powinny być przede wszystkim płynne. Chodzi o to, że zrobienie nagłego skrętu może spowodować odmowę. Koń bowiem potrzebuje czasu żeby przeszkodę zobaczyć i mentalnie przygotować się na jej przeskoczenie. W takim wypadku dużo lepiej jechać po łuku i pozwolić zwierzęciu opatrzyć się z przeszkodą. Wszystkie nagłe manewry mogą w jeździectwie szybko kończyć się buntem zwierzęcia. 



Jeżeli chodzi o dystanse, bo wiadomo że budzą one duże zainteresowanie, to powiem Wam że na samym początku nie są one aż tak ważne. Nie chodzi o to, że należy o nich zapominać, po prostu przy niższych przeszkodach (które koń gdyby mu się chciało to i z miejsca by przeskoczył) to nie one decydują o odmowie. Jeżeli parkur 1.20 wzwyż przejedzie się mając marne dystanse, koń nie będzie się w stanie wybić. Jednak przy niższych przeszkodach winę za nieoddanie skoku ponoszą zwykle zbyt gwałtowne najazdy, zbyt wolne tempo i za mało konia na pomocach. Dystanse są tutaj drugorzędne.



Co jednak gdy robię wszystko dobrze a koń i tak nie skacze? 





Jest taka możliwość, że koń zauważywszy że może nie oddać skoku dojdzie do wniosku, że sprawia mu to dużo większą frajdę niż samo skakanie i przestanie skakać w ogóle. 



W takim wypadku trzeba go nauczyć, że jednak wymaga się od niego przeskakiwania przez przeszkody, a kluczem jest tutaj konsekwencja. 



Jeżeli koń postanowi uskoczyć przed przeszkodą to należy go natychmiast (z podkreśleniem na słowo natychmiast) zatrzymać do stój. Nie można w każdym razie pozwolić by po takim uskoku galopował sobie dalej jakgdyby nigdy nic. Dopiero jeżeli koń się zatrzyma to można wrócić do kolejnej próby najazdu. 



Pomocne mogą być drągi za pomocą których zrobi się korytarz uniemożliwiający uskoczenie tuż przed przeszkodą. Ostatecznie pomóc mogą osoby z ziemii. 




Pamiętajcie że jeżeli koń nie skacze tylko i wyłącznie ze swojej złej woli to jedynym sposobem do nauczenia go skakania będzie stanowczość. Warto w takich przypadkach zaczynać od drągów, przeszkód bardzo niewielkich i prostych najazdów. Przy tym wszystkim należy jednak egzekwować by koń za każdym razem przeskoczył, nawet jeśli miałoby to być z miejsca. Jeżeli bowiem koń zauważy że raz może nie przeskoczyć, z całą pewnością zrobi to po raz kolejny. 

Malwina

MAŁA INFORMACJA

Jak zawsze bardzo dziękuję Wam za przeczytanie tego postu i dotrwanie aż do końca ❤️ Jeżeli w tym miejscu chcecie się podzielić Waszą reakcją na jego temat to zachęcam do pozostawienia "buźki" pod spodem wpisu. Zapraszam również na nową stronę na Facebooku, gdyż przynależność do niej pozwoli Wam szybciej dowiadywać się o nowych postach. Buziaki!

Copyright © 2014 JAK LEPIEJ JEŹDZIĆ KONNO? , Blogger
Wypasiony Katalog Stron