środa, 31 stycznia 2018

Dobry galop powinien być jak pocałunek

Dobry galop powinien być jak pocałunek

Lubisz galopować? Lubisz czuć pęd wiatru plączącego grzywę konia i tę sekundę euforii, w której jeszcze nie wiesz, że to na Ciebie spadnie obowiązek jej rozczesywania? Lubisz emocje, które towarzyszą szaleńczemu pędowi bez kontroli, gnaniu w siną dal i życie wiszące na jednym włosku? Wiem, jestem tego prawie pewna, że jesteś skoczkiem. 

Nie zrozummy się źle - słowo skoczek w moim ograniczonym słowniku to najgorsze przekleństwo. Młodszy brat mojej koleżanki swojego czasu nazywał "papierosem" każdego człowieka, który był zły (w rozumieniu czteroletniego dziecka) i moje "skoczek" ma podobną funkcję. Osobiście do osób zajmujących się zawodowymi skokami nic nie mam. Absolutnie nic. 

Fakt jest faktem, a niekontrolowane emocje rajdera podczas galopu są złe. Zanim przejdę de sedna, chciałabym przytoczyć Wam historię, której sama byłam świadkiem i głównym bohaterem zarazem. 

Dawno temu, w czasach prehistorycznych, a może i jeszcze dawniej (uściślając: przedwczoraj), dosiadałam konia pieszczotliwie nazywanego Bunnym. Nie wiem, czy pseudonim wziął się od jego długich króliczych uszu, czy raczej jeszcze dłuższych fouli, a może urokliwego spojrzenia (które stawało się tym bardzieju urokliwe im bardziej Tobą wybijało). W każdym razie, koń mimo że był łagodny i posłuszny, był też szybki, energiczny i pełen ekspresji. Taki typ, któremu nie sposób dogodzić. 


Kiedy zrobiliśmy sobie krótką rozgrzewkę, postanowiłam wypróbować jego galop. Ja podekscytowana, koń jeszcze bardziej - finał w wersji duetu galopującego przez sąsiednie wsie możecie sobie wyobrazić sami. 

Jest to paradoksalne, ale jeździec podczas zagalopowania powinien cechować się spokojem, opanowaniem i czułością. Nawet (a może i: "przede wszystkim") gdy w tym samym czasie prosi konia o szaleńczy galop czy scenę kaskaderską. 

Myślę, że w kontekście galopu bardzo trafne okazuje się porównanie do pierwszego pocałunku. 

Kiedy młoda dziewczyna (tudzież: dziewczynka) ogląda w tanim wyciskaczu łez sceny całujących się ludzi, pocałunek wydaje jej się namiętny i energiczny (jeżeli tak mogę to ująć). Kiedy jednak próbuje ową namiętność i energiczność zastosować w przypadku Krzyśka z piątej b, okazuje się że (wbrew wszelkim oczekiwaniom) jemu obrót sprawy wcale się nie podoba. Szybkie i energiczne buziaki przestaja być romantyczne, a Krzychu o obolałych ustach zwiewa gdzie pieprz rośnie. 

W galopie jest podobnie - jeździec powinien być czuły, delikatny i spokojny, bo dopiero pod takim jeźdźcem koń może w pełni wyrazić swoją ekspresję. Jeżeli człowiek zaczyna się rzucać po siodle z emocji, ujeżdżenie zmienia się w rodeo. Nie ta dyscyplina.


"Chemia" w galopie pojawia się sama. Żeby koń był pełen ekspresji (do tego dążymy w ujeżdżeniu), my musimy zachować spokój.

Koń sam w sobie jest zwierzęciem majestatycznym i obdarzonym "tym czymś", co od niepamiętnych czasów pobudza nasze serca do szybszego bicia. W galopie (a także każdym innym chodzie) dążymy do tego, by ukazać w zwierzęciu jego naturalną energię, piękno i niepokorność. W rzeczywistości, żeby taki chwyt się udał, my sami musimy być czuli i spokojni. 

Tak jak w pocałunku z Krzyśkiem czułość nie przeczy namiętności, tak w galopie czułość pomocy nie przeczy energii ruchu. 

Galop (i zagalopowanie, bo ono jest tutaj prawie, że kluczowe) powinien być widziany przez jeźdźca jak w slow motion, jakby oboje z koniem płynęli przez gęsty olej. 

Powiedziałabym jako pointę: traktujcie Waszego konia tak jak trakujecie Waszego męża, ale po namyśle stwierdzam, że może nie jest to dobre stwierdzenie. Wolę już niczego nie mówić, bo naruszam niebezpieczne tematy. 

Do następnego razu!
Malwina




niedziela, 28 stycznia 2018

Jak ciężar może być pomocą jeździecką?

Jak ciężar może być pomocą jeździecką?

Nie trzeba być naukowcem w białym kitlu żeby wiedzieć, że każdy z nas ma swoją masę. Ta właśnie masa, zlepek milionów cząstek połączonych silnym oddziaływaniami, może okazać się fajnym narzędziem, oczywiście jeżeli wie się jak jej używać. 

W wielu podręcznikach wyraźnie zaznacza się, że ciężar jeźdźca jest najważniejszą z 3 głównych pomocy jeździeckich, ale z mojego własnego doświadczenia wynika, że nikt jej nie używa. Dziwię się? Nie. I bynajmniej nie dlatego, że ciężar jest upośledzony czy coś, ale dlatego, że nikt po ludzku nie wie jak stosować go by cokolwiek osiągnąć. Ot, i cała filizofia. 

Mówi się, że należy usiąść mocniej, żeby konia zatrzymać i usiąść lżej, żeby konia przyspieszyć. To jednak mogłoby sugerować jakoby człowiek - w zależności od swojej woli - mógł zwiększać bądź zmniejszać swój ciężar. Każdy, kto podejmuje trudną i nieudolną próbę zrzucenia kilogramów, może zaświadczyć o niemożliwości powyższego. 

O działaniu dosiadem nie można zatem myśleć jako o zwiększaniu bądź zmiejszaniu nacisku (bo z punktu widzenia fizyki jest  to niemożliwe, a jak wiadomo fizyka jest święta), a raczej o odpowiednim rozłożeniu ciężaru, który już masz. 


Muszę Cię pocieszyć...

To wszystko, co potrzebne Ci do sterowania konia dosiadem już masz. Z punktu widzenia fizyki na pewno masz swoją masę, a więc jedyne co Ci potrzeba to świadomości, jak tą masą działać. 

Zainim przejdziemy do konkretnych porad, podsumujmy. Działanie dosiadem to umiejętność "rozdzielania" swojej masy. Tak, wiem - jeżeli pasjonat fizyki mówi o rozdzielaniu czegoś, to wiedz że nie jest dobrze i albo zaraz napomni Ci coś o polu higgsa, albo jego mózg eksploduje; tutaj możecie mi jednak zaufać. 

Podobnie jak problem głodu na świecie nie jest wynikiem braku surowców a ich złym rozdzieleniem, podobnie brak reakcji ze strony konia na dosiad jest nie brakiem wystarczającej masy, ale jej złym rozdzieleniem. 

Już tłumaczę...
















Jeżeli podzielilibyśmy Twój dosiad na 4 punkty (patrz: rysunek wyżej), to w połeniu neutralnym (= takim, w którym nie chcesz wywierać na koniu żadnego działania), każdy punkt Twojej miednicy miałby po 25% całego Twojego ciężaru. 

Uznajmy, że ważysz 80 kilogramów (to ładna liczba). W położeniu równowagi punkty 1,2,3,4 byłyby obciążone po 20 kilogramów każda. 

Zatrzymanie konia

Zatrzymanie konia polega na przełożeniu części ciężaru z punktu 1) do ciężaru, który jest w punkcie 3). O ile w stanie neutralnym każdy punkt był obciążony 20 kilogramami, teraz punkt 1 będzie mniej obciążony niż punkt 3, który będzie bardziej obciążony. 

Na przykład:

1 - 15 kg (odciążyliśmy przód, żeby obciążyć tył)
2 - 20 kg (zero zmian)
3 - 25 kg (obciążamy tył)
4 - 20 kg (zero zmian)


Przypspieszanie

O ile dosiad nie powinien być używany jako pomoc aktywizująca, o tyle przełożenie ciężaru z tyłu na przód (punkt 1 ma więcej masy niż punkt 3) może być sygnałem dla konia: "gnaj ile fabryka dała". Z autopsji wiem jak to się kończy (mówiłam coś kiedyś o tym jak smakuje piasek?). 

Skręcanie

Analogicznie do zatrzymywania, skręcanie może być wsparte "przerzuceniem" ciężaru z jednej na drugą kość kulszową. 

Na przykład:

1 - 20 kg (zero zmian)
2 - 15 kg (odciążamy jedną kość kulszową żeby obciążyć drugą)
3 - 20 kg (zero zmian)
4 - 25 kg (obciążamy ją)

Podsumujmy

Technika, którą Wam obrazuję to bardzo prosty, schematyczny opis tego, co trzeba robić żeby sterować swoim ciężarem. 

Sterując swoim ciężarem zmieniamy swój środek ciężkości (kotrolujemy go), a także sterujemy sposobem poruszania się konia. 

Nie pozostaje mi nic innego jak "wygonić" Was na trening. Bo po cóż zabierać Wam czas, skoro macie już wszystko czego potrzeba?


Malwina

wtorek, 23 stycznia 2018

Jak się jeździ na podwójnej wodzy - czyli o munsztuku

Jak się jeździ na podwójnej wodzy - czyli o munsztuku

* zdjęcie przedstawia nie munsztuk, a pelham, ale o tym za chwilę


Nie wiem, czy tak mam tylko ja, czy Wy też nigdy nie umiecie znaleźć w Internecie tego, czego naprawdę szukacie. Co chwilę wyskakują reklamy nowych siodeł (przecież ja nawet konia nie mam!) albo też filmy o macieżach (ciekawe skąd to się wzięło...), no ewentualnie zdjęcia śmiesznych kotów (wstyd się przyznać). W każdym razie, to czego naprawdę potrzebuje zawsze jest poza zasięgiem moich wyszukiwań, mojego wzroku i możliwości. No i klops. 

Tak właśnie było z jazdą na podwójnej wodzy. Jeżeli zamierzacie przekopać polski Intrenet w poszukiwaniu tego, co Was serio nurtuje, no to życzę powodzenia. Możecie otrzymać poważne porady w stylu: jak prowadzić samochód w deszczu, albo: podstawowe triki łyżwiarskie. O munsztuku nie znajdziecie niczego. 

Tak się składa, że doświadczeni jeźdźcy rzadko kiedy mają czas, by używać Internetu (jak mawiał mój trener: dobrą stajnię poznasz po kiepskiej stronie Internetowej), a początkujący nie mieli nigdy możlwości dotknąć dwu-wędzidłówki, więc siłą rzeczy również nie mają o czym pisać.

Dzisiejszy post napisany jest z perspektywy mnie jako tej, co wie już o co w tym wszystkim chodzi (choć nie zawsze tak pięknie było). 

Uwaga! 

Ten post jest napisany w formie ciekawostek, a to oznacza, że nie zamierzam nikogo uczyć jazdy na munsztruku przez Internet. Porady przeznaczone są dla osób doświadczonych i wspartych o osobę trenera, który zna się na rzeczy. 

Koniec przydługiego wstępu. 

Munsztruk

Munsztuk, mówiąc prosto i nieprofesjonalnie, to takie 2 wędzidła, które wkładasz do pyska konia. Jedno z nich to zwykłe wędzidło (takie jakie znasz z codziennej jazdy), a co za tym idzie: działa w dokładnie ten sam sposób, którego uczyłeś się podczas swoich pierwszych dni spędzonych na grzbiecie konia. Nic nie uległo zmianie. Drugie z wędzideł wygląda zupełnie inaczej, a mianowicie zapatrzone jest w czanki (takie coś a la wąsy), do których przyczepia się wodze. 

Żeby nie było wątpliwości, wodze są dwie. Jedna z nich przyczepiona jest do zwykłego wędzidła (mówiąc "zwykłe" mam tu na myśli łamane), druga do czanki (wędzidła "munsztukowego"). 





* chodziło mi o wędzidło munsztukowe, nie munsztRukowe



Jak takim "czymś" sterować?

Skoro mamy do dyspozycji dwie wodze, musimy dwie wodze chwycić w ręce i dwie wodze używać. Po kolei. 

a) wodza przyczepiona do wędzidła łamanego (nazywajmy ją zwykłą)

Najłatwiej jest chwycić ją tak jak chwyta się normalną wodzę (przecież jest to jak najbardziej normalna wodza). Wiem, że słowo "chwycić" jest nieco niefortunne, ale mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi. 

Na tejże właśnie wodzy łapiemy zwykły kontakt (chwytamy ją palcem serdecznym; tak że znajduje się między piątym, a czwartym palcem) i pracujemy w ten sam sposób, co zwykle. 

b) wodza przyczepiona do munsztuku (nazwijmy ją niezwykłą, bo to całkiem fajne słowo).

Sposobów trzymania wodzy "niezwykłej" jest wiele. Ja preferuję chwycić ją palcem wskazującym (mieć pomiędzy palcem wskazującym, a środkowym). 

Działając tym wędzidłem pamiętajcie, że działa ono w zupełnie inny sposób, niż wędzidło łamane. Wędzidło munsztukowe to - na chłopski rozum - taki prosty drut, który wkłada się do pyska konia. Nie służy on do tego, by kierować nim koniem w sensie skręcania, a nawet zbierania czy łapania kontaktu. 

W zdecydowanej większości szkół całością zajmuje się wodza wędzidłowa, munsztukowa z kolei zwisa luźno. Używa się ją sporadycznie, a i nawet wtedy dba się o subtelność. 

Dopuszczalnie można zadziałać munsztukiem tak, by kąt między pyskiem, a czanką wynosił 45 stopni. Każde mocniejsze szarpnięcie jest niepotrzebnym bólem zadanym zwierzęciu (żeby nie było wątpliwości: ból nigdy nie jest potrzebny). 

Wyjaśnijmy sobie jeszcze jedno...

W jeździeckim świecie powstał mit głoszący, że jazda na munsztruku poprawia jazdę. Koń rzekomo staje się bardziej zebrany i łatwiej się go prowadzi. Bzdura! Munsztruk zamiast pomóc, ujawni Ci wszystkie Twoje niedoskonałości. 




Tak a propos, nie wiem czy wiecie, ale większość jeźdźców klasy Grand Prix wcale nie używa munsztuku podczas jazdy " w domu". O ile na zawodach taki typ wędzidła jest konieczny, o tyle podczas zwykłych treningów nie jest on wcale potrzebny. Koń klasy GP powinien być przyzwyczajony do noszenia 2 wędzideł, ale sama praca na kiełźnie złożonym z wędzidła łamanego w zupełności stracza (choć i to zależy od konia).

Ja sama co do munsztuku mam mieszane uczucia. Na codzień używam wędzidła łamanego i nie korzystam z żadnego rodzaju patentu. Inny fakt jest taki, że mam do czynienia głównie z młodymi końmi. Te, które dochodzą do odpowiedniego poziomu, zostają sprzedane.

Różnica między pelhamem, a munsztukiem

Główna różnica jest taka, że pelham składa się tylko jednego wędzidła, tego nie-łamanego, do którego można przyczepić albo jedną albo dwie wodze. 

Jak się jeździ na pelhamie nie wiem, bo nigdy nie miałam z nim do czynienia. Pewne jest to, że nie jest on dozwolony na zawodach ujeżdżeniowych, choć jest zdecydowanie subtelniejszy od munsztuku. Na zdjęciu tytułowym widać pelham, a nie munsztu, a można to poznać po ilości wędzideł ;)

Malwina




sobota, 20 stycznia 2018

Czy Twój trener Cię czegoś nauczy?

Czy Twój trener Cię czegoś nauczy?

Jak zaczynasz jeździć konno, każda osoba, która przekaże Ci choćby skrawek tajemniczej wiedzy jest dla Ciebie bardzo wartościwowa. I ta ośmiolatka, której mama wygrała zawody klasy L w Pcimiu Dolnym (nie mam nic do Pcimia, jak coś) i ten stajenny, co umie tak ŁADNIE wyczyścić boks Twojego szkółkowego konika - oni są źródłem całej Twojej wiedzy i ich obecność cenisz ponad życie. Z czasem jednak to właśnie życie pokaże Ci, że dziesięciokrotna informacja o tym, że pięta w dół i że anglezuj z życiem - no przyznaj, człowieku - jest nudna. Po prostu. Wybredzanie nabyte, mówiąc ładnie i naukowo. Wszyscy jesteśmy na to skazani. 

O co mi jednak chodzi? A mianowicie o to, że nie każdy trener na jakiego trafimy, będzie trenerem, który będzie nam odpowiadał i który nas czegoś nauczy. 

Jak na razie nie wyznaczyłam wzoru, by obliczyć w stosunku procentowym fajność danego trenera, ale jak to zrobię to dam Wam znać. Póki co zostanę przy klasycznych poradach, w klasycznej formie punktów. 

Jaki będzie Twój trener idealny zależy od dwóch rzeczy - od Twoich upodobań, ale też od ogólnych "wzorców". 


I. Co trener MUSI spełniać niezależnie od wszystkiego

1. Dba o dobro koni

Mam taką zasadę, że nie trenuję z kimś, kto rani konie. Unikam trenerów, którzy rzucają stwierdzeniami typu: "batem, więcej bata, dalej, wiśta wio!" (patologia, powiecie, ale sama osobiście miałam z takimi do czynienia; zwiewałam od razu). 

2. Jest dobrym jeźdźcem (?)

Nie jest to regułą, ale trener powinien posiadać pewne jeździeckie umiejętności. Nie mówię tu o płynnym poruszaniu się w trzech chodach, bo to chyba oczytwistość, ale o takim wyższym wykształceniu. Chody boczne, zaangażowanie - pooglądajcie sobie Waszych nauczycieli w siodle. 

Z drugiej strony, nie musi to być nie wiadomo jaka sława, bo często to trochę gorsi jeźdźcy umieją lepiej tłumaczyć. Wiedzą co to znaczy błądzić, ech...

3. Daje wiedzę merytoryczną

Nie chodzi o to, żeby dawał kawa na ławę wszystko, co wie, ale o pewnych rzeczach powinien Ci wspomnieć. Powinien uważnie słuchać Twoich wątpliwości i starać się je rozwiewać. 

Żeby sprawdzić, czy trener jest dobry, możesz zrobić krótki eksperyment. Zadaj osobie, którą testujesz pytanie z serii bardzo trudnych. Takie mocne 10 w skali do 6. Przykład: "bo ja nie rozumiem o co chodzi w tym działaniu mięsniami brzucha". Jeżeli trener jest nie trenerem, ale instruktorem (nie obrażając instruktorów!), to odpowie coś w stylu:

- o! jakie ładne dziś słoneczko nam świeci!

- nie masz lepszych rzeczy na głowie?

- no wiesz, to było w takiej książce, poczekaj... jak to było?

- no nie wiem...  to takie trudne...

- a ty myślisz, że ja to umiem?!


4. Nie wkurza się, jak czegoś nie rozumiesz...

... tylko używa licznych porównań żeby powiedzieć Ci, o co mu chodzi. 


II. Co trener musi spełniać, żeby odpowiadać TOBIE  

1. Czego chcesz i na czym Ci zależy - cele?

Zadaniem trenera jest sprawienie, żebyś doszedł do tego puktu, do którego chcesz dojść. Jeżeli chcesz osiągnąć Grand Prix, to wiedz że jazdy w zastępie na wiele Ci się nie zdadzą. 

Nie bój się kwestionować autorytetu Twojego trenera - jeżeli czujesz, że drepczesz w miejscu zamiast iść do celu, to albo z nim porozmawiaj, albo go zmień. Sprawa jest bardzo prosta. 

2. Jak dochodzisz do tego, co chcesz?

Nie ważny jest jednak tylko cel, ale też droga przez jaką do tego celu dochodzisz. Każdy trener jest troszkę inny i każdy ma inną osobowość. Nawet jeżeli merytorycznie spełnia Twoje wymagania, może się okazać, że jedgo sposób bycia Tobie nie odpowiada. 

Przykład? Ja osobiście nie mogę zdzierżyć trenerów, którzy nie lubią się ze mną kłócić. Kocham zadawać pytania (mój pozoim mentalny: przedszkole) i kwestionować to, czego inni mnie uczą. Lubię trenera, z którym da się przeprowadzić inteligentną dyskusję, z którym się mogę się posprzeczać zanim dojdziemy do wspólnego zdania. Tak się uczę. 

Nie lubię trenerów - introwertyków, którzy siedzą z nosem w podręczniku i dyktują Ci suchą podręcznikową wiedzę, ale to nie znaczy że taki trener jest zły. Nie! Po prostu w moim przypadku jego typ nauczania się nie sprawdza. 


3. Czy jego metody Ci odpowiadają

Jeżli czujesz wewnętrzne: "nie, ja tego nie zrobię" - no to po prostu tego nie rób.

4. Czy dobrze się czujesz i nie masz żadnych zastrzeżeń?

To super!

5. Jaki jest Twój poziom?

Zabrzmi to źle, ale dostosuj poziom trenera do Twojego pozoimu. Tak jak wykształcony matematyk nie wytłumaczy przedszkolakowi tabliczki mnożenia, tak dobry trener nie wytłumaczy jak zagalopować początkującemu. 

To dlatego mamy tylu trenerów. Formalnie rzecz biorąc, w Polsce są instruktorzy, instruktorzy sportu i dopiero potem trenerzy. Wszyscy oni są ważni!

Malwina

czwartek, 18 stycznia 2018

Moje życie za granicą... z końmi

Moje życie za granicą... z końmi

Nie wiedziałam, mówiąc zupełnie szczerze, że post dotyczący jeździectwa za granicą będzie cieszył się takim zainteresowaniem. Statystyki idą w górę, a moja skrzynka pęka od maili, w których zadajecie mi pytanie dotyczące... mnie. Nadal nie umiem się otrząsnąć, nie wiedziałam że temat tak Was zainteresuje, bo dla mnie samej życie za granicą jest czymś tak normalnym jak oddychanie. Skoro jedak nalegacie, chcąc wiedzieć kim jest ta tajemnicza Malwina L, proszę bardzo ;). 

Zanim wyjechałam za granicę, wiodłam zwyczajne życie w malutkim mieście niedaleko Katowic. O przeprowadzce zadecydował mój tata (byłam niepełnotelnia), który jako informatyk wygrał konkurs organizowany przez jedną z instytucji, która szukała ludzi potrafiących tworzyć programy do bankowości. Do Niemiec wyjechał w maju, a ja z moją mamą i siostrą zostałyśmy na parę miesięcy same w Polsce. Wedle pierwotnego planu, tata miał spędzić dwa lata pracując w instytucji, a potem wrócić do nas do Polski. Ostatecznie jednak z Polski wyjechaliśmy całą rodziną, a ja we wrześniu stanęłam przed klasą której nie tylko nie znałam, ale też zupełnie nie rozumiałam. 

Nie wiecie i nie możecie nawet przypuszczać ile łez wylałam, kiedy dowiedziałam się o tym, że opuszczę moich przyjaciół. Czułam się tak jakby cały mój świat sie zawalił, wszystko nagle straciło sens. Zabrałam się za odliczanie czasu do matury, po której miałam wrócić do ukochanej Polski. Odliczałam tak dosyć długo, wszakże wszyscy wiedzą, jakie są nastolatki. 


Nie chodziłam do niemieckiej szkoły, tylko do takiej międzynarodowej. Nauczyciele próbowali mi wbić do głowy języki - począwszy od angielskiego, na francuskim kończąc, ale nigdy nie szło mi w tym najlepiej. Z czasem poznałam nowe koleżanki, które mówiły właśnie po francusku i dzięki nim osiągnęłam to, czego żaden nauczyciel nie potrafił mi wbić do głowy - zaczęłam mówić w języku obcym. O Angielskim, którego skądinąd uczyłam się już trochę i Niemieckim nie chciałam nawet słyszeć (byłam uparta, wiem). 

Życie potrafi jednak powiedzieć Ci co innego, kiedy jesteś zmuszona uczyć się w języku, którego ledwo rozumiesz. Także  siłą rzeczy poznałam również Angielski. Niemieckiego w szkole nie uczyłam się, bo (o dziwo) nie był obowiązkowy, a ja po pierwsze nieznosiłam języków, a po drugie nie robiłam rzeczy nieobowiązkowych (chyba, że dotyczyły one fizyki. Inna bajka). Niemiecki poznałam więc dopiero w stajni, ale o tym zaraz...

Zanim zaczęłam mieszkać za granicą, już miałam styczność z końmi. Nie byłam dobrym jeźdźcem, ale pewne podstawowe podstawy już miałam i z nimi właśnie trafiłam do niemieckiej stajni. O swojej jeździeckiej przygodzie pisałam już w formie postu  w okolicach sierpnia-września, więc tych których temat ciekawi, odsyłam tutaj


W stajni nie układało się najlepiej, ponieważ o ile w szkole nie mieliśmy żadnych ojczystych mieszkańców kraju, o tyle w stajni było ich pełno. A jako, że ja ze swoim francusko-angielsko-polskim nie miałam za dużego pola do popisu, żadnych koleżanek w stajni nie miałam. Nawet małe dzieci, ośmio-dziesięcio latki, które zaczynały przygodę na lonży, patrzyły się na mnie jak na przybysza z kosmosu. 

Nawet jeżeli przeszkadzało mi to, nie zapadło to głęboko w moją pamięć. Na brak koleżanek nigdy nie narzekałam, a do stajni przychodziło się nie po to, żeby poplotkować, ale czegoś nauczyć. 

Jak teraz o tym myślę, wydaje mi się, że to dzięki temu tyle wiem o koniach. Dużo czasu spędzałam z nimi sama na sam, dzięki czemu dobrze poznałam ich psychikę. Teraz wśród zwierząt czuję się tak dobrze jak wśród ludzi, a w stajni jestem kimś, kto raczej zna się na rzeczy. 

Co to wszystko ma wspólnego z językiem niemieckim? Otóż kiedy po paru latach zdecydowałam się na starty na zawodach (zdaje się, że już o nich wiele razy pisałam), okazało się że muszę umieć niemiecki, ponieważ tylko w tym języku mogę dogadać się z sędziami.  

Jeżeli chodzi o początkowe starty, przejazd wygląda zupełnie inaczej niż w Polsce. Mianowicie zamiast uczyć się całego programu na pamieć, jeździec nie zna go wcale, a wykonuje to co sędzia mówi do niego przez megafon. Poza tym, wszystko inne toczy się zupełnie normalnie (czterech sędziów ocenia itp. itd.)


Wymaga to całkiem niezłego posługiwanie się niemieckim, czego mi w owym czasie dość mocno brakowało. Do dziś niektóre przejazdy zostaną w mojej pamięci do końca życia. Jak ten jeden, w którym po raz pierwszy stanęłam na podium:

Z moją trenerką przećwiczyłyśmy wszystkie nazwy figur - koło, zmiana nogi, wolta i czułam się naprawdę pewnie, wiedząc że wreszcie coś umiem. Gdy nadszedł czas zawodów, grzecznie wyjechałam przed sedziów i zaczęłam wykonywać wszystkie polecenia. W pewnym momencie z megafonu wyleciało uprzejme: dur die ecke kehrt wechseln, bite, które mówiąc zupełnie szczerze, na tych zawodach usłyszałam po raz pierwszy. Ja zbladłam (choć i tak byłam już bardzo blada), kibicujący mi spojrzeli na mnie ze strachem (choć i tak patrzyli na mnie ze strachem), a moja trenerka wykrzyknęła "shise", którego tłumaczyć Wam chyba nie muszę. 

Ja jednak, zaskakując nie tylko trenerkę, widownię, ale też siebie przede wszystkim, dostałam krótkotrwałego przebłysku inteligencji i wykonałam owo tajemnicze "ecke kehrt", które okazało się być niczym innym jak zmianą nogi poprzez narożnik. Przypominam, że po niemiecku nie mówiłam. 

Gdy zakończyłam przejazd, dostałam notę i trzecie miejsce (chyba było trzecie, wiem że mi dobrze poszło), jeden z sędziów podszedł  do mnie żeby mi pogratulować. Na jego przydługie "blabla", które towarzyszło wręczaniu flosa, zareagowałam dobitnym "jawohl", jedynym co umiem po niemiecku. Zdaje się, że zadał mi parę pytań, ale ja odpowiedziałam mu coś w stylu "kein nicht spreche", na co on spojrzał na mnie jak na chorą psychicznie i odszedł. 

Teraz po niemiecku mówię trochę więcej, ale nadal mój poziom jest bardzo niski, zbyt niski żeby porozmawiać chociażby o pogodzie. Może trochę przesadzam, ale... wiecie, o co mi chodzi. 

Żałuję, że nie mówię dobrze w języku oficjalnym kraju, w którym mieszkam, ale raczej nie będzie mi dane się go nauczyć. Nie zamierzam mieszkać w Niemczech do końca życia, chociaż nie zamierzam wracać też do Polski. 


Nie wiem, kiedy nastąpił moment, w którym zdałam sobie sprawę, że nie zamierzam studiować w Polsce. Na początku było to oczywsite, z czasem jednak doszłam do wniosku, że za granicą też jest bardzo fajnie, a nadrobić materiału w języku ojczystym już się nie będzie dało. Skończyłam jak skończyłam. 

Jestem w tym głupim wieku, w którym studia już są wybrane, a jednocześnie brakuje przekonania, że to "to". Tak, jestem młoda. Nie mam jeszcze nawet 25 lat. 

Myślę o tym, żeby po studiach przeprowadzić się do Szwajcarii i na uniwersytecie genewskim robić doktorat z fizyki cząstek elementarnych, ale mam pewne obiekcje. Nie wiem, czy napiszę magisterkę, to po pierwsze. Nie wiem czy mi się będzie podobało, to po drugie. No i czy mnie przyjmą. 

Ale nie chcę narzekać, nie po to jest ten blog. Mam całą przyszłość przed sobą i całą masę marzeń. Chciałabym mieć doktorat z fizyki, własnego konia, pojechać na ogólnokrajowe zawody w dresażu, a także zrobić coś dobrego dla innych. Coraz częściej myślę o zagranicznym wolontariacie, ale na razie to są mrzonki. 


To tyle, jeżeli chodzi o mnie. Jestem pewna, że dałoby się napisać dużo więcej, ale musicie wiedzieć, że opowiadanie o sobie jest niezwykle trudne. Zawrzeć każdy element swojej osoby w jednym wpisie - niemożliwe. 

Od następnego postu powracam do pisania porad sensu stricte, bo czuję się jakbym trochę zaniedbywała ten temat...

Ściskam!
Malwina

niedziela, 14 stycznia 2018

Jak wygląda jeździectwo za granicą?

Jak wygląda jeździectwo za granicą?

Jak wiecie, a może nie wiecie, mieszkam poza granicami Polski. Może "mieszkam" to złe słowo. Od blisko dziewięciu lat trenuję jeździectwo na szeroko rozumianym Zachodzie. Na codzień mam do czynienia z jeździectwem niemieckim, więc w temacie siedzę zanurzona aż po uszy. Dzisiejszy post jest napisany raczej w formie ciekawostek - jak tak wszystko wygląda, jaki jest tam poziom - no i jakie konie (też pytanie! konie są zawsze cudowne). 

Pisząc na podstawie mojej stajni...

1. Ceny

Ceny są mniej więcej cztery razy większe niż w Polsce, czyli dokładnie tyle ile euro jest większe od złotówki.

Lonża - około 110 złotych (27 euro)
Jazda indywidualna - około 160 złotych (40 euro)
Jazda w dwie osoby - około 60 złotych (15 euro)
Przewóz konia np. na zawody - około 120 lub 240 złotych (30 lub 60 euro)
Dzierżawa - w zależności od właścicieli, około 200 złotych (50 euro) na tydzień
Boks dla konia - około 2 000 złotych (500 euro) na miesiąc
Zakup konia - od około 24 000 złotych (od 6 000 euro)

Jak się domyślacie, ja swojego konia nie mam...


2. Poziom trenerów

a) pferdewirtin (=instructeur)

W naszej stajni jako nauczycieli mamy dwóch "pferdewirtin" zwanych też "instructeur", ale nie mają oni niczego wspólnego z polskimi instruktorami. Są to po prostu trenerzy sportowi, którzy mogą uczyć zarówno skoków jak i ujeżdżenia. Pani Ursula, która pełni u nas nadrzędną funkcję, w skokach przez przeszkody ma klasę odpowidającej polskiej klasie N, w ujeżdżeniu klasę odpowiadającej polskiej CC. Jest absolutnie genialnym jeźdźcem, ale jej grafik jest tak zapełniony (a nasze portfele tak ograniczone), że osobiście nie znam żadnego jeźdźca, który miałby z nią treningi częściej niż 3 razy w tygodniu.


b) Auszubildende (=stagiere)

Jest to po prostu osoba, która robi w stajni staż. Ma co prawda odpowiednie papiery do nauczania, ale poziom jej treningów jest zdecydowanie niższy od  treningów prowadzonych przez trenerów. Takimi osobami zwykle zostają osoby poniżej 30 roku życia, które nie mają jeszcze dużego doświadczenia. 

c) Beriter

Beriter to najciekawsza forma trenera. Nie wiem jak jest w innych krajach, ale w Niemczech organizowany jest "program" (?) beriter. Polega to na tym, że młody jeździec zaczyna pracować w stajni - na początku wykonuje same najgorsze prace - za darmo czyści boksy i korytarze stajenne. Z czasem stajnia nabiera do takiej osoby coraz więcej zaufania, pozwala jej zajmować się zwierzętami, jeździć na najlepszych koniach, a wreszcie i uczyć innych jeździectwa. Jak widziecie z zamieszczonego wyżej cennika, na samym prowadzeniu lekcji nie mało taki jeździec może zarobić...


d) instruktor 

Nie wiem jak nazywa się instruktor po niemiecku, więc nazwę go po Polsku - instruktorem. 

W naszej stajni mamy dwie instruktorki. Zajmują się one:

- prowadzeniem zajęć dla szkółki
- wysyłaniem dzieciaków za zawody
- robienie trzydniowych staży dla dzieci w czasie wakacji (nie mamy obozów)
- organizowaniem parady noworocznej 

Parada noworoczna to tradycja naszej stajni. Co roku w okolicach stycznia jedną z hali dzielimy na pół - w pierwszej połowie szkółka prezentuje pewien przejazd, w drugiej połowie mamy ciasta, jedzenie itp., tam też gromadzą się wszyscy instruktorzy, jeźdźcy nie-szkółkowi i rodzice. 

W sumie pięć razy grupa jeźdźców prezentuje kwadryl - głównie jest to jeżdżenie dwójkami do muzyki, efekt wygląda bardzo ciekawie :) 


3. Zawody

Żeby móc brać udział na zawodach, należy zdać specjalny test, tak zwany basispass. W naszej stajni zdanie go poprzedza około 9 godzin kursów prowadzonych przez trenerkę, panią Ursulę. Na zdanie basispass decydują się zwykle dzieci między 8 - 16 rokiem życia, jego poziom odpwowiada BOJ. 

Zdanie basispass pozwala zdawać kolejne "testy" - jest to ogólny sprawdzian jeździeckich umiejętności, który jest niezbędny, żeby startować w zawodach dowolnych dyscyplin - czy to skoki, ujeżdżenie czy powożenie. 

U nas w stajni zdecydowana większość to ujeżdżeniowcy, czasem zdarza się spotkać kogoś, kto zaprzęga swojego konia w jednoosobową bryczkę (to się bryczka nazywa?) i tak sobie jeździ, ale to raczej wyjątki. Nie mamy skoczków z zamiłowania, westernowców też raczej nie. Ale może to zależy od stajni...

Zawody dzielą się na klasy:

E - preliminary test
A - novice test
L - elementary test
M - medium test
S - advanced test
S - Grand Prix

4. Wielkość stajni

Wielkość stajni zależy od konkretnego przypadku, zwykle ma ona karuzelę, trzy maneże (w tym przynajmniej jeden kryty), ale nie jest to regułą. Moje obserwacje :). 

5. Ludzie...

Wychodzę z założenia, że co jak co, ale ludzie wszędzie są tacy sami. Są dobrzy jeźdźcy i są źli jeźdźcy i nie zależy to od tego w jakim języku mówią "dzień dobry". 

Malwina

środa, 10 stycznia 2018

Dlaczego w jeździectwie jest tyle różnych dróg? Która jest słuszna?

Dlaczego w jeździectwie jest tyle różnych dróg? Która jest słuszna?


Jeszcze jako początkujący jeździec zwróciłam uwagę na fakt, że w jeździectwie mamy tysiące różnych dróg. Różnych, czyli takich, które się różnią. Sprzecznych. Żeby wykonać jedno i to samo ćwiczenie możemy znaleźć tysiące stwierdzeń, które nieudolnie próbują je opisać. I nie, nie są to synonimy. Instrukcje, na które się napotykamy potrafią być od siebie tak odległe jak przestrzeń między biegunami. 

Pojawia się problem, i to wcale nie mały problem. Skąd bowiem my, marni początkujący, mamy wiedzieć która z dróg jest słuszna, a która nie? No właśnie. 

Odpowiedź jest na pozór bardzo pozytywna, ale tylko na pozór. Otóż 99% opisów, na które się napotykamy jest poprawna. Słowem: prawdziwa, ale tylko w szczególnych przypadkach. 

Pozwólcie, że wytłumaczę o co mi chodzi na przykładzie matematyki. Na pewno w szkole liczyliście długości boków trójkątów. Nauczyciel mówił Wam, że żeby obliczyć to, trzeba użyć tajemniczego wzoru, tak zwanego twierdzenia pitagorasa. To twierdzenie jest bardzo mądre i bardzo prawdziwe, ale problem jest taki, że nie zawsze działa. Jeżeli ktoś zastosuje go do trójkąta innego niż prostokątnego, wyjdą mu bzdury. 

Jak widzicie, nawet w czymś tak logicznym jak matematyka mają miejsce "porady", które sprawdzają się tylko w określonych przypadkach (w tym wypadku, tylko w trójkątach prostokątnych). Żeby mieć poradę, która sprawdzi się w każdej sytuacji, trzeba ją uogólnić. O ile matematycy wymyślili uogólnione twierdzenie pitagorasa (cosinusy i te sprawy...), o tyle w jeździectwie nie jest to takie proste. 


Wytłumaczmy to sobie na innym przykładzie, już związanym z końmi. Jola jeździ konno od roku i ma straszny problem, ponieważ nie umie zgrać się z koniem. Boi się, przez co jest strasznie sztywna. Brakuje jej swobody i elastyczności, co szybko zauważa spostrzegawcza instruktorka. Mówi jej, że w jeździectwie sednem sprawy jest rozluźnienie, nie ma niczego ważniejszego. Jest to w pewnym sensie prawda - dla Joli najważniejsze będzie to, żeby się rozluźniła. Załóżmy, że Jola zrozumiała to, nauczyła się poprawnej jazdy. 

Widząc jak dobrze Jola jeździ konno, koleżanka Kasia poprosiła ją o trening. Ucieszona Jola zgodziła się pomóc, umówiły się na ujeżdżalni. Kasia wyznała Joli, że zupełnie nie umie zgrać się z koniem. W rzeczywistości, jej problemem było to, że przesadnie się rozluźniała, a w jej ciele brakowło napięcia mięśniowego. Kasia nie pomyśła o tym jednak, a powtórzyła zasłyszaną od instruktorki mądrość:  w jeździectwie sednem jest rozluźnienie, nie ma niczego ważniejszego". 

Kasia zastosowała się do tej rady, ale niczego ona jej nie przyniosła. Dziewczyna doszła do wniosku, że nie potrafi jeździć konno, a brak zgrania ze zwierzęciem to po prostu wina braku talentu. 

Widzicie już o co chodzi? Żeby lepiej jeździć konno, musicie wiedzieć z czym macie problemy, a nie ślepo podążać za poradami, choćby nie wiem jak mądrze brzmiały. Nawet głupie wybijanie w kłusie ćwiczebnym może mieć dwie sprzeczne sprzyczyny: brak rozluźnienia i brak spięcia.

Jeźdźcom przesadnie spiętym radzę rozluźnienie, jeźdźcom przesadnie rozluźnionym radzę spięcie - i choć to naprzemienne "zepnij się", "rozluźnij się" wygląda tak jakbym wcale nie wiedziała o co biega, tak naprawdę ma to swój sens. 


Nie dziwcie się widząc sprzeczne porady, to ich brak powinien Was dziwić. Metod wykonania jednego ćwiczenia jest tyle ile koni i jeźdźców razem wziętych, a może jeszcze więcej. Całkiem sporo, ręczę Wam ;)

Inna sprawa to błędne porady, te też występują. Nie o nich jednak dzisiejszy post. 

Oprócz sprzeczności w "instrukcjach" dotyczących wykonywania różnych ćwiczeń, nieścisłości można doszukać się w "nurtach", które zwładnęły naszym jeździeckim światem. 

Natural, klasyk, west, art2ride, jeździectwo konkiliarne, skoczkowie (taaa, Ci ostatni to osobna kategoria ;) ) - nie chcę wymieniać tu ich wszystkich, sami pewnie je znacie. 

Jeźdźy dzielą się (w dużym uproszczeniu) na tych, którzy należą do jednej z tych grup, wszem i wobec obwieszczając jej cudowność i niezwykłość oraz na tych, którzy są zagubieni, bo nie wiedzą, która z nich jest tą słuszną. Są też Ci, którzy - jak ja - mają je zupełnie gdzieś, ale to zupełnie inna bajka. 


Pojawia się pytanie: która z dróg jest słuszna? Kto ma rację - natural czy klasyk? A może jeździectwo konkiliarne? 

I odpowiedź: nie droga się liczy, ale jej cel. Lepiej byłoby polną ścieżką trafić do Nieba niż asfaltową trzypasmówką do piekła, mówiąc metaforycznie. Każdy, kto próbuje zrozumieć dobro konia i nie zadaje krzywdy ani mu ani sobie, niech wie że idzie dobrą drogą. Nie ważne czy na czole będzie miał napisane klasyk, czy natural, czy Bóg wie co jeszcze...



Ja sama... na początku byłam naturalem, potem klasykiem, ostatecznie zostałam po prostu sobą. Tego też Wam życzę!

Malwina

sobota, 6 stycznia 2018

Podręcznikowa komunikacja to żadna komunikacja

Podręcznikowa komunikacja to żadna komunikacja

Powstały milony publikacji mające przekazać nam - zwykłym śmiertelnikom - jak dogadać się z koniem. Z tych lepszych to oczywiście Roberts, Chill, może jeszcze Miller, chociaż ten ostatni nie przypadł do mojego wyrafinowanego gusta. Wszyscy oni próbują wytłmaczyć nam co koń myśli, co czuje i czego chce. 

Podręczniki. Schematy. Szczegóły tak szczegółowe, że aż zastanawia mnie, czy ktokoliwiek (z samym koniem na czele) je rozumie. Ustawienie ręki pod kątem 45 i trzy czwarte, oddech trwający dziewięć setnych sekundy... Człowiek jest mistrzem komplikowania rzeczy prostych. 

Tak czesto mówi się co zrobić, a gdzie informcja o tym jak to zrobić. Fajnie, że stanowczość, że przywództwo i że szacunek, ale co te slogany nam dają? 

Nie chcę przeczyć, że to co piszą końscy behawioryści jest błędne. W ich wypowiedziach nie ma fałszu, ale... no własnie, zawsze jest jakieś ale. 

Wyobraźmy sobie, że tłumaczymy jakiemuś przybyszowi z kosmosu jak zachowują się ludzie:

- No więc jak jesteś zdziwiony to otwierasz buzię, robisz takie "o" z ust i unosisz brwi na jakieś 5 milimetrów w górę. I potem stoisz w tej pozycji tak długo aż człowiek zajarzy, że jesteś zdziwiony. 

- A po czym to poznać? 

- Spyta się: "co Ci jest, kolego?"

- A ja na to...

- Przesuwasz twarz w prawo i w lewo, poziomo. Zupełnie jakbyś chciał pokazać mu się z obu profili. Tak jedno przesunięcie na dwie sekundy. To w języku migowym oznacza "nie". 

Jestem pewna, że gdyby ktokolwiek próbował się do powyższych rad zastosować, jakiś miły kolega zadzwoniłby po psychiatrę. 

Utarte powtarzanie schematów nie działa, nie w przypadku komunkacji. 

Kiedyś jako uczennica pojechałam z rówieśnikami na wycieczkę do muzeum. Nasza przewodniczka zamiast opowiadać, recytowała tekst z pamięci. Jeżeli myślała, że umknie to uwadze zmęczonych uczniów, ogromnie się myliła. Od takich ludzi czuć sztywnością na kilometr. 

Dlatego też, nieważne jakie techniki będziecie stosować, pamiętajcie by mówiąc do koni mówić, a nie recytować. W wyuczonych gestach nie ma niczego złego (w końcu ludzie pokroju Montego Robersta to ludzie niezwykle mądrzy i nie pisaliby w swoich poradnikach bzdur), ale do wszystkiego trzeba zachować głowę i zdrowy rozsądek. 

Polegajmy też na własnych obserwacjach i konfrontujmy je z tym, co jest umieszczone w poradnkach. To najlepsza droga! Poza tym, każdy koń porozumiewa się nieco inaczej, każdy inaczej "gestykuluje", używa nieco innych "słów". 

By nauczyć się mowy koni nie wystarczy dużo czytać, a po prostu być. Być, obserwować i uczyć się. Jak dziecko. 

Malwina


wtorek, 2 stycznia 2018

Uśmiechajmy się!

Uśmiechajmy się!

Piszę ten post na blogu jeździeckim, nie mając żadnej pewności, że to faktycznie dobry pomysł. Myślę, że chyba wręcz przeciwnie, ale nie zamierzam się tym przejmować. Nie ja. 

Wczoraj poszłam na spacer. Ot, jak codzień, a może zupełnie inaczej. Byłam szczęśliwa, i to tym rodzajem szczęścia, który rozpala od środka niewidzialne iskry, który powoduje, że ma się ochotę tańczyć nawet w strugach deszczu. To jest to szczęście, które nabiera dodatkowych kolorów, kiedy dzielisz się nim z drugim człowiekiem. Które płonie, gdy w tęczówkach przyjaciela widzisz swój własny uśmiech. 

Nie ma właściwie znaczenia, czy osoba z którą podzielisz się Tym wielkim darem jest Ci znajoma, czy też nie. Ważne jest te parę sekund, kiedy oboje czucjecie to samo elektryzujące uczucie, a potem wspominacie je na długo po chwili gdy Wasze uśmiechy stały się już przeszłością. 

Nasz organizm jest zbudowany nietypowo. Każdy z nas posiada własny układ limbiczny, który odpowiedzialny jest za odczuwanie emocji. Struktury te są jednak otwarte, co z naukowego punktu widzenia oznacza, że nasz układ limbliczny może wpasować się w działanie układu limbicznego drugiej osoby. Gdy wiedzimy jak ktoś się uśmiecha, dzięki tak zwanym neuronom lustrzanym w naszym mózgu uruchamiają się te same obszary co gdybyśmy to my sami się uśmiechali. 

Emocje, mówiąc zupełnie biologicznie, to nie stan wewnętrzny organizmu, ale coś co wynika ze stanu wewnętrznego innych osób i wpływa na stan wewnętrzny innych osób. 

Kiedy byłam na spacerze, mijający mnie ludzie byli smutni. Zapatrzeni w dal, nieobecni, zamyślenie, a jeszcze częściej przyklejeni do małego ekranu smartfona. Obserwujac ich zrobiło mi się jakoś tak smutno. 

To nie rozkaz, chociaż tak można by sądzić widząc wykrznik kończący tytuł, to prośba. Uśmiechajmy się, uczyńmy świat piękniejszym miejscem.

Żegnam Was swoim największym uśmiechem:

:) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) 

Malwina
Copyright © 2014 JAK LEPIEJ JEŹDZIĆ KONNO? , Blogger
Wypasiony Katalog Stron