środa, 21 lutego 2018

Jak użyć łydek tak, żeby wpłynęły na konia?

Jak użyć łydek tak, żeby wpłynęły na konia?

Okej, wiem jak to jest. Wiem jak to jest oklepywać boki konia na tysiące różnych sposobów, a nie umieć znaleźć tego jednego, który choćby w najmniejszym stopniu zadziała na zwierzę. Wiem jak to jest, gdy chce się coś przekazać, a nie umie się znaleźć odpowiednich "słów", a potem - gdy nie wie się jak ich użyć. 

Zanim w ogóle do czegokolwiek dojdziemy, musimy zastanowić się po co w ogóle używamy łydek. A odpowiedź jest prosta: łydki służą do komunikowania się z zadnimi nogami. Jako, że zadnie nogi wpływają na: poruszanie się do przodu, do tyłu i w bok, a także zaangażowanie zadu i w pewnym sensie na wyprostowanie, kontakt et cetera, możnaby nieśmiało zasugerować, że łydki są odpowiedzią na każde jeździeckie pytanie. 

- Co zrobić jeżeli mój koń robi XYZ ?
- Użyj łydek.

I tu pojawia się zasadnicza kwestia numer jeden, a mianowicie - jak przekazać zwierzęciu konkretną rzecz, którą od niego wymagam? Skoro potencjalnie mogę wymagać tyle (począwszy od ruszenia na przód, a na skręcaniu czy zaangażowaniu kończąc) to jak rozróżnić poszczególne prośby? 

Te pytania póki co zostawię bez odpowiedzi, a wrócę za chwilkę. Teraz musimy sobie wytłumaczyć jeszcze jedno (brzmi groźnie? I bardzo dobrze!). 

Jak mocno trzeba działać łydką?


Bardzo często jeźdźcy pytają się jak mocno używać łydek. Ja odpowiadam - najsłabiej jak się tylko da. I tu pojawia się zdziwienie: "jak to? przecież mój koń słucha tylko jak przyłożę łydkę mocno!". 

Wiecie, porównałabym konia do komputera. Kiedy piszesz na klawiaturze i chcesz, żeby na ekranie pojawiło się "a", wcale nie musisz mocno wciskać klawiszy, żeby komputer zrobił to, o co go prosisz. W gruncie rzeczy, przekazujesz mu komunikat, a to on sam (nie Ty)  wysila się nad napisaniem lietry. 

Z koniem jest tak samo - dając łydkę nie musisz użyć siły. Użycie siły (dość dużej, tak na marginesie) byłoby potrzebne, gdybyś chciał własnoręcznie konia przesunąć w dowolną stronę. Tak jednak nie jest (mam nadzieję!), a to co przekazujesz łydką to jedynie komunikat. 

Koń znieczulony na łydkę - co robić?

Poprawnie wyszkolony koń reaguje na samo dotknięcie łydką boku i nic więcej nie trzeba, by się posłuchał. Oczywiście, zdarzają się też konie znieczulone na łydkę. Gdy po otrzymaniu sygnału koń nie reaguje, można raz mocniej szturchnąć go nogą - ale tylko raz. Później najlepiej skorzystać z bacika. W zależności od konia można albo trzasnąć o powietrze (chodzi o taki "huk") albo trzepnąć konia po zadzie lub łopatce. Koń może w takim wypadku wystrzelić do przodu (nawet galopem), ale każdą reakcje w tym wypadku trzeba pochwalić, bo w końcu to ruch do przodu był tym, czego chceliśmy. 


Jak działać łydką...

Wróćmy do postawionych na początku pytań. Jeźdźcy, dla ułatwienia, ustalili podstawowy podział działania łydką - to w zależności od tego, co chcemy osiągnąć zmieniamy działanie łydek. 

Jak zaraz zobaczycie (poniżej opisuję to, co każdy powin wiedzieć od pierwszego dnia w siodle, a jednak - nie wiedzieć czemu -prawie nikt się do tego nie stosuje) poszczególne komunikaty łydką rozróżnia się nie ze względu na użytą siłę, ale bardziej miejsce na które się działa. Jak wiele osób słusznie zauważy, dużo z komunikatów wysyłanych łydką nie jest dla koni naturalnych, ale wyuczonych. Na tym w końcu polega trening, by wykorzystując to co dla konia instynktownie zrozumiałe, uczyć go tego co wydaje się nie do pojęcia. 

1. Łydka aktywizująca czyli jak ruszyć żwawo do przodu

Gdy chcemy, żeby koń ruszył do przodu, a jego ruch rozpoczął się od zadnich nóg - musimy użyć łydki aktywizującej. Polega ona na zwyczajnym dotknięciu (tudzież: szturchnięciu) boku konia. 

Tutaj nie chodzi o to, żeby łydka była ustawiona perfekcyjnie, a siła dobrana idealnie. Ważny jest komunikat - delikatne, ale nie felgmatyczmne dotknięcie. 

Jak często używać tego typu pomocy? Za każdym razem gdy koń - bez naszej zgody - zwalnia (ogólnie - zwalnianie ma raczej pejoratywne znaczenie w jeździeckim słowniku); a także przed wykonaniem parady, czy w przypadky gdy chcemy po prostu przyspieszyć (mówiąc potocznie). 

2. Łydka przesuwająca czyli chodzimy w bok

Łydka przesuwająca mówi po prostu: "przesuń się" do nóg konia, z czego koryztsamy podczas chodów bocznych. 

Tutaj też nie ma większej filozfofii  - dotykamy bok zwierzęcia tak jak w przypadku zwczajnego "do przodu", z tym że dotykamy go w innym miejscu - łydkę przesuwamy do tyłu. 

Mówi się, że należy to zrobić o 10 cm albo o długość ręki - ale według mnie bawienie się w centymetry jest po prostu zbędne. 

Jak wiele razy będę jeszcze powtarzać, czasem perfekcyjna zgodność z instrukcją nie jest tym, co najważniejsze. 


3. Łydka ograniczająca

Gdy koń wypada zadem, łopatką, czy czymkolwiek - wtedy stosuje się łydkę ograniczającą, przesuwając ją do tyłu (patrz: punkt 2). 


UWAGA!!!

Wiecie co chcę po napisaniu tego posta? Żeby każdy z Was powiedział sobie: "ale to proste, przecież ja wszystko wiedziałem jeszcze przed jego przeczytaniem", a potem - skoro to tak proste - zaczął tego używać i nie przestawał. Bo łydki można stosować na każdy problem jeździecki (mówiąc każdy, mam na myśli większość); pod warunkiem że łydek używa się tak, jak opisałam powyżej. No to co, na trening? 

Malwina

PS. Przepraszam Was za tę długą przerwę (tak wiem, tydzień to nie jest długo, ale już czułam się jak na odwyku...;)











środa, 14 lutego 2018

Jeżeli robisz ten błąd, nie masz szans być dobrym jeźdźcem

Jeżeli robisz ten błąd, nie masz szans być dobrym jeźdźcem

Nie lubię ranić ludzi, ale jest taki moment kiedy trzeba rzucić prawdą między oczy. I nie ważne jak bardzo może to boleć, czasem trzeba powiedzieć co się myśli. Jak teraz. I nie, wcale nie robię tego by przynieść komuś przykrość. Czasem chce się komuś wytknąć co trzeba, ale nie o to mi tutaj chodzi. Chciałabym, naprawdę mocno bym chciała, żeby ten post podziałał na każdego z Was z osobna jak taka mokra szmata, po której nic jak tylko się otrząsnąć. Czuję,  a nawet jestem prawie pewna, że nie zachęciłam Was do dalszego czytania. Trudno. 

Zdarzają się w moim życiu takie chwile (jak się łatwo domyślić: jest ich mało), gdy mam jakąś wolną chwilkę. W takich właśnie wolnych chwilkach zdarza mi się odpalać komputer i przeglądać Internet, tak bez żadnego sensu. 

I wiecie, co? Na forach znalazłam tysiące utalentowanych jeźdźców, którzy znają się na wszystkim. Wiecie, oni skaczą dwumetrowe oksery po roku nauki i uważają, że brak własnego konia to obciach. Mają rozległą wiedzę, która szczególnie mocno objawia się w ocenianiu innych, a ich słownictwo jest tak elokwentne, że na łeb biją wszytskich naszych Kochanowskich. I chociaż brzmi to jak żart, w tym wypadku wcale nie żartuję. 

Spotkałam komentarze jeźdźców, którzy uważają skoki poniżej dwóch metrów dziesięć za dzieciniadę, problemy z dosiadem za nonsens, a nierozumienie za coś, czego powinno się wstydzić. 

A ja, w której środku coś się aż zagotowało, chciałam im odpisać wszystko to, co mi na sercu leżało. Że ich słowa są głupie, że ranią i że bez sensu. Że sami na niczym się nie znają i...

A potem do mnie doszło, że ja też taka jestem. Że ja też lubię  się mądrzyć, że ja też lubię być najlepsza i że nie zawsze słucham wtedy, gdy się ode mnie wymaga. Że brakuje mi pokory, a duma - ten błąd, który blokuje szanse na bycie dobrym jeźdźcem - jest widoczny i we mnie. 

Dlatego nie napisałam im nic, bo ja też nie jestem święta. Napisałam za to Wam, bo nie chciałabym żeby ten błąd nie dotknął i Was. 

Bo ile robisz zwykłe błędy - dźwigniesz się. Dopiero w momencie, gdy stwierdzisz - "już umiem" - możesz być pewien, że wcale nie umiesz. 

A pycha zaszkodzi i Tobie, który się nic nie nauczy i koniowi, który oberwie za nic i tym, którzy Cię otaczają - najbardziej. 

Jeżeli chcecie być dobrymi jeźdźcami to szkolcie się, a ocenianie zostawcie sędziom. I, parafrazując, wymagajcie od siebie szczególnie wtedy, gdy nikt od Was nie wymaga. 

Malwina

Ps. Taki "miły" wpis na Walentyniki. Najlepszego!




                                                                                                                                                                                                                                                  

piątek, 9 lutego 2018

Oficerki - czy to prawda, że ulepszają jazdę?

Oficerki - czy to prawda, że ulepszają jazdę?

Bardzo lubię przysłuchiwać się rozmowom początkujących jeźdźców na temat oficerek. Ogólnie lubię podłuchiwać, to inna sprawa, ale temat oficerek należy do jednych z moich ulubionych. Na pewno w wielu publikacjach czy szkoleniach słyszeliście, że są one niezbędne do poprawnej jazdy, bo w zwykłych czapsach noga nie jest w stanie układać się poprawnie. 

Stąd rodzi się wiele prawd i mitów, ze zdecydowaną większością mitów. Część jeźdźców uważa, że oficerki to zwykłe buty i nie kupuje ich wcale ("ach, te chwyty marketingowe"), część zaopartuje się w cały tuzin - tak na każdą okazję - myśląc, że dzięki temu staną się dobrymi jeźdźcami. 

Na tytułowe pytanie: "czy oficerki ulepszają jazdę" mogłabym odpowiedzieć jednym jedynym zdaniem. Oficerki sprawiają, że dobrym jeźdźcom jeździ się łatwiej i lepiej, a u początkujących mogą wykształcać złe nawyki. 

O co chodzi? O oficerkach należy wiedzieć dwie rzeczy:

1. Oficerki dostosowują się do nogi jeźdźca

Oznacza to, że oficerek nie można pożyczać, podobnie jak nie pożycza się szczoteczek do zębów czy skarpetek. Tak jak pióro układa się pod rękę, która nim pisze, tak oficerki układają się pod nogę, która w nich jeździ.

Z czysto praktycznego punkt widzenia, początkujący jeźdźcy nie jeżdżą w oficerkach. Ich nogi nie są jeszcze ułożone w odpowiednich pozycjach, więc oficerka (która "utrwala" pozycję nogi), mogłaby więcej zaszkodzić, niż pomóc. 

2. Z drugiej strony...

Z drugiej strony, jeżeli jako zaawansowany jeździec włożysz nogę w oficerkę, już od pierwszej chwili poczujesz, że uniemożliwia Ci ona trzymanie łydki w niewłaściwej postaci. Po prostu noga od razu układa Ci się... idealnie. 

To właśnie przez to zaleca się, by doświadczeni jeźdźcy używali oficerek, bo dzięki temu będzie im zwyczajnie prościej. 

Nie oznacza to jednak, że osoba jeżdżąca w czapsach jeździ gorzej od osoby jeżdżącej w oficerkach. Jeżeli jest możliwość korzystania z oficerek - to czemu z nich nie korzystać? Ale jeżeli nie ma takiej możliwości - to czym się przejmować? 

Malwina

niedziela, 4 lutego 2018

Czasem trzeba... pozwolić

Czasem trzeba... pozwolić

Mówią, że masz być silny. Silny, twardy i nieugięty. "To Ty jesteś szefem, pamiętaj". A może by tak na chwilkę... zapomnieć? Zapomnieć o całym savoir-vivre przybywania z koniem i pozwolić mu na to, żeby był sobą? Pozwolić Wam obu na błędy, niedociągnięcia i chwile słabości? A może by tak...

Gdziekolwiek nie sięgniesz, wszędzie znajdziesz informacje o tym jak być bardziej "alfą", jak być bardziej stanowczym i władczym. A czy nie chciałbyś być... partnerem? Kimś o kogo ramię koń oprze łeb i zanim wykona kolejne ćwiczenie, będzie mógł znaleźć chwilę zrozumienia?

Do tego wpisu zainsapirowała mnie sześcioletnia klacz Chloe przy której szkoleniu asystuję. 

Nie wiem, czy gdziekolwiek Wam o tym pisałam, ale zmieniłam stajnię. W internecie znalazłam kaskadera, który prowadzi szkolenia niedaleko mojego miejsca zamieszkania i pojechałam (trochę z ciekawości, trochę ze wględu na pragnienie zmiany) do stajni, w której on pracuje. Niestety na miejscu nie zastałam kaskadera, ale sympatyczną trenerkę klasycznej szkoły jazdy. 

Okazało się, że dwa miesiące temu wynajęła w stajni boksy i kupiła pięć totalnie zielonych koni - cztery tinkery (no masz ci los!) i fryza. Wcale nie brałam pod uwagę możlwości, że nasza znajomość się rozwinie, ale po półgodzinnej rozmowie okazało się, że "to jest to". Chloe, w każdym razie, jest jednym z koni których nauką się właśnie zajmujemy. 

Klacz należy do tego typu koni, którego intencje można bardzo łatwo źle odczytać. Przede wszystkim, ma bardzo małe doświadczenie. Chociaż regularnie przez parę miesięcy pani Anna (trenerka) wybierała się z nią do lasu w celu zbudowania jej muskulatury, klacz nie umie odnaleźć równowagi. 

Kiedy zaczęłam pracować z nią nad galopem, klacz zupełnie nie potrafiła się w nim odnaleźć. Żeby nie zgubić równowagi, zaczynała pędzić tak szybko jak tylko potrafiła. A ja... pozwalałam jej na to. 

W pracy z koniem, szczególnie młodym, nie należy oczekiwać perfekcji. Szczególnie jeżeli chodzi o prędkość. Galopy zwierząt, które nie mają jeszcze doświadczenia nie wyglądają jak jak galopy szkółkowych profesorów. Podobnie zresztą nie można oczekiwać nie wiadomo czego po pierwszych ustępowaniach czy  łopatkach do wewnątrz...

Urokiem koni młodych jest to, że są młode. Szanujmy to, kochajmy to i bądźmy cierpliwi. A przede wszystkim - pozwalajmy na błędy. A przy tym pozowalaniu nakierowujmy: 

Jest okej, Chloe. Jest okej, ale łatwiej by Ci było o tak...

Malwina



środa, 31 stycznia 2018

Dobry galop powinien być jak pocałunek

Dobry galop powinien być jak pocałunek

Lubisz galopować? Lubisz czuć pęd wiatru plączącego grzywę konia i tę sekundę euforii, w której jeszcze nie wiesz, że to na Ciebie spadnie obowiązek jej rozczesywania? Lubisz emocje, które towarzyszą szaleńczemu pędowi bez kontroli, gnaniu w siną dal i życie wiszące na jednym włosku? Wiem, jestem tego prawie pewna, że jesteś skoczkiem. 

Nie zrozummy się źle - słowo skoczek w moim ograniczonym słowniku to najgorsze przekleństwo. Młodszy brat mojej koleżanki swojego czasu nazywał "papierosem" każdego człowieka, który był zły (w rozumieniu czteroletniego dziecka) i moje "skoczek" ma podobną funkcję. Osobiście do osób zajmujących się zawodowymi skokami nic nie mam. Absolutnie nic. 

Fakt jest faktem, a niekontrolowane emocje rajdera podczas galopu są złe. Zanim przejdę de sedna, chciałabym przytoczyć Wam historię, której sama byłam świadkiem i głównym bohaterem zarazem. 

Dawno temu, w czasach prehistorycznych, a może i jeszcze dawniej (uściślając: przedwczoraj), dosiadałam konia pieszczotliwie nazywanego Bunnym. Nie wiem, czy pseudonim wziął się od jego długich króliczych uszu, czy raczej jeszcze dłuższych fouli, a może urokliwego spojrzenia (które stawało się tym bardzieju urokliwe im bardziej Tobą wybijało). W każdym razie, koń mimo że był łagodny i posłuszny, był też szybki, energiczny i pełen ekspresji. Taki typ, któremu nie sposób dogodzić. 


Kiedy zrobiliśmy sobie krótką rozgrzewkę, postanowiłam wypróbować jego galop. Ja podekscytowana, koń jeszcze bardziej - finał w wersji duetu galopującego przez sąsiednie wsie możecie sobie wyobrazić sami. 

Jest to paradoksalne, ale jeździec podczas zagalopowania powinien cechować się spokojem, opanowaniem i czułością. Nawet (a może i: "przede wszystkim") gdy w tym samym czasie prosi konia o szaleńczy galop czy scenę kaskaderską. 

Myślę, że w kontekście galopu bardzo trafne okazuje się porównanie do pierwszego pocałunku. 

Kiedy młoda dziewczyna (tudzież: dziewczynka) ogląda w tanim wyciskaczu łez sceny całujących się ludzi, pocałunek wydaje jej się namiętny i energiczny (jeżeli tak mogę to ująć). Kiedy jednak próbuje ową namiętność i energiczność zastosować w przypadku Krzyśka z piątej b, okazuje się że (wbrew wszelkim oczekiwaniom) jemu obrót sprawy wcale się nie podoba. Szybkie i energiczne buziaki przestaja być romantyczne, a Krzychu o obolałych ustach zwiewa gdzie pieprz rośnie. 

W galopie jest podobnie - jeździec powinien być czuły, delikatny i spokojny, bo dopiero pod takim jeźdźcem koń może w pełni wyrazić swoją ekspresję. Jeżeli człowiek zaczyna się rzucać po siodle z emocji, ujeżdżenie zmienia się w rodeo. Nie ta dyscyplina.


"Chemia" w galopie pojawia się sama. Żeby koń był pełen ekspresji (do tego dążymy w ujeżdżeniu), my musimy zachować spokój.

Koń sam w sobie jest zwierzęciem majestatycznym i obdarzonym "tym czymś", co od niepamiętnych czasów pobudza nasze serca do szybszego bicia. W galopie (a także każdym innym chodzie) dążymy do tego, by ukazać w zwierzęciu jego naturalną energię, piękno i niepokorność. W rzeczywistości, żeby taki chwyt się udał, my sami musimy być czuli i spokojni. 

Tak jak w pocałunku z Krzyśkiem czułość nie przeczy namiętności, tak w galopie czułość pomocy nie przeczy energii ruchu. 

Galop (i zagalopowanie, bo ono jest tutaj prawie, że kluczowe) powinien być widziany przez jeźdźca jak w slow motion, jakby oboje z koniem płynęli przez gęsty olej. 

Powiedziałabym jako pointę: traktujcie Waszego konia tak jak trakujecie Waszego męża, ale po namyśle stwierdzam, że może nie jest to dobre stwierdzenie. Wolę już niczego nie mówić, bo naruszam niebezpieczne tematy. 

Do następnego razu!
Malwina




niedziela, 28 stycznia 2018

Jak ciężar może być pomocą jeździecką?

Jak ciężar może być pomocą jeździecką?

Nie trzeba być naukowcem w białym kitlu żeby wiedzieć, że każdy z nas ma swoją masę. Ta właśnie masa, zlepek milionów cząstek połączonych silnym oddziaływaniami, może okazać się fajnym narzędziem, oczywiście jeżeli wie się jak jej używać. 

W wielu podręcznikach wyraźnie zaznacza się, że ciężar jeźdźca jest najważniejszą z 3 głównych pomocy jeździeckich, ale z mojego własnego doświadczenia wynika, że nikt jej nie używa. Dziwię się? Nie. I bynajmniej nie dlatego, że ciężar jest upośledzony czy coś, ale dlatego, że nikt po ludzku nie wie jak stosować go by cokolwiek osiągnąć. Ot, i cała filizofia. 

Mówi się, że należy usiąść mocniej, żeby konia zatrzymać i usiąść lżej, żeby konia przyspieszyć. To jednak mogłoby sugerować jakoby człowiek - w zależności od swojej woli - mógł zwiększać bądź zmniejszać swój ciężar. Każdy, kto podejmuje trudną i nieudolną próbę zrzucenia kilogramów, może zaświadczyć o niemożliwości powyższego. 

O działaniu dosiadem nie można zatem myśleć jako o zwiększaniu bądź zmiejszaniu nacisku (bo z punktu widzenia fizyki jest  to niemożliwe, a jak wiadomo fizyka jest święta), a raczej o odpowiednim rozłożeniu ciężaru, który już masz. 


Muszę Cię pocieszyć...

To wszystko, co potrzebne Ci do sterowania konia dosiadem już masz. Z punktu widzenia fizyki na pewno masz swoją masę, a więc jedyne co Ci potrzeba to świadomości, jak tą masą działać. 

Zainim przejdziemy do konkretnych porad, podsumujmy. Działanie dosiadem to umiejętność "rozdzielania" swojej masy. Tak, wiem - jeżeli pasjonat fizyki mówi o rozdzielaniu czegoś, to wiedz że nie jest dobrze i albo zaraz napomni Ci coś o polu higgsa, albo jego mózg eksploduje; tutaj możecie mi jednak zaufać. 

Podobnie jak problem głodu na świecie nie jest wynikiem braku surowców a ich złym rozdzieleniem, podobnie brak reakcji ze strony konia na dosiad jest nie brakiem wystarczającej masy, ale jej złym rozdzieleniem. 

Już tłumaczę...
















Jeżeli podzielilibyśmy Twój dosiad na 4 punkty (patrz: rysunek wyżej), to w połeniu neutralnym (= takim, w którym nie chcesz wywierać na koniu żadnego działania), każdy punkt Twojej miednicy miałby po 25% całego Twojego ciężaru. 

Uznajmy, że ważysz 80 kilogramów (to ładna liczba). W położeniu równowagi punkty 1,2,3,4 byłyby obciążone po 20 kilogramów każda. 

Zatrzymanie konia

Zatrzymanie konia polega na przełożeniu części ciężaru z punktu 1) do ciężaru, który jest w punkcie 3). O ile w stanie neutralnym każdy punkt był obciążony 20 kilogramami, teraz punkt 1 będzie mniej obciążony niż punkt 3, który będzie bardziej obciążony. 

Na przykład:

1 - 15 kg (odciążyliśmy przód, żeby obciążyć tył)
2 - 20 kg (zero zmian)
3 - 25 kg (obciążamy tył)
4 - 20 kg (zero zmian)


Przypspieszanie

O ile dosiad nie powinien być używany jako pomoc aktywizująca, o tyle przełożenie ciężaru z tyłu na przód (punkt 1 ma więcej masy niż punkt 3) może być sygnałem dla konia: "gnaj ile fabryka dała". Z autopsji wiem jak to się kończy (mówiłam coś kiedyś o tym jak smakuje piasek?). 

Skręcanie

Analogicznie do zatrzymywania, skręcanie może być wsparte "przerzuceniem" ciężaru z jednej na drugą kość kulszową. 

Na przykład:

1 - 20 kg (zero zmian)
2 - 15 kg (odciążamy jedną kość kulszową żeby obciążyć drugą)
3 - 20 kg (zero zmian)
4 - 25 kg (obciążamy ją)

Podsumujmy

Technika, którą Wam obrazuję to bardzo prosty, schematyczny opis tego, co trzeba robić żeby sterować swoim ciężarem. 

Sterując swoim ciężarem zmieniamy swój środek ciężkości (kotrolujemy go), a także sterujemy sposobem poruszania się konia. 

Nie pozostaje mi nic innego jak "wygonić" Was na trening. Bo po cóż zabierać Wam czas, skoro macie już wszystko czego potrzeba?


Malwina

wtorek, 23 stycznia 2018

Jak się jeździ na podwójnej wodzy - czyli o munsztuku

Jak się jeździ na podwójnej wodzy - czyli o munsztuku

* zdjęcie przedstawia nie munsztuk, a pelham, ale o tym za chwilę


Nie wiem, czy tak mam tylko ja, czy Wy też nigdy nie umiecie znaleźć w Internecie tego, czego naprawdę szukacie. Co chwilę wyskakują reklamy nowych siodeł (przecież ja nawet konia nie mam!) albo też filmy o macieżach (ciekawe skąd to się wzięło...), no ewentualnie zdjęcia śmiesznych kotów (wstyd się przyznać). W każdym razie, to czego naprawdę potrzebuje zawsze jest poza zasięgiem moich wyszukiwań, mojego wzroku i możliwości. No i klops. 

Tak właśnie było z jazdą na podwójnej wodzy. Jeżeli zamierzacie przekopać polski Intrenet w poszukiwaniu tego, co Was serio nurtuje, no to życzę powodzenia. Możecie otrzymać poważne porady w stylu: jak prowadzić samochód w deszczu, albo: podstawowe triki łyżwiarskie. O munsztuku nie znajdziecie niczego. 

Tak się składa, że doświadczeni jeźdźcy rzadko kiedy mają czas, by używać Internetu (jak mawiał mój trener: dobrą stajnię poznasz po kiepskiej stronie Internetowej), a początkujący nie mieli nigdy możlwości dotknąć dwu-wędzidłówki, więc siłą rzeczy również nie mają o czym pisać.

Dzisiejszy post napisany jest z perspektywy mnie jako tej, co wie już o co w tym wszystkim chodzi (choć nie zawsze tak pięknie było). 

Uwaga! 

Ten post jest napisany w formie ciekawostek, a to oznacza, że nie zamierzam nikogo uczyć jazdy na munsztruku przez Internet. Porady przeznaczone są dla osób doświadczonych i wspartych o osobę trenera, który zna się na rzeczy. 

Koniec przydługiego wstępu. 

Munsztruk

Munsztuk, mówiąc prosto i nieprofesjonalnie, to takie 2 wędzidła, które wkładasz do pyska konia. Jedno z nich to zwykłe wędzidło (takie jakie znasz z codziennej jazdy), a co za tym idzie: działa w dokładnie ten sam sposób, którego uczyłeś się podczas swoich pierwszych dni spędzonych na grzbiecie konia. Nic nie uległo zmianie. Drugie z wędzideł wygląda zupełnie inaczej, a mianowicie zapatrzone jest w czanki (takie coś a la wąsy), do których przyczepia się wodze. 

Żeby nie było wątpliwości, wodze są dwie. Jedna z nich przyczepiona jest do zwykłego wędzidła (mówiąc "zwykłe" mam tu na myśli łamane), druga do czanki (wędzidła "munsztukowego"). 





* chodziło mi o wędzidło munsztukowe, nie munsztRukowe



Jak takim "czymś" sterować?

Skoro mamy do dyspozycji dwie wodze, musimy dwie wodze chwycić w ręce i dwie wodze używać. Po kolei. 

a) wodza przyczepiona do wędzidła łamanego (nazywajmy ją zwykłą)

Najłatwiej jest chwycić ją tak jak chwyta się normalną wodzę (przecież jest to jak najbardziej normalna wodza). Wiem, że słowo "chwycić" jest nieco niefortunne, ale mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi. 

Na tejże właśnie wodzy łapiemy zwykły kontakt (chwytamy ją palcem serdecznym; tak że znajduje się między piątym, a czwartym palcem) i pracujemy w ten sam sposób, co zwykle. 

b) wodza przyczepiona do munsztuku (nazwijmy ją niezwykłą, bo to całkiem fajne słowo).

Sposobów trzymania wodzy "niezwykłej" jest wiele. Ja preferuję chwycić ją palcem wskazującym (mieć pomiędzy palcem wskazującym, a środkowym). 

Działając tym wędzidłem pamiętajcie, że działa ono w zupełnie inny sposób, niż wędzidło łamane. Wędzidło munsztukowe to - na chłopski rozum - taki prosty drut, który wkłada się do pyska konia. Nie służy on do tego, by kierować nim koniem w sensie skręcania, a nawet zbierania czy łapania kontaktu. 

W zdecydowanej większości szkół całością zajmuje się wodza wędzidłowa, munsztukowa z kolei zwisa luźno. Używa się ją sporadycznie, a i nawet wtedy dba się o subtelność. 

Dopuszczalnie można zadziałać munsztukiem tak, by kąt między pyskiem, a czanką wynosił 45 stopni. Każde mocniejsze szarpnięcie jest niepotrzebnym bólem zadanym zwierzęciu (żeby nie było wątpliwości: ból nigdy nie jest potrzebny). 

Wyjaśnijmy sobie jeszcze jedno...

W jeździeckim świecie powstał mit głoszący, że jazda na munsztruku poprawia jazdę. Koń rzekomo staje się bardziej zebrany i łatwiej się go prowadzi. Bzdura! Munsztruk zamiast pomóc, ujawni Ci wszystkie Twoje niedoskonałości. 




Tak a propos, nie wiem czy wiecie, ale większość jeźdźców klasy Grand Prix wcale nie używa munsztuku podczas jazdy " w domu". O ile na zawodach taki typ wędzidła jest konieczny, o tyle podczas zwykłych treningów nie jest on wcale potrzebny. Koń klasy GP powinien być przyzwyczajony do noszenia 2 wędzideł, ale sama praca na kiełźnie złożonym z wędzidła łamanego w zupełności stracza (choć i to zależy od konia).

Ja sama co do munsztuku mam mieszane uczucia. Na codzień używam wędzidła łamanego i nie korzystam z żadnego rodzaju patentu. Inny fakt jest taki, że mam do czynienia głównie z młodymi końmi. Te, które dochodzą do odpowiedniego poziomu, zostają sprzedane.

Różnica między pelhamem, a munsztukiem

Główna różnica jest taka, że pelham składa się tylko jednego wędzidła, tego nie-łamanego, do którego można przyczepić albo jedną albo dwie wodze. 

Jak się jeździ na pelhamie nie wiem, bo nigdy nie miałam z nim do czynienia. Pewne jest to, że nie jest on dozwolony na zawodach ujeżdżeniowych, choć jest zdecydowanie subtelniejszy od munsztuku. Na zdjęciu tytułowym widać pelham, a nie munsztu, a można to poznać po ilości wędzideł ;)

Malwina




powered by Typeform
Copyright © 2014 JAK LEPIEJ JEŹDZIĆ KONNO? , Blogger
Wypasiony Katalog Stron