wtorek, 27 czerwca 2017

Bo do siebie trzeba mieć dystans

Bo do siebie trzeba mieć dystans

Żyjemy w świecie gdzie wszystko bierze się bardzo na poważnie. Powiedziałabym nawet: zbyt na poważnie. Czy odniesiemy sukces, czy też porażkę - przejmujemy się tym mocno, aż do samej głębi. Odchorowujemy każde złe słowo o naszym ego, a po komplemencie w żaden sposób nie jest się w stanie doprowadzić nas na ziemię. 

My - reprezentujący społeczeństwo tak zwanych koniarzy - jesteśmy powyższego doskonałym przykładem. Dumni z panowania nad ogromnym zwierzęciem (pozdrawiam Was, konie) nie umiemy znieść porażki. 

Każde ośmieszenie jeździectwa powoduje, że wściekamy się jak diabli, a złe słowo o naszym Koniu budzi najgorsze instynkty o które sami siebie byśmy się nie osądzali.

Brakuje nam dystansu. Tego czegoś co pozwala śmiać się nawet podczas przegranych zawodów. I nie mówię to o śmiechu przez łzy. "Błogosławieni Ci, którzy śmieją się sami z siebie, albowiem oni będą mieli ubaw do końca życia" - powiedział ks. Twardowski, a jego słowa są sednem w dosłownym tego słowa znaczeniu. 

Pewnie i tu znajdą się sceptycy. No bo dystans to tam fajna rzecz, ale co z ludźmi, którym natura poskąpiła tego daru? 

Z chęcią odpowiadając na tą wątpliwość przytoczyłabym wielkie życiorysy jeszcze większych sław, ale prawda taka, że jedyny życiorys, który znam to mój własny.


Nie będę ukrywać, jestem ekstrawertyczką. Mój mózg bombarodwany jest całym szeregiem skarajnych uczuć, a całokształt skromnej mej osoby podchodzi do wszystkiego zdecydowanie zbyt emocjonalnie. 

Każda porażka to jeden wielki sygnał: "Malwa, byłaś to niczego", a sukces: "Byłaś genialna!".  

Sęk tkwi w tym, żeby zdać sobie sprawę z tychże emocji i wyśmiać je. Ale nie tak niemiło. Zadać sobie przyjacielskiego "pstryczka w nos", przewrócić oczami w odpowiedzi na to co rodzi się w głowie. 

No bo, przyznajcie sami, to jak podchodzimy do swojego ego jest wręcz śmieszne. 

Brak dystansu do siebie jest fatalny w skutkach, szczególnie w jeździectwie.  Konie nie są w stanie dogadać się z naszym JA, które błądzi gdzieś w nieznanej czasoprzestrzeni i w stopniu całkowitym zajęte jest dogłębnym analizowaniem każdego "ruchu". Jak w szachach. 

Ludzie, śmiejcie się sami z siebie. To nasza broń, nasza moc. Najpiękniejsze co w jeździeckim życiu zrobić można. I dla konia, i - przede wszystkim - dla siebie. 

Malwina

czwartek, 22 czerwca 2017

Konie chore przez ludzi

Konie chore przez ludzi

Różne są opinie na temat przedmiotowego traktowania koni, różny stosunek do spraw - możnaby powiedzieć - fundamentalnych. Nie, nie chodzi mi tu o przemoc sensu stricte. To, że zabija się konie w rzeźniach, to że nagminnie używa bata i rollkuru wie każdy koniarz. Ale prawda jest taka, że nie tylko  przemocą można zranić zwierzę. 

W tym poście chciałabym napisać o koniach chorych przez ludzi. Zranionych, nie umiejących poradzić sobie w świecie opanowanym przez człowieka. 

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o zwierzętach z zaburzeniami psychicznymi, podeszłam do powyższego z dość dużym dystansem. Ale później spotkałam się z koniem, który ranił samego siebie. Z bólu, desperacji, samotności - nie wiem. Wiem tylko, że widok ten krajał mi serce. 

Koń to towarzysz, który był z człowiekiem od zawsze i na zawsze. Był z nami kiedy z trudem budowaliśmy pierwsze, prymitywne domy i umierał na wojanch - ramię w ramię z człowiekiem. A teraz, w czasach i społeczeństwie pełnym depresji, konie cierpią razem z nami. 

Okazuje się, że weterynarze oraz behawioryści oficjalnie uznali depresję jako zaburzenie występujące u koni. Może przybierać ona różne formy: począwszy od apatii, braku chęci do czegokolwiek, a na agresji (kierowanej zarówno do siebie jak i innych) kończąc. 



Skąd takie zachowania mogą się brać? 

1. Życie na łące, a życie w boksie

Staram sobie wyobrazić jak to musi być. Mieszkać w ciasnym boksie i opuszczać go jedynie na treningi. Widzieć innych przedstawicieli swojego gatunku tylko przez kraty. Co jak co, ja też wpadłabym w depresję. Oczywiście, nie wszystkie konie traktowane są w tenże sposób, jednkaże sytuacji takich w samej Polsce jest bardzo wiele. 

Kiedyś gdy nie wiedziałam jeszcze o koniach zbyt wiele, rozmawiałam z bardziej doświadczoną od siebie koniarą. Pamiętam jakby to było dziś, jak spytałam się jej czemu w stajni są konie, których nie wypuszcza się na padoki. Usłyszałam, że koni sportowych nie wolno wypuszczać na dwór, bo to im szkodzi. Podobno, nie powinny one widzieć zbyt wiele światła... hm, yhm, no tak - pozostawię bez komentarza. 


2. Nastrój jest zaraźliwy

Przychodzimy do koni spięci i podenerwowani, zestresowani i z głową pełną problemów. Koń jako zwierzę stadne ma duży poziom empatii, nie jest po prostu w stanie uciec od stresu, który mu przekazujemy. Bo skoro stado jest podenerwowane, to coś leży na rzeczy. Prawda?

3. Traktowanie konia nie jak konia

Koń nie tylko jest koniem, ale też pragnie być traktowanym jak koń. Chce dostać od Ciebie choćby ułamek cierpliwości i zrozumienia dla swoich słabości. 

Tutaj jednak chciałabym zwrócić uwagę na również inny aspekt. Koń musi mieć zasady. Takie zasady, które są dla niego jasne i których musi się słuchać. Ostatnio wyczytałam gdzieś, że paradoksalnie im więcej daje się dzieciom swobody, tym bardziej są one nieszczęśliwe i zagubione. Z końmi jest identycznie. 

Malwina






niedziela, 18 czerwca 2017

O wyginaniu konia inaczej

O wyginaniu konia inaczej

O wyginaniu konia pisałam już nie raz i nie raz tłumaczyłam Wam jak dokonać niemożliwego, potocznie zwanego poprawnie wyjechanym zakrętem. Tutaj, broń Boże, nie zamierzam się powtarzać, a jedynie przedstawić Wam pewną, związaną z tym co powyższe, historię.

Kiedyś nie umiałam jeździć konno inaczej niż szarpiąc za wodze. Nie zrozumcie mnie źle, dobrze zdawałam sobie sprawę ze swoich błędów. W teorii wiedziałam co i jak z tymi łydkami trzeba robić, problem pojawiał się jak siadałam na konia. Jedna próba, nie wyszło, wracam do ciągnięcia za wodze. 

Może i tak jeździłabym sobie do końca swych dni, gdyby nie zupełnie niepozorny nakrapiany wałach, na którym przyszło mi jeździć. 

Koń ruszał się jak marzenie. Dumnie, sprężyście i energicznie, jak na takiego przystojniaka jak on przystało. Problem pojawił się dopiero gdy przyszło mi zademonstrować mu swe zdolności wyginania. Nawet jeśli zrozumiał pomoce przeze mnie użyte, z pobłażliwością je zignorował. 

Im bardziej ciągnęłam za wewnętrzną wodzę, tym bardziej on zginał swoją szyję. Idąc wciąż do przodu, jakgdyby ktoś miał wątpliwości. Po chwili takiej przepychanki młoda Malwinka zdała sobie sprawę, że to do niczego nie prowadzi i doszła do wniosku, że... no właśnie, do jakiego wniosku doszłam? 

Wyjście z sytuacji

Najchętniej napisałabym teraz, że owego dnia doznałam ogromnego przejaśnienia i w jednej sekundzie zrozumiałam wszystko. Nie, takie rzeczy się nie zdarzają. Nie w jeździectwie. Nie u mnie. Potrzebowałam uruchomienia wszystkich szarych komórek, rozgrzania neuronów do czerowności (tak, tak, procesor mam wolny), aż wreszcie doznałam bynajmniej niespektakularnego "eureka", które jednak doprowadziło mnie do tego, o czym piszę Wam teraz. 

Zaczęłam od lekkiego pociągnięcia za zewnętrzą wodzę, tak żeby "sprowadzić pysk na prostą", żeby szyja przestała być zgięta, a nos nie dotykał mojego kolana (może aż tak dramatycznie nie było). 

Potem przypomniała mi się "święta" zasada przez lata wbijana mi do głowy poprzez wszelkie podręczniki opisujące szeroko rozumiane pojęcie dresażu, a mianowicie to, że żeby wygiąć konia, trzeba użyć wewnętrznej łydki

Co zrobiłam? Zaczęłam stukać wewnętrzną łydką w bok konia, tak żeby ten się wygiął. No i faktycznie, powoli coś się zaczęło ruszać. Sprawa wyglądała jednak tak, że koń mimo tego, że był ładnie wygięty, ciągle poruszał się do przodu, a nie "po linii skrętu". 

Pomyślałam sobie, że użyję bioder. To, co zaczęłam robić było bardzo karykaluralne i przesadzone, chodziło mi jednak o jakąkolwiek reakcję ze strony konia. 

W jeździectwie bardzo często podaje się instrukcje dotyczące ruchów, które nasze biodra wykonywać mają. Problem jest tylko taki, że pomoce, których rzekomo mamy użyć bardzo często wydają się nieintuicyjne. Mówią nam, że mamy coś przycisnąć, coś ścisnąć, ale prawda jest taka, że  jedynie co nam się ciśnie to na usta pytanie: "Po co to wszystko? Jak to ma działać?". 

Ja postanowiłam zrobić to po swojemu. Postanowiłam, że biodrami "przesunę" konia w bok (jak już mówiłam, moje skręty z początku były karykaturą). Zachowywałam się na koniu mniej więcej tak, jakbym stała na jedej nodze (na tej wewnętrznej, mocno oparta na strzemieniu) i niechcąc zmieniać w żaden sposób pozycji tejże nogi, skręcić swoje biodra o 90 stopni. Możecie wypróbować na ziemi. 

Przy tym wszystkim dawałam łydkę, żeby koń szedł wciąż do przodu. 

Moja pierwsza próba wyglądała więc tak: daję łydki, ciągnę za zewnętrzną wodzę, "skręcam" konia biodrami (zupełnie tak, jakbym siedziała na krześle na kółkach i chciała je obrócić; jakbym chciała biodrami obrócić zwierzę). 

Potem zastanowiłam się, czy tak mocne i karykaturalne pomoce są konieczne. Co by było, gdybym to samo wykonała lżej ciągnąć za wodze, dając nieco słabszą łydkę oraz subtelniej "skręcając" biodrami? Spróbowałam i zadziałało. Spróbowałam jeszcze lżejszych pomocy... i też zadziałało. 

Jeśli masz problemy ze skręcaniem, proponuję Tobie to ćwiczenie. Chwyć wodze za ich końcówkę (na dobrą sprawę, nawet ciągnięcie za zewnętrzną wodzę nie jest potrzebne). Dając wciąż łydkę, spróbuj skręcić konia biodrami. Najpierw możesz robić to karykaturalnie, byleby koń Cię zrozumiał. Załapiesz w czym rzecz i będziesz mógł zredukować pomoce do słabszych. 


Malwina


środa, 14 czerwca 2017

Czy każdy koń jest dla każdego?

Czy każdy koń jest dla każdego?

W naszym jeździeckim świecie powstała nowa - a jakże! - ideologia. A mianowicie taka, że każdy jeździec pasuje do każdego konia. Jeśli między parą zwierzę - człowiek nie ma porozumienia, wina - według wielu - leży po stronie albo jednej, albo drugiej. Czyli albo psy wieszamy na Bogu ducha winnym koniu, albo gnębimy jeźdźca. Pewnie wielu się ze mną niezgodzi, ale mój stosunek co do powyższego jest jednoznacznie negatywny.  

Kocham każdego konia i z każdym chętnie pracuję, jednak z jednymi dogaduję się lepiej, z innymi gorzej. Czasami po prostu tak się zdarza, że praca z konkretnym zwierzęciem idzie mi oporniej. Widzę, że oboje się męczymy - chociaż cośtam sobie wolno "dłubiemy", nie sprawia to nam radości. 

Uważam, że zamiast robić coś na siłę, czasem trzeba umieć odpuścić. Zdać sobie sprawę, że nie da się rady. I uwierzcie mi, jest to decyzja najlepsza i dla nas, i dla konia. Oczywiście, znajdą się ludzie, którzy wyśmieją ją, skwitują słowami: "wymiękasz?". I takich ludzi trzeba, potocznie mówiąc, olać. 


Nie zachęcam tu nikogo do tego, żeby pozbywał się konia, gdy tylko pojawią się niepowodzenia. Niepowodzenia zdarzają się nawet u najlepiej dobranych "par". Sęk w tym, żeby wyczuć kiedy nie ma żadnych szans na poprawę. 

Koń powinien być do nas - w pewnym sensie - podobny. Sama jestem osobą raczej ekstrawertczną, która nie znosi robić czegoś wolno. Praca ze zwierzętami spokojnymi, typowymi leniuszkami w slangu jeździeckim zwanymi: "do pchania", coś mnie po prostu trafia. Szukam w sobie cierpliwości (i nawet, o dziwo, ją znalazłam), ale taka praca na dłuższą metę jest dla mnie - jak i dla konia - męcząca. Lepiej czuję się pracując z końmi pełnymi "życia" - nawet jeśli to "życie" objawia się demonstracyjnymi barankami na sam mój widok. Dla takich koni potrafię znaleźć całe kopalnie wyrozumienia i cierpliwości. I z takimi końmi umiem porozumiewać się prawie że "bez słów". No bo do czego podobne są słowa, skoro "nadajemy na tych samych falach"?


Nie ma czegoś takiego jak koń idealny. Jedni wolą zwierzęta nerwowe, inni leniwe, jedni młodsze, inni starsze. Warto umieć pracować z każdym typem konia (dlatego też tak ważne jest by poczatkujący jak najwięcej koni w życiu dosiadł), ale nie znaczy to, że przez całe życie mamy jeździć na zwierzętach, z którymi się "męczymy". Nie oto tu przecież chodzi!

Taki sam fenomen zachodzi nie tylko w naszych relacjach z końmi, ale również przy kontakcie z ludźmi. Są takie osoby, z którymi po prostu ni w ząb nie jesteśmy w stanie się porozumieć.

Dzieje się tak i musimy to zaakceptować. Po prostu. Nie ma sensu pracować na siłę z jakimś zwierzęciem, skoro nie sprawia nam to przyjemności. Bo skoro nam nie sprawia, nie sprawia i koniowi.  

Malwina



niedziela, 11 czerwca 2017

Zmiana zaczyna się w środku

Zmiana zaczyna się w środku

Bardzo czesto przychodzimy do koni chcąc zapomnieć o swoich problemach. Rzucić pracę, szkołę i niepowodzenia w zapomnienie, znaleźć sobie odskocznię. I o ile przy innych sportach to się sprawdza, w jeździectwie to nie działa. Nie da się oddzielić części życia pt."konie" od całej jego reszty. 

Nie jesteśmy być w stanie dobrymi jeźdźcami  jeśli nie mamy poukładanego życia. Można przy koniach udawać, że jest się szczęśliwym i pewnym siebie człowiekem dopóki dopóty wszystko idzie jak z płatka. Jeśli przychodzi niepowodzenie, ujawnia się całe to "paskudztwo", które w sobie dusimy. Można zapomnieć o swoich problemach na 5, 10, 15 minut. Ale na parę godzin? I tak codziennie?


Patrząc na to jak ktoś obchodzi się z koniem jestem w stanie dużo o nim powiedzieć. Osoby, które znęcają się nad zwierzętami to zwykle ludzie pełni kompleksów, którzy za wszelką cenę chcą poczuć się ważni. Chcą osiągnąć sukces, być sławnymi i podziwianymi. Gorzej, gdy zwierzę tych marzeń nie podziela. Gdy nie chce skakać przez przeszkody i nie chce wygrywać zawodów. A to rodzi frustrację. Frystracja bynajmniej magicznie nie sprawia, że zwierzęta zaczynają skakać przez przeszkody jak koniki polne, wręcz przeciwnie. Powstaje błędne koło, z którego wyciągnąć jeźdźca może... psycholog. 

Koń jako psycholog

Oczywiście, tyle mówi się o końskich zdolnościach do "psychologowania" i wyciągania ludzi z różnego rodzaju problemów. Tu nie zaprzeczę: zwierzęta są w stanie zmienić w człowieku oraz nauczyć go bardzo wiele, ale do tego potrzeba wrażliwości. Trzeba najpierw zdać sobie sprawę, że EGO nie jest najważniejsze, nastawić się na kompromis ze zwierzęciem. Trzeba otworzyć się na to co mówi koń, zamiast "grzebać" w swoich problemach. A żeby zapomnieć o swoich problemach, trzeba je najpierw pokonać. 


Koń - lustro

Kiedy koń ma jakieś problemy, zwykle patrzę na jego jeźdźdźca. Zwierzę samo z siebie nie zachowuje się "źle". Co jest w takim razie tego przyczyną? To, że ktoś go tego nauczył. Pokazał, że nie opłaca się starać, zranił. Patrząc na konia, jak na tacy widzę wszystkie problemy psychologiczne jego jeźdźca, a nawet to za jaką wodzę bardziej takowy lubi ciągnąć ;). 

Ludzie "sięgają" po jeździectwo z bardzo wielu przyczyn, ale co smutne, przeważa w nim jedna: chęć bycia ważnym. Już nie chodzi o porozumienie, chodzi o PANOWANIE nad zwierzęciem, które waży tonę (to, że waży TONĘ jest informacją najwyższej wagi; czekam na moment kiedy ludzie zaczną dosiadać słonie). Chodzi tu bardziej o to, żeby pochwalić się niezwykłym sportem, niż o to by ten niezwykły sport wykonywać.


Dochodzę do sedna. Taki jaki jesteś na codzień, taki będziesz w jeździectwie. Jeśli jesteś wrażliwym człowiekiem, będziesz wrażliwym jeźdźcem. Jeśli jesteś nieśmiały, konie będą Cię dominować. Jeśli należysz do osób, które łatwo dostają białej gorączki, przy pracy z końmi nie będzie inaczej. 

Jeśli chcesz zmienić coś w swojej realcji z konmi, powinieneś zmienić najpierw to w sobie. 

Malwina

środa, 7 czerwca 2017

Koń "sztywny", koń "twardy"

Koń "sztywny", koń "twardy"


Przysłuchując się rozmowom jeźdźców, bardzo czesto wychwytuję w nich słowo: "sztywny". Koń jest sztywny, twardy, wybija i "w ogóle". A mnie, potrafiącej być wredną aż do bólu, na usta ciśnie się słowo: "a czemu?". Czemu Twój koń jest sztywny, twardy i czemu wybija? Może to taki jego kaprys? "A pobędę sobie twardy, powybijam trochę tych idiotów, do stajni nie będzie chciało im się przychodzić". No bo wiecie co... wydaje mi się, że nie. 

Zauważcie jak sztywna postawa konia wygląda. Zwierzę spina swoje mięśnie i wygląda prędzej na wystraszonego niż chcącego pokazać swoją siłę (zrobić nam coś "na złość"). 

Bo prawda jest taka, że zwierzę spina się gdy czuje dyskomfort. Psychiczny bądź fizyczny. 

Żeby koń przestał się spinać, musimy ten dyskomfort wyeliminować. Najpierw jednak musimy zdać sobie sprawę z czego on wynika. 

1. Dyskomfort psychiczny

Czyli, prościej mówiąc, koń źle się czuje. Albo boi się czegoś, albo nie rozumie Twoich próśb. W pewnym sensie jazda jest dla niego stresująca. 



a) koń nie rozumie Twoich próśb

W takim razie musisz mu przedstawić je inaczej. Zastanów się, czy problem wynika ze sprzeczności pomocy np. dając łydkę odchylasz się do tyłu oraz ciągniesz za wodze i w efekcie koń nie wie, czy ma iśc do tyłu czy do przodu; czy może Twoje pomoce są za mało precyzyjne lub niepoprawne np. do zagalopowania zamiast o 10cm, łydkę przesuwasz o 30 (oj, widziałam już ludzi dosięgających piętą - tak, piętą - zadu). 

b) koń się boi

A więc muisz przekazać mu, że to co widzi wcale nie jest takie straszne. O tym jak odczulać konie pisałam już dwa razy, a więc nie zamierzam się powtarzać:

A. PRACA Z KOŃMI NERWOWYMI
B. KONIE AGRESYWNE ZE STRACHU



2. Dyskomfort fizyczny

Jeśli niesiesz ciężki plecak, który boleśnie wbija Ci się w plecy - przyznasz sam - bardzo trudno jest Ci iść sprężyście, miękko i podśpiewując radośnie o pięknie drogi przez którą idziesz. Z koniem jest bardzo podobie. W momencie kiedy coś go "uwiera", zaczyna się spinać. 

a) jeździec jest spięty

To jest jedna z bardziej klasycznych sytuacji. Jeśli jeździec nie umie się rozluźnić, na koniu zachowuje się jak worek ziemniaków. Obija się o grzbiet zwierzęcia, który nie jest w stanie amoryzować takiego wstrzasu. To powoduje, że zaczyna się spinać. Dopiero kiedy jeździec się rozluźni, koń również będzie mógł się rozluźnić. 

b) problemy zdrowotne/ źle dopasowany sprzęt

Tu chyba nie muszę za wiele tłumaczyć. Jeśli siodło będzie źle dopasowane, konia będzie "uwierać" i w efekcie cały się zepnie. Taki efekt można uzyskać nawet poprzez "przymarszczony" czaprak. Ktoś powie "a dlaczego...?", ale prawda jest taka, że i my - ludzie -  potrafimy zachowywać się podobnie. Przykłądem może być "drapiąca" metka...



c) wypychanie zwierzęcia biodrami

Znacie mnie dobrze, wiecie jak ja nie znoszę wypychania zwierzęcia biodrami. Nie tylko wywołuje dyskomfort i usztywnienie konia, ale też zaburza płynność jego ruchu. Mówiłam to już sto razy, powtórzę poraz sto pierwszy: biodra nie są pomocą przyspieszającą.  

Malwina

piątek, 2 czerwca 2017

Ustawienie - co kryje się pod tą tajemną nazwą?

Ustawienie - co kryje się pod tą tajemną nazwą?

W ostatnim czasie naszym jeździeckim światem wstrząsnęła moda na słowo "ustawienie". Każdy używa go w innym kontekście, a z tryliardów definicji, którymi sobie to co powyższe tłumaczymy można by było zrobić cały słownik (wszakże każda definicja inna). A ja w tą modę zamierzam się wpisać i tak sobie korzystając z okazji wytłumaczyć Wam czym całe to ustawienie jest. 

Ustawienie to nic innego jak ustawienie ciała konia, a konkretniej jego szyi i głowy (ustawieniem więc nie nazwamy np. ustawienia nóg). Jak z pewnością wiecie (a na pewno wiecie, bo od niemalże roku trabię o tym non stop), ruch konia musi się gdzieś zacząć i tym poczatkiem bynajmniej nie jest szyja. Jest nią zad, a więc to on w dużym stopniu decyduje o jakości ustawienia. Innym czynnikiem jest praca grzbietu - jeśli grzbiet jest słaby, nie utrzyma dobrze szyi i głowy, a więc ustawienie będzie złe. 

Dość śmieszny fakt (ha, ha, ha) jest taki, że działa to również w drugą stronę: jeśli ustawienie będzie złe, to praca grzbietu będzie zła. Nie wierzysz mi? A jak zachowuje się grzbiet konia, kiedy zaczynasz ciągnąć za wodze? 


Co składa się na pracę nad ustawieniem?

Wiadomo, że każdy jeździec chce mieć konia ładnie noszącego swoją szyję - lekko zaokrągloną, "lekką". Prawda jest taka, że jeśli będziemy poprawnie pracować zadem i grzbietem (pozdrawiam wszystkie konie), to szyja ustawi się poprawnie. 

Ale od początku...

Młody koń, który nie ma jeszcze wyrobionych żadnych mięśni nie może "prawidłwo" nosić swojej szyi. Dlatego też pracując z maluchami nie wymagamy od nich żadnego wymyślatego ustawnienia: pierwszym etapem do którego dążymy jest po prostu przyjęcie kontaktu. O ile koń nie ucieka od niego ani nie wiesza się na wędzidle, uznajemy ustawienie za wystarczające. To przecież nie problem zganaszować konia, na siłę zgiąć jego szyję, komętując to słowami: "ależ piękne ustawienie". Trudność polega na tym, że całay koń ustawiony był dobrze. Żeby uzyskać ustawnienie bez koniecznej pracy wodzy. Bo nawet na cordeo da się zebrać konia.

Musimy więc przygotować konia fizycznie (psychicznie zresztą też) do pracy nad ustawieniem. Na to składa się to co następujące:

1. Praca grzbietu (mocne mięśnie grzbietu)
2. Praca tylnych nóg (mocne mieśnie nóg)
3. Praca mięśni szyi (muszę pisać?)
4. Rozluźnienie

Nasz cel: jazda na "zwykłym", niewymagającym kontakcie (lub zupełnie luźnych wodzach), ale z mocno zaangażowanym zadem i poprawnie pracującym grzbietem, w rozluźnieniu. 

Ćwiczenia, które do tego nas doprowadzą znajdziecie m.in. na moim blogu (wpis o ćwiczeniach - przejściach, skokach etc.). 
A oto wpisy do których przekierowuję ciekawskich:



Malwina
Copyright © 2014 JAK LEPIEJ JEŹDZIĆ KONNO? , Blogger
Wypasiony Katalog Stron