Pokazywanie postów oznaczonych etykietą problemy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą problemy. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 lutego 2021

Jak naprawdę wygląda praca z młodym koniem?

Jak naprawdę wygląda praca z młodym koniem?


O pracy z młodym koniem powstało wiele mitów. Że to coś poważnego. Że to takie fajne. Że przyjemne. Że wreszcie stajesz sie  tym, no, odpowiedzialnym jeźdźcem, że wreszcie coś umiesz. Poniekąd to prawda. Nie ma w jeździeckim świecie niczego bardziej ekscytujacego niż obserwowanie malucha, który z brzydkiego kaczątka staje się pięknym łabędziem. Z konia, który wariował na widok liści i który - pomyślećby - nigdy nie zaakceptowałby siodła staje się koniem, który odpowiada na pomoce, angażuje grzbiet. Nie ma niczego bardziej ekscytującego niż być pierwszą osobą, pod którą taki maluch skacze. Kiedy ten pierwszy raz najeżdżasz na przeszkodę i nie wiesz jeszcze gdzie nastąpi wybicie ani jak wysoko skoczycie, więc na wszelki wypadek skracasz strzemiona i modlisz się by tylko znaleźć się po drugiej stronie. 

Nigdy serce nie było mi mocnej niż wtedy gdy widziałam jak mój podopieczny wkręca się w skoki - chociaż wszyscy wiemy, że sama skoczkiem nie jestem. To niesamowite widzieć jak koń ekscytuje się na widok przeszkody, jak jeszcze bardziej przed nią przyspiesza, a Ty choć wiesz że musisz nauczyć go odpowiedniego tempa to jednak nie masz serca. Nie teraz. 

To niesamowite widzieć, kiedy wreszcie to coś zaskoczy. Kiedy dosłownie czujesz jak pod Tobą koń zacznie rozumieć o co Ci chodzi i zacznie dawać z siebie wszystko żeby to osiągnąć. Wreszcie, kiedy zrozumie że to co od niego wymagasz jest dla jego komfortu. Kiedy sam szuka kontkatu, kiedy się rozluźnia, kiedy parska pod koniec treningu, a Ty wreszcie przestajesz się czuć jak beztalencie. Wreszcie, kiedy porównujesz stare zdjęcia i nie możesz uwierzyć, że to co widzisz to ten sam koń. Po cześci dzięki Tobie. 

Ale. To wszytsko zajmuje czas. To wszytsko nie dzieje się z dnia na dzień. I nadejdą takie treningi kiedy przez pół godziny będziesz probować wejść na konia 1.50 w kłębie i przez te pół godziny nie dasz rady. 

Nadejdą takie treningi, kiedy Twoim celem będzie przekłusować jedną długość ujeżdżalni. Bo koń będzie tak się napalać że wszytsko poza stępem będzie samobójstwem. A Ty nieustannie będziesz próbować zakłusować jeszcze raz i jeszcze raz, wiedząc że każda kolejna próba skończy się rodeo z którego nie wiadomo w sumie, czy wyjdziesz cało. W ciągu takich dni zadasz sobie pytanie po co w ogóle to robisz i uwierz mi, nie będzie to ostatni raz kiedy powyższe zagości na Twoich ustach. 

Ludzie będą pytać Cię o nowe sukcesy i postępy, a Ty słuchając ich opowieści o lotnych zmianach nogi i ciągach będziesz uśmiechać Cię pod nosem. Jeśli pokusi Cię by opowiedzieć im jak od tygodnia uczysz konia, że wybieganie pełnym galopem z ujeżdżalni nie jest figurą ujeżdżeniową, nie licz na duże zrozumienie. 

Ucząc się z młodym koniem niejako cofniesz się do początków. Masz dobry dosiad? Co z tego jeśli Twój koń nie jest jeszcze dostosowany by go dźwigać. Cud jeśli wreszcie zaczniesz anglezować, na razie szykuj się na długie godziny w jakże znienawidzonym półsiadzie. Wiesz jak zebrać konia? Trudno, Twój koń tego nie potrafi. Potrafisz przekazać najbardziej trafne pomoce? Jakie będzie Twoje zdziwienie kiedy odkryjesz, że on ich nie rozumie. 

Zacniesz doceniać tak proste i oczywiste rzeczy, że siebie samego będzie to śmieszyć. Jak to żeby iść prosto. Jak to żeby nie zjeżdżać z trasy. Jak to żeby nie uskakiwać na widok bramki. 

Będziesz się trochę tak czuć, jakbyś Ty sam uczył się jeździwectwa od początku. Jakby wszystko było nowością. Z każdym kolejnym koniem jeszcze raz nauczycie się, że cavaletti nie są po to by zjadać małe koniki, że zapięcie popręgu nikogo nie udusi. Cofniesz się do momentu, w którym nie będziesz mógł czegoś zrobić, bo jeszcze tego nie umiesz. I chociaż technicznie rzecz biorąc dałbyś radę, musisz okiełznać swoje ambicje i pójść te parę kroków wstecz. Bo wiesz, że ta tylko parę centymetrów wyższa stacjonata mogłaby na dobre zabić jego zapał do skoków, że to jedno ustępowanie od łydki mogłoby go tylko sfrustrować. Więc nie robisz tego. I chociaż widzisz jak po drugiej stronie ujeżdżalni szykują się do Mistrzostw Polski czy Bóg tylko wie czego, Ty po raz kolejny ustawiasz 30 cm krzyżaka dla swojego młodego. Być może teraz nie ucieknie z ujeżdżalni. 

M. 

MAŁA INFORMACJA

Kochani! Jak zawsze bardzo mocno Was ściskam i jeszcze bardziej dziękuję za bycie ze mną. Nigdy nie sądziałam, że dojdę do momentu, w którym na facebooku znajdę ponad 1000 osób, które chcą na bierząco śledzić mojego bloga. To coś w co naprawdę trudno mi uwierzyć, nawet teraz. Dziękuję Wam bardzo za komentarze, za wiadomości prywatne, za wszystkie ciepłe słowa oraz reakcje pod postami. Wy wiecie, że nie jestem ani najbardziej zorganizowaną, ani najbardziej systematyczną osobą na tym świecie, a jednak dajecie mi tyle wsparcia (dużo więcej niż na to zasługuję), że zawsze z uśmiechem na buzi tu wracam by napisać kolejny wpis. Bardzo Wam za to dziękuję <3 


czwartek, 31 grudnia 2020

Czy patenty jeździeckie są złe?

Czy patenty jeździeckie są złe?

 


Patenty jeździeckie są złe. Czemu? Po prostu. Być może kiedyś ktoś mądry tak powiedział, być może ten mądry ktoś wcale nie był mądry, a może wcale nawet nie istniał. Nie wiadomo. Na wszelki wypadek lepiej nie drążyć tematu, lepiej zamilknąć, lepiej powtarzać że patenty są złe i modlić się by ktoś pośrodku zażartej kłótni nie wygarnął Wam, że wiecie co to czambon. Poniekąd jest w tym racja i jeśli myślę o tym, co patenty zrobiły w nieodpowiednich rękach to może i lepiej by nikt nigdy nie wpadł na to, by wprowadzać je do przemysłu jeździeckiego. A jednak czasem używam go, tego rzekomego narzędzia tortur i stwierdzam, że czasem, ale tylko czasem, patent może pomóc. Ten post nie ma na celu nikogo do czegokolwiek zachęcać ani zniechęcać, a jedyne czego chcę to by wreszcie przestać demonizować rzeczy, które nie są ani białe, ani czarne. A zatem do dzieła. 


Pokora 


Myślę, że w szczególności w tak delikatnej kwestii warto zacząć od jakże mało nowoczesnego słowa. Pokora. W jeździectwie potrzebujemy jej jak nigdzie indziej, a jednocześnie brakuje nam jej jak niczego innego. To chyba tu leży największy problem z patentami. Bo gdyby jeźdźcy używali ich w celu w jakim zostały stworzone - czyli żeby wskazać koniowi w jaki sposób pracować i pomóc przy wzmocnieniu mięśni - nie byłoby problemu. A jednak gdzieś nastąpił błąd i patenty stały się prostym sposobem by bez większych umiejętności i z zerowym nakładem czasu dojść do miejsca, do którego mistrzowie dochodzili latami. Wystarczy przypiąć do wędzidła dwa paski, ścisnąć odpowiednio mocno i koń nie posiadający żadnych mięśni jest zebrany. A że plecy wklęsłe, że zad gdzieś daleko, to może sędzia nie zauważy. 


Zanim zaczniemy używać patenty musimy zastanowić się po co nam one, czy na pewno są potrzebne, a także czy ich użyciem nie chcemy tuszować naszych własnych braków. Bo niestety, ale nie tędy droga. 


Trener


Wydaje mi się, że dobrym rozwiązaniem byłoby gdyby jeźdźcy przestali bawić się patentami na własną rękę, a zaczęli korzystać z nich pod okiem kogoś, kto zna się na rzeczy. Niestety takie myślenie jest nieco utopijne, bo doświadczenie podpowiada mi, że tytuł trenera nie zawsze idzie w parze ze zdrowym rozsądkiem, powiedziałabym raczej że zachodzi tu zjawisko odwrotnej korelacji, ale to chyba już temat na inny post. 


I wiem, że zdążają się instruktorzy, którzy swoim podopiecznym już w szkółkach dają do rąk patenty. Bo dziecko nie umie poradzić sobie, bo tak bezpieczniej. Powiem tak. Nie mnie to oceniać. 


Ale gdzieś tam, gdzieś w idealnym i nieistniejącym świecie są trenerzy, którzy proponują użycie patentów tylko wtedy, gdy jest to pomocne. Czyli... no właśnie... kiedy? 





Dla kogo są patenty?


Patenty nie są dla jeźdźca, tylko dla konia. Myślę że to zdanie (wypowiadane wielokrotnie przez moich trenerów) mogłoby stanowić sedno mojego postu. Patenty nie służą temu żeby skorygować błędy ręki, ani by pomóc niedoświadczonemu jeźdźcowi. Jedyną rację bytu ma patent w przypadku konia, który ma pewne problemy nawet pod doświadczonym jeźdźcem i wtedy tenże doświadczony jeździec może ich używać. Ale też nie by wymusić jakąś pozycję głowy, ale by bardziej wskazać jaką drogą podążać. Ostateczny efekt powinien być taki, że koń zaczyna pracować grzbietem. Jeżeli tak się nie dzieje - wywalamy patent. 


Ja na przykład używam wypinaczy podczas lonżowania. Praktycznie zawsze. Wychodzę z założenia, że co jak co, ale na loży to naprawdę działa. Z doświadczenia widzę, że konie lepiej angażują grzbiet i zad (pamiętajcie że to o nie w jeździectwie chodzi), a to sprawia że lonżowanie nie jest bezsensownym bieganiem w kółko, a koń faktycznie buduje swoje mięśnie. 


Inna sytuacja to gdy koń jest tak "zniszczony" że gdy jeździ pode mną to czuję jak bardzo ma wklęsły grzbiet i widzę, że jazda na nim pogłębia problem, a ja nic z tym nie mogę zrobić. Wtedy idę do kogoś mądrzejszego ode mnie, pytam co zrobić i czasem odpowiedzią jest "a spróbuj z patentem". No i próbuję. 


Myślę że najważniejsze w patentach jest to, by obserwować jaki wpływ wywierają na konia. Bo pamiętajmy że każdy koń jest inny i co dla jednego jest pomocą, innemu zrobi krzywdę. Jeżeli tylko widzimy pierwsze oznaki dyskomfortu to, do cholery, przestańmy. Ale jeżeli widzimy, że koń zaczyna budować mięśnie grzbietu i praca staje się coraz lepsza, to czemu by nie kontynuować? 


Myślę że odpowiedzią na wszystko jest zdrowy rozsądek i wyczucie. A jeżeli ktoś go nie ma, to niech chociaż pamięta że mniej zawsze znaczy więcej. 


M.


MAŁA INFORMACJA


Jeszcze raz bardzo dziękuję wszytskim tym, którzy dotarli ze mną aż do końca. Dziękuję Wam za wiadomości, za komentarze, za reakcje pod postami i lajki na facebooku. To bardzo wiele dla mnie znaczy <3 Dziękuję przede wszytkim za to, że jesteście i życzę wszytkiego dobrego w zbliżającym się Nowego Roku!

sobota, 22 sierpnia 2020

Jak oduczyć konia twardego w pysku stawiania oporu?

Jak oduczyć konia twardego w pysku stawiania oporu?

Konie twarde w pysku to codzienność, codzienność z typu tych, które sami sobie zgotowaliśmy. Nie możemy mieć pretensji do nikogo innego jak tylko do nas samych, do naszych krzywych kręgosłupów, spiętych mięśni i zaciśniętych palców. To wina zbyt ostrych wędzideł w stosunku do zbyt małych umiejętności i zbyt dużych ambicji w stosunku do zbyt małej wiedzy. To wina bólu, który zadaliśmy całkiem nieświadomie, bólu, przez który jeździectwo staje się karykaturą. A koń broniąc siebie, swój jakże wrażliwy pysk i, nieprzystosowany by nas wozić, kręgosłup, zapiera się przed dyskomfortem czym tylko się da, całym swoim ciałem. Zamiast swobodnie ruszać grzbietem, spina go i usztywnia, drobi małe kroczki. Wreszcie, czując nieustanną presję na pysku, bądź też sporadycznie odbijające się o zęby wędzidło (w przypadku jeźdźca jeżdżącego bez kontaktu, bo tak naturalnie i tak nie boli) zaczyna napierać na źródło dyskomfortu. U koni naturalną reakcją na napieranie jest napieranie. Dlatego właśnie im bardziej ciągniemy za wodze, tym bardziej koń ciągnie, czyniąc jeździectwo podobne do przeciągania liny. 


By pracować z koniem twardym w pysku, trzeba przede wszystkim nie sprawiać dyskomfortu. Dobry dosiad to podstawa wszystkiego, podstawa,  która jednak nie wystarcza. Koń nauczony by się bronić przed kontaktem, nie wie, że można inaczej. I dlatego właśnie trzeba go nauczyć jak wygląda poprawną jazda. Przede wszystkim, trzeba uzbroić się w cierpliwość. Trzeba też iść na kompromisy - ze swoimi ambicjami, bo oczekiwanie szybkich rezultatów to droga donikąd. Im szybciej nauczymy się w jeździectwie cieszyć z małych sukcesów, tym lepiej dla nas bo unikniemy poczucia rozgoryczenia.   

Żeby wytłumaczyć jak ja rozumiem prawidłową pracę z pyskiem konia (czy to "twardego" czy "miękkiego") powołam się na słowa Nuno Oliviera. Mogłabym oczywiście użyć swoich własnych słów, ale po co jeśli Mistrzu zrobił to tak trafnie, że ja bym tylko popsuła. 

Pozwólcie, że powtórzę. Niech Twoje ręce będą jak beton, kiedy koń się opiera i jak masło, kiedy ustępuje. Śmiem twierdzić, że jeśli jeźdźcy umiejętnie stosowali by się do tych słów, koni twardych w pysku by nie było. Bo wszystkie problemy z kontaktem (no dobra, może nie wszystkie. Ale dużo.) zaczynają się, gdy jeździec zapomina o tej "drugiej" roli ręki. Ręka w jeździectwie nie jest ani masłem, ani betonem. W zależności od sytuacji (czytaj: od tego jak zachowuje się pysk) musi dostosować się i albo stać się twarda, albo miękka. 

Jeżeli koń jest twardy w pysku w danym momencie, ręka musi być stanowcza, zamknięta. Koń nie może bowiem opierać się jej działaniu. Trzeba "sprowokować" konia, by ten odpuścił. Jeżeli tak się stanie, jeszcze w tej samej sekundzie ręka ręka musi ustąpić, a kontakt (choć nadal utrzymany) musi być jak masło. W ten właśnie sposób koń uczy się, że warto odpuszczać. Należy dążyć do tego, by robił to jak najszybciej, a gdy tylko odpuszcza - nagradzać go zmiękczeniem ręki. Koń właśnie w ten sposób się uczy - dąży do tego by presja (oczywiście krótkotrwała!!!) była odpuszczana i w ten sposób uczy się odpuszczać. Odpuszczać czyli przestać zaciskać zęby, rozluźnić szczęki, miękko podążać za ręką. 



Szkoleniu właśnie na tym polega - na naprzemiennym dozowaniu presji i odpuszczania. Presja powinna trwać tylko chwilę, ułamek sekundy i od razu powinna być przerywana (w przeciwnym wypadku koń zacznie napierać na pomoc - czy to będzie ręka czy łydka).  

Moja trenerka zawsze mówi mi swoje słynne zdanie: "push and let go". Czegokolwiek w danym momencie nie wymagasz, po trwającej chwili presji musisz odpuścić. Nawet jeżeli koń nie zareagował w 100% idealnie, ważne żeby zrobił mały kroczek do przodu. Koń w ten sposób uczy się, że opłaca się odpuszczać napięcie w swoim pysku i z każdym kolejnym ćwiczeniem robi to coraz szybciej i chętniej. 

Ponadto, wywołując krótką presję zamiast ciągnięcia, uniemożliwiamy koniowi zawieszanie się na wodzy i wieszanie na naszych rękach (a w końcu tym jest koń twardy w pysku). Wywierając presję (wybaczcie za to stale powtarzające się niefortunne słowo), a następnie zabierając ją a więc i oparcie na którym koń mógł się "uwięzić", uczymy konia że nie może on przeciwstswiać się naszym rękom. 



Bardzo ważne jest, by nie pracować z koniem mechanicznie, ale wyczuwać w to nad czym akurat się pracuje. Wyczucie pomaga stwierdzić czy koński pysk opiera się i należy być "jak beton" czy już się rozluźnił. Trzeba działać bardzo szybko i widzieć choćby ledwo odczuwalne zmiany. Pamiętajcie również o tym, że presja sama w sobie nie może być długa, bo w przeciwnym razie koń uwiesi się na wędzidle i  zacznie mu opierać jeszcze bardziej. 

W słowach mojej trenerki "push and let go", część "let go" jest równie ważnym komunikatem co "push". To bowiem właśnie wtedy jest czas, by koń polubił się z naszą ręką i odkrył jaki przyjemny potrafi być kontakt jeśli się tylko odpuści. 

Ostatecznie najważniejsze jest to, co dzieje się w naszej głowie. Nie chodzi o to żeby rytmicznie poruszać palcami, zaciskać je i rozluźniać (choć z boku może to tak wyglądać). Polega to prędzej na tym, by czuć, że najpierw robię to, potem to i widzę jak koń reaguje. Jeśli tylko reaguje źle - mogę swoją pracę skorygować. 

Podsumowanie

To co najważniejsze, żeby z tego postu wyciągnąć to fakt, że nasze ręce mają dwie funkcje - mogą być masłem lub betonem. Umiejętnie korzystając z tej informacji, naprzemiennie pracując presją i odpuszczaniem, nauczycie konia by chętnie przyjmował kontakt i nie przeciwstawiał się ręce.

I chociaż w teorii brzmi to całkiem prosto, o tyle opanowanie tego w praktyce zajmuje niekiedy i całe życie. Wiem coś o tym, bo pisząc o jeźdźcach twardych, sztywnych i nieumiejących jeździć nie myślę wcale o jakiś fikcyjnych postaciach, ale przede wszystkim o sobie. Ale nie opuszczam głowy, wręcz przeciwnie, idę dalej  dając z siebie coraz więcej, bo wiem, że nie robię tego dla siebie, ale dla wszystkich koni, na których przyjdzie mi jeszcze jeździć. Z czystym sumieniem mówię, że jest warto. 

M. 

MAŁA INFORMACJA

Bardzo Ci dziękuję jeśli dotarłeś aż tutaj ❤️ To bardzo wiele dla mnie znaczy. Jeżeli post pomógł Ci zrozumieć (chociaż troszeczkę) jak powinna działać ręka jeźdźca - nie zapomnij zostawić pod nim reakcji. Jeżeli masz coś do dodania, a może jeszcze czegoś nie rozumiesz lub też nie zgadzasz się ze mną zupełnie - sekcja komentarzy jest odpowiednim miejscem, żeby powiedzieć co myślisz.

Równocześnie zapraszam Was do odwiedzenia mnie na Facebooku, będzie mi bardzo miło ❤️ za każde wsparcie jeszcze raz dziękuję i ślę pełno buziaków!


wtorek, 18 sierpnia 2020

W KTÓRYM MOMENCIE PRZESTAJEMY BYĆ POCZĄTKUJĄCYMI? PO CZYM POZNAĆ DOBREGO JEŹDŹCA?

W KTÓRYM MOMENCIE PRZESTAJEMY BYĆ POCZĄTKUJĄCYMI? PO CZYM POZNAĆ DOBREGO JEŹDŹCA?

Bardzo lubię rozmawiać z jeźdźcami i mówię to bez cienia sarkazmu. Lubię szczególnie początkujących, tych co dopiero co zaczynają i z jeszcze nieskażonymi umysłami próbują zrozumieć nasz jakże skomplikowany świat. Lubię ich zapał i to jak ze świecącymi się oczami opowiadają mi o pierwszej lonży, pierwszym zakłusowaniu, pierwszym samodzielnym galopie, skoku. Zawsze mam ochotę wtedy zapytać - a, to Ty jeszcze nie wiesz? Jeszcze nie wiesz ile nocy będziesz płakać bo nie umiesz czegoś zrozumieć, bo nie umiesz tego zrobić choć to logiczne? Ty jeszcze nie wiesz że chociaż będziesz i galopować i skakać to i tak zanim nazwiesz się dobrym jeźdźcem minie wiele czasu i łez? Zwykle jednak gryzę się w język i nic nie mówię. 

Jeźdźcy, szczególnie Ci początkujący, chociaż nie tylko, często zadają mi jakże nurtujące pytanie - kiedy wreszcie przestaje się być początkującym. W końcu każdy kto zajmuje się sportem chciałby nazywać się mistrzem, ekspertem w swojej dziedzinie. W jakiś sposób to nawet rozumiem. Niestety jednak w jeździectwie nic nie jest tak proste.

Są różne teorie. Że dobrym jeźdźcem staje się gdy tylko zejdzie się z lonży. Że gdy zacznie się samodzielnie galopować. Skakać. Inne, że potrzeba do tego licencji. Brązowej. Srebrnej. Jeszcze inne, że trzeba brać udział w zawodach,  osiągać określone wyniki albo jeździć określoną liczbę lat. Dwa, pięć, dziesięć. Z żadną z nich się nie zgadzam. 



Według mnie dobry jeździec zaczyna się wtedy gdy siedząca na koniu osoba nie tylko na tym koniu wysiedzi, utrzyma się i wyegzekwuje swoje prośby (choć to oczywiście wymagana podstawa bez której ani rusz), ale przede wszystkim potrafi z tym koniem pracować. To osoba, która wsiadając na sztywnego konia będzie tak z nim pracowała, że go uelastyczni. To osoba, która nauczy nieposłusznego konia szacunku. Osoba, która nauczy konia twardego w pysku elastycznego kontaktu. To taki ktoś, komu możesz dać Twojego konia w ciemno, bo wiesz że nie tylko go nie zepsuje, ale wręcz mu pomoże. Dobry jeździec to ktoś, kto rozumie, że jeździectwo nie polega wożeniu swojego tyłka w siodle, ale na szkoleniu zwierzęcia. Bo w jeździectwie nie tyle chodzi o człowieka, co o konia. 

Ostatnio moja znajoma spytała mnie czy może wsiąść na mojego konia. Osoba poruszająca się sprawnie w trzech chodach, potrafiąca skakać, nawet jakieś malutkie zawody na koncie. Zgodziłam się. Wzięłam ją na parę minut lonży i niestety szybko musiałam stwierdzić, że nowy jeździec mojemu koniowi wcale nie przypadł do gustu. Koń zesztywniał, unikał kontaktu i wyglądał jakby w pracy cofnął się o parę miesięcy wstecz. Kiedy indziej z kolei na mojego konia wsiadła doświadczona trenerka. Chociaż na samym początku koń zachowywał się tak samo jak pode mną, wystarczyło pół godziny jej umiejętnej pracy by koń przeszedł metamorfozę. To właśnie pokazuje, że w zależności od tego kto siedzi w siodle, ten sam koń może zachowywać się bardzo różnie. Nic oczywiście nie dzieje się samoistnie, jeździec nie przekazuje komunikatów za pomocą telepatii. Wręcz przeciwnie, dobry jeździec pracuje, umiejętnie używając swoich trzech pomocy, a także dobierając odpowiednie ćwiczenia do potrzeb i umiejętności konia. Zwykle taki jeździec wie jednak, że szkolenie zajmuje czas i nie oczekuje szybkich efektów. Bo w jeździectwie co szybkie, to z reguły niepoprawne. 



Jak więc stać się dobrym jeźdźcem? Na samym początku musimy nauczyć się po prostu utrzymać na koniu. Dla naszego aparatu ruchu jest to bardzo nowa i jakże niebezpieczna sytuacja, do której ciało musi po prostu przywyknąć. Na samym początku nawet stęp potrafi być wyzwaniem dla nieprzyzwyczajonych mięśni i stawów. I chociaż ambicje galopują już po najwyższych parkurach, to tej fizycznej bariery się nie przeskoczy. Ciało musi przyzwyczaić się do nowej sytuacji, mięśnie dotąd nieużywane muszą się wzmocnić, błędnik nauczyć równowagi. Po stępie przychodzi kłus, galop. Dopiero gdy jeździec siedzi już w miarę pewnie, może myśleć o tym by nie tylko siedzieć, ale by robić to z klasą. Przychodzi czas na szkolenie swojego dosiadu, do czego potrzeba trochę wiedzy teoretycznej, jazd bez strzemion i przede wszystkim dużo praktyki. Dopiero jeździec mający dobry dosiad przestaje być dla konia niewygodnym pasażerem i przestaje sprawiać dyskomfort, jest po prostu neutralny.  



Równolegle jeździec powinien uczyć się, by kierować koniem. Uczy się jak poprosić o zatrzymanie, o ruszenie do przodu, zrobienie koła, zagalopowanie i wiele innych. W ten sposób przestaje być  biernym pasażerem, przybiera na koniu pozycję tego, co decyduje o sytuacji i uczy się że żeby osiągnąć efekty to on (a nie koń) w hierarchii musi być ustawiony wyżej, jako ten co wydaje komendy. Bardzo nie lubię szkółek ze względu na to, że nie zawsze dają swoim adeptom możliwość nauczenia się tych umiejętności. No bo jak kiedy zastęp składa się z sześciu koni i każdy kolejny idzie tam, gdzie widać tyłek poprzedniego? 

Żeby kierować koniem, trzeba używać pomocy i jeździec, na początku nieporadnie, uczy się by ich pracę koordynować. Na samym początku kopie by ruszyć i ciągnie za pysk by zatrzymać. Z czasem dopiero uczy się odpowiedniego natężenia i precyzji. W tym samym czasie rozwija się wyczucie - jeździec zaczyna czuć kiedy i w jaki sposób oddziaływać na konia. 



Wreszcie, gdy wszystkie powyższe umiejętności są w miarę opanowane (bo w 100% się nie da, taka smutna prawda), ten sam jeździec zaczyna widzieć błędy i niedociągnięcia u konia. Na początku się frustruje i nie wie co ma z nimi zrobić. Potem uczy się nazywać je po imieniu i, chociaż nadal nie umie z nimi pracować, to jest o krok milowy dalej bo wie przynajmniej NAD CZYM na pracować. Jeżeli ma dostęp do dobrej literatury i rozsądnego trenera, to powoli zacznie rozumieć przyczyny problemów  i w jego głowie pojawi się plan działania. Metodą prób i błędów będzie starał się uzyskać u konia poprawę i jeśli  mu się uda chociaż w małym stopniu - wtedy w moich oczach przestanie być początkującym jeźdźcem. 
Co nie oznacza, że droga przed nim nie jest długa, znacznie dłuższa od tej, którą zaczynał.

M.

MAŁA INFORMACJA

Przede wszystkim bardzo Wam wszystkim chciałam podziękować. Dziękuję za to że nadal tu jesteście, że nadal mnie czytacie, piszecie do mnie (nawet jeżeli w ostatnim czasie odpisywałam ze znacznie większym opóźnieniem - za to przepraszam), a także odwiedzacie mojego Facebooka. To bardzo wiele dla mnie znaczy. 

Jeżeli podobał Wam się post, koniecznie zostawcie pod nim reakcje, a jeśli jeszcze tego nie zrobiliście - odwiedźcie mojego Facebooka by na bieżąco dostawać informacje o nowych postach. Trzymajcie się ciepło ❤️



środa, 4 marca 2020

Jak uniknąć odmowy skoku?

Jak uniknąć odmowy skoku?

Tak się ostatnio stało, że ja i mój Koń postanowiliśmy poskakać. To znaczy ja postanowiłam poskakać, a on że nie miał w tej sprawie nic do gadania no to bądź co bądź musiał się zgodzić. Oczywiście jak to w życiu bywa pierwszą stacjonatę nie tylko przeskoczyłam sama ale też sama zaliczyłam spektakularną zrzutkę zahaczając nogami o metalowe stojaki. Oczywiście drągi pospadały, miałam na tyle szczęścia by nie oberwać nimi w głowę, ale na tyle nieszczęścia by z wrażenia przygryźć sobie wargę i potem przez tydzień wyglądać jak po botoksie, co nie było akurat takie złe. 

Powiecie - zdarza się każdemu. Problem taki że mi zdarzało się to bardzo często, że Koń nie zawsze chciał ze mną skakać i tak średnio jeden na trzy skoki kończył się odmową albo uskokiem.

Najlepszy był jednak komentarz trenerki, którzy usłyszałam kiedy taka obolała, z krwią na ustach i piachem w oczach, a przede wszystkim urażoną dumą i myślą że już nigdy więcej, wstałam z ziemi. 

"Po Tobie to już od początku widać było, że on tego nie przeskoczy"


Trenerkę znam na tyle dobrze, by wiedzieć że nie był to kolejny przytyk w moją stronę, ale chłodna analiza faktów. Skoczkowie mają w sobie ten dryg do przewidywania faktów, który mi jako ujeżdżeniowcowi jest zupełnie obcy. 



Co tu więcej mówić, od kiedy we wrześniu oprócz treningów ujeżedżeniowych zaczęłam bawić się w skoki, nauczyłam się że jest takie parę przesądzających czynników, które sprawią że koń nie przeskoczy przeszkody. 

No dobrze, jak więc uniknąć odmowy skoku?

Kiedy zaczynamy cokolwiek poprawiać w jeździectwie, zawsze należy zaczynać od podstaw, czyli rzeczy najbardziej banalnych, o których nawet dzieci w szkółce mają pojęcie. Zanim uznam, że mój koń nie nadaje się do skoków (no chyba że jest koniem fryzyjskim, wtedy oddaję honor) przeanalizuję czy na pewno wszystko robię poprawnie - zaczynając od największych truizmów. O ile w ujeżdżeniu naszą check-listą może być piramida szkoleniowa, o tyle skoczkowie też mają coś na kształt takiej piramidy. 

Na pierwszym miejscu znajduje się tempo. Tempo samo w sobie nie jest niczym trudnym do osiągnięcia, bo polega ni mniej ni więcej na tym, żeby koń galopował energicznie. Zanim zaczniemy bawić się w najazdy, zanim zaczniemy liczyć dystanse, nic nie osiągniemy jeśli tempo będzie złe. 

Podczas skoków koń ma galopować. O ile przeszkody są trochę wyższe, a parkur trochę bardziej skomplikowany to jadąc spokojnym, wolnym galopem koń nie da rady się odpowiednio wybić (przynajmniej w jego mniemaniu) i tym samym  nie przeskoczy przeszkody.

Tempo przy wyższych parkurach jest naprawdę zabójcze, przynajmniej z perspektywy ujeżdżeniowca siedzącego na grzbiecie konia, bo na nagraniach wcale aż tak spektakularnie to nie wygląda. W tym wypadku starajcie się zaufać Waszym trenerom, bo ich obiektywna ocena lepiej Wam powie czy tempo jest odpowiednie niż Wasze odczucia. 



Owszem, zdarza się że tempo jest za szybkie, ale to naprawdę mały odsetek bo większość z nas zabiera się za skoki jadąc chodem, którego skoczek nie nazwałby prawdziwym galopem. Co więcej, zdarza się że jeźdźcy uważają że ich konie gnają na przeszkodę, podczas gdy w rzeczywistości tempo jest prawidłowe. Jest to rzecz, którą ocenić może doświadczony trener, szczególnie jeżeli Wam nie jest jeszcze po drodze że skokami. 

Drugą rzeczą, która nie wiem czy znajduje się w jakiejkolwiek piramidzie, ale według mnie jest bardzo ważna - to kontrola nad koniem. Kontrola, a właściwie posiadanie konia na pomocach. Nie lubię jednak używać tego zwrotu, bo mało kto go rozumie, a ktoś w jeździectwie czegoś nie rozumie to zwykle zamiast pytać o wyjaśnienie udaje, że wie o co chodzi, a następnie nie wciela tego w życie. 

Chodzi o rzecz bardzo prostą, a mianowicie o to by nie zapominać o ręcę i łydce podczas najazdu. O łydce będziecie pamiętać nadając odpowiednie tempo, dlatego chciałam tutaj wspomnieć o wodzach. 


Wodze podczas najazdu muszą być napięte i to jest rzecz bardzo ważna, wręcz kluczowa. Jeżeli koń poczuje że Twoja ręka jest niepewna, trzyma wodze delikatnie i daje mu choćby najmniejszą możliwość ażeby przeszkody tej nie przeskoczyć - to z całą pewnością Wam powiem że koń nie będzie się długo wahał i skorzysta z okazji. 





W większości przypadków jeżeli parkur nie jest bardzo skomplikowany (a nie oszukujmy się - zwykle nie jest) to koń jadący odpowiednim tempem i na pewnym (żeby nie mówić mocnym) kontakcie przeskoczy przez większość przeszkód bo nawet do głowy mu nie przyjdzie żeby zrobić inaczej. 



Kiedy koń porusza się dobrym galopem, który ma odpowiednio szybkie tempo, jeździec nie zaburza mu równowagi, a do tego jest na pomocach to można wtedy zaczynać najazd. 



Linie w skokach powinny być przede wszystkim płynne. Chodzi o to, że zrobienie nagłego skrętu może spowodować odmowę. Koń bowiem potrzebuje czasu żeby przeszkodę zobaczyć i mentalnie przygotować się na jej przeskoczenie. W takim wypadku dużo lepiej jechać po łuku i pozwolić zwierzęciu opatrzyć się z przeszkodą. Wszystkie nagłe manewry mogą w jeździectwie szybko kończyć się buntem zwierzęcia. 



Jeżeli chodzi o dystanse, bo wiadomo że budzą one duże zainteresowanie, to powiem Wam że na samym początku nie są one aż tak ważne. Nie chodzi o to, że należy o nich zapominać, po prostu przy niższych przeszkodach (które koń gdyby mu się chciało to i z miejsca by przeskoczył) to nie one decydują o odmowie. Jeżeli parkur 1.20 wzwyż przejedzie się mając marne dystanse, koń nie będzie się w stanie wybić. Jednak przy niższych przeszkodach winę za nieoddanie skoku ponoszą zwykle zbyt gwałtowne najazdy, zbyt wolne tempo i za mało konia na pomocach. Dystanse są tutaj drugorzędne.



Co jednak gdy robię wszystko dobrze a koń i tak nie skacze? 





Jest taka możliwość, że koń zauważywszy że może nie oddać skoku dojdzie do wniosku, że sprawia mu to dużo większą frajdę niż samo skakanie i przestanie skakać w ogóle. 



W takim wypadku trzeba go nauczyć, że jednak wymaga się od niego przeskakiwania przez przeszkody, a kluczem jest tutaj konsekwencja. 



Jeżeli koń postanowi uskoczyć przed przeszkodą to należy go natychmiast (z podkreśleniem na słowo natychmiast) zatrzymać do stój. Nie można w każdym razie pozwolić by po takim uskoku galopował sobie dalej jakgdyby nigdy nic. Dopiero jeżeli koń się zatrzyma to można wrócić do kolejnej próby najazdu. 



Pomocne mogą być drągi za pomocą których zrobi się korytarz uniemożliwiający uskoczenie tuż przed przeszkodą. Ostatecznie pomóc mogą osoby z ziemii. 




Pamiętajcie że jeżeli koń nie skacze tylko i wyłącznie ze swojej złej woli to jedynym sposobem do nauczenia go skakania będzie stanowczość. Warto w takich przypadkach zaczynać od drągów, przeszkód bardzo niewielkich i prostych najazdów. Przy tym wszystkim należy jednak egzekwować by koń za każdym razem przeskoczył, nawet jeśli miałoby to być z miejsca. Jeżeli bowiem koń zauważy że raz może nie przeskoczyć, z całą pewnością zrobi to po raz kolejny. 

Malwina

MAŁA INFORMACJA

Jak zawsze bardzo dziękuję Wam za przeczytanie tego postu i dotrwanie aż do końca ❤️ Jeżeli w tym miejscu chcecie się podzielić Waszą reakcją na jego temat to zachęcam do pozostawienia "buźki" pod spodem wpisu. Zapraszam również na nową stronę na Facebooku, gdyż przynależność do niej pozwoli Wam szybciej dowiadywać się o nowych postach. Buziaki!

środa, 19 lutego 2020

8 powodów przez które nie umiesz wysiedzieć kłusa ćwiczebnego

8 powodów  przez które nie umiesz wysiedzieć kłusa ćwiczebnego

Są tacy jeźdźcy, którzy wystarczy że usiądą na koniu a już wyglądają jakgdyby szkolili się u olimpijczyków, jakgdyby cały ten nieporadnie ruszający się zwierz nie zaburzał ich wewnętrznej równowagi i jakgdyby całe to obijanie tyłka po siodle sprawiało im przyjemność. Takim jeźdźcom nie śniły się siniaki na udach, tacy jeźdźcy nie wiedzą jak to jest płakać po kolejnym nieudanym treningu. Takim jeźdźcem na pewno nie jestem ja.

Kłus ćwiczebny był czymś co zawsze sprawiało mi ponad przeciętne trudności i dopiero od niedawna mogę powiedzieć, że na koniu usiedzieć nie tylko umiem, ale też nie wyglądam już przy tym jak telepiący się po grzbiecie mojego rumaka worek ziemniaków.

Myślę że kłus ćwiczebny to coś o czym powinno się mówić, pisać i powtarzać coraz to kolejnym pokoleniom, że nie - nie jest on prosty i że tak - to normalne że sprawia trudności. Patrząc na to z innej strony, dziwnym byłoby gdyby utrzymanie się na podskakującym zwierzęciu które stawia swoje nogi parami po przekątnych było czymś naturalnym z czym rodzi się każdy człowiek. Z ewolucyjnego punktu widzenia - totalny nonsens.

Pisałam już wiele razy w jaki sposób wysiedzieć kłus ćwiczebny, w tym poście skupimy się jednak problemach, które sprawiają że mimo przeczytaniu tysięcy książek i poradników, kłusa ćwiczebnego nie wysiedzisz. 



POWÓD 1: POCHYLANIE DO PRZODU


Zanim przejdziemy do elementów, które są znacznie bardziej skomplikowane zarówno do zrozumienia jak i skorygowania, zaczniemy od stosunkowo prostej rzeczy. Pozwólcie, że zadam Wam pytanie. Spójrzcie na ujeżdżeniowe lustro i powiedzcie mi z ręką na sercu i zupełnie szczerze - czy Wasza sylwetka podczas kłusa jest na pewno prosta? Zwróćcie uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze - zupełny klasyk - czy Wasze ciało na pewno zachowuje prostą linię pomiędzy uchem, barkiem, biodrem i piętą?


Tu nie chodzi tylko o kwestie estetyczne. Jeżeli Wasz tułów pochylony jest do przodu to powoduje to drugą kwestię czyli zmianę  w rotacji miednicy. Mówiąc prościej, Wasza miednica nie jest ułożona prostopadle do ziemi tylko pochylona w taki sposób, że kości kulszowe skierowane są do tyłu i nie mają kontaktu z siodłem. W takiej sytuacji nie możemy mówić o głębokim dosiądzie.

Prosta postawa w siodle nie zapewnia dobrego ćwiczebnego, ale stanowi bazę od której trzeba zacząć. Bez upewnienia się, że Wasza miednica (a także całe ciało) jest odpowiednio ułożona może być Wam znacznie trudniej.



Jeżeli w tym momencie zależałoby Wam na jakimś "protipie" to z rzeczy które mogę Wam polecić jest podłożenie pod kości kulszowe gąbki. Jej obecność sprawi, że będziecie pamiętać by kości kulszowe cały czas utrzymywały kontakt z siodłem.



POWÓD 2: ZACISKANIE UD


Zaciskanie ud to bardzo intuicyjny i nie głupi pomysł, na jakie wpada nasze ciało by uchronić się przed upadkiem. Jeżeli brakuje nam równowagi to bardzo logicznym jest, że musimy się czegoś "chwycić". Nie jesteśmy w stanie trzymać się konia rękami więc trzymamy się siodła udami. Problem polega na tym, że nawet jeśli nasza równowaga jest dość dobra i z grzbietu spaść byśmy nie spadli, to jednak złe nawyki pozostają.


Zaciskanie się ud sprawia, że dosiad nie jest głęboki a jeździec tak jakby "wisi" parę milimetrów nad siodłem. Płytki dosiad, spięcie ud - to wszystko sprawia, że koń nie może nas delikatnie nieść, a jego ruch sprawia że nadmiernie podskakujemy.

W jaki sposób na koniu powinniśmy się utrzymywać jeśli nie poprzez zaciskanie ud? Moją trenerka zawsze mówi że sam "balans" wystarczy. Podczas siedzenia na koniu nogi nie odgrywają żadnej roli, a za utrzymanie odpowiada tułów, którzy żeby to stało się możliwe musi znajdować się w dobrej równowadze.

Żeby oduczyć się tego komplikującego nam życie nawyku możemy skorzystać z możliwości jakie daje nam jazda bez strzemion. Sama jazda bez strzemion nie jest jednak wystarczająca, bo jeżeli jeździec zaciska uda mając strzemiona, zrobi to równie dobrze bez nich. Warto więc odstawić nogi od siodła i przez pewien czas jeździć w takiej pozycji rodem z woltyżerki.



Pomaga to dlatego, że niejako zmusza nas do złapania równowagi bez wykorzystania nóg i bez kurczowego trzymania się udami. 



POWÓD 3: "STANIE" W STRZEMIONACH


Mówiąc stanie w strzemionach mam na myśli sytuację, w której jeździec cały lub prawie cały swój ciężar przenosi na strzemiona. To sprawia, że nie "siedzi" on ma koniu, jego kości kulszowe nie są "połączone" z siodłem. W takiej sytuacji głęboki dosiad nie jest możliwy, a co za tym idzie poprawne wysiedzenie ćwiczebnego również nie jest możliwe.


Stanie w strzemionach często połączone jest z pochylaniem się do przodu. Nie wiem z czego to wynika, ale gdy  kiedy byłam młodsza zawsze kiedy stresowałam się na koniu wstawałam w strzemionach i pochylałam się do przodu. Nie wiem co tym chciałam osiągnąć, ale dopiero pewna mądra trenerka powiedziała mi że jeżeli chcę mieć nad koniem kontrolę to muszę mocniej "usiąść".

Jeżeli problem "stania" w strzemionach dotyczy i Was to warto żebyście pozbyli się Waszego problemu, czyli strzemion. Na chwilę tylko, oczywiście.



POWÓD 4: SZTYWNE BIODRA


Żeby móc wysiedzieć kłus ćwiczebny, musisz dać się koniowi nieść. Wiem, że czasami wydaje się że Ci wszyscy najlepsi jeźdźcy wcale się na koniu nie ruszają, ale prawda jest taka, że dążenie do unieruchomienia swoich bioder jest najgorszym, co możesz teraz zrobić.



Zadaniem bioder w jeździe konnej jest absorbowanie ruchu konia. Oznacza to, że mają one być możliwie najbardziej rozluźnione, a ruch konia ma wprawiać je w ruch. Ty nie starasz się ograniczać tego ruchu, nie boisz się go, pozwalasz żeby Twoje ciało podskakiwało w siodle. I co wydaje się bardzo nielogiczne - w ten sposób przestaniesz podskakiwać.

POWÓD 5: ZBYTNIE ROZLUŹNIENIE


Nie chciałabym nikogo zachęcać do tego, by rozluźnił się za bardzo. O ile w większości wypadków wolę jeźdźca zachęcić do tego by się rozluźnił niż by się spiął, nie możemy zapominać o tym że ciało  na koniu powinno być jednak lekko napięte.


Chodzi o to, by unikać sytuacji w której jesteśmy jak taka szmaciana lalka, która bezwładnie lata po całym grzbiecie konia.

Jeżeli przyjrzeć się biomechanice jeźdźca podczas wysiadywania kłusa, zauważymy że jego mięśnie naprzemiennie napinają się i rozluźniają. To właśnie to sprawia, że sylwetka wydaje się podążać za ruchem zwierzęcia, jest taka swobodna. Mięśniami, które odgrywają kluczową rolę są mięśnie brzucha. O tym jednak dlaczego uważam, że nie powinno się zbytnio myśleć o całej tej biomechanice wytłumaczę w kolejnym punkcie.



POWÓD 6: PRÓBOWANIE ZA BARDZO


Próbowanie "za bardzo" sprawia, że jeździec zaczyna wykonywać swoimi biodrami dziwne ruchy. Być może przeczytał w jakimś mądrym podręczniku  że tak trzeba i być może to nawet prawda. W rzeczywistości jednak ruch którey  wykonuje nasze ciało uwarunkowany jest przez ruch konia i wszelkie nadmierne poruszanie plecami/biodrami/miednicą jedynie przeszkadzają zwierzęciu. Nam z kolei nie pomagają.

To trochę tak jak że skakaniem na trampolinie. W pewnym momencie każde dziecko nauczy się skakać na trampolinie i będzie robiło to bez zastanowienia i w sposób intuicyjny. Nie potrzeba do tego wiedzy z zakresu biomechaniki, ba! - taka wiedza tylko wprowadziłaby zamieszanie. Dziecko bowiem zamiast zwyczajnie skakać zastanawiałoby się które mięśnie ma napinać, a które rozluźniać. Efekt? Sztywne, niezadowolone dziecko. Zastanówcie się czy Wy na grzbiecie konia nie przypominacie czasami takiego skrępowanego podręcznikową wiedzą dziecka. 

Zamiast starać się odwzorowywać jakieś dziwne ruchy po prostu dajcie się koniowi nieść, poczujcie jego ruch i tak jak partnerka w tańcu pozwólcie być w kłusie  przez konia "prowadzone". Nie przejmujcie się jeśli wychodzi pokracznie, jeśli trenerzy patrzą na Was z niezadowoleniem bo nie spełniacie ich ambicji, jeśli 8-letnie dziewczynki w stajni mówią Wam że zrobiłyby to lepiej (i nawet jeśli faktycznie to prawda). To jest Wasze życie, Wasza pasja, a to że się uczycie to przecież każdy kiedyś zaczynał. Finito.



POWÓD 7: ZŁE TEMPO NA POCZĄTEK

Nie wiem czy Wy też tak macie, może to tylko ja. Kiedy uczyłam się wysiadywania kłusa ćwiczebnego, zauważyłam że bardzo trudno wysiedzieć na samym początku kłus, który jest bardzo szybki. Jeżeli koń gnał, wydłużał wykrok albo też szybko przebierał nóżkami - ja automatycznie zaciskałam uda, pochylałam się do przodu i wstawałam w strzemionach. Nawet jeżeli robiłam to w bardzo małym zakresie, i tak niewiele wystarczało by już zły dosiad stawał się jeszcze gorszy. 

Stąd moja rada jest taka, by zaczynać naukę w kłusie bardzo wolnym. Tak wolnym, że koń prawie przechodzi do stępa. Dopiero jeżeli w takim kłusie jest się w stanie spokojnie rozluźnić, nieco odstawić uda od siodła, usiąść głębiej i pomyśleć: "okej, to nawet przyjemne" to dopiero wtedy można ciutkę przyspieszyć. I znowu, wszystko przychodzi powolutku. Nie należy oczekiwać nie wiadomo jak szybkich wyników. Sam fakt że w kłusie ćwiczebnym (nawet super wolnym!) poczujecie że siedzi Wam się super wygodnie to już duży plus i możecie być z siebie dumnym. 

Spytacie może a co jeśli  jeździcie w szkółce i nie możecie tak sobie dowolnie regulować tempa Waszego konia. Otóż ja na Waszym miejscu spokojnie dobrała bym tempo konia pod Was (czyli jeżeli jest za szybkie to bym je spowolniła). Jeżeli natomiast instruktor zarzucałby Wam brak tempa, na spokojnie wytłumaczyła bym mu że to ja - nie koń - zdecydowałam tak jechać ponieważ w wolniejszym kłusie czuję się pewniej i stabilniej. Wyrozumiały trener powinien zrozumieć. 



Pamiętajcie że to  Wy macie czuć się dobrze, swobodnie i komfortowo. Zaraz po komforcie Waszego konia jest to główny priorytet. Nie musicie jeździć super szybko jeśli nie chcecie, w ogóle - jeżeli z czymkolwiek czujecie się źle - nie musicie tego robić. To w końcu Wasza pasja, więc musicie się czuć pewnie, bezpiecznie. Nie zapominając oczywiście o dobrze Waszego konia, tak tylko gwoli przypomnienia.


POWÓD 8: SZTYWNY GRZBIET KONIA

Jest jeszcze jeden powód przez który wysiedzenie kłusa może być trudniejsze. Celowo napisałam go na samym końcu mimo że pomyślałam o nim jeszcze na początku. Wszystko dlatego, że nie chcę żeby ktokolwiek wyrobił sobie nawyk szukania błędów u konia zanim znajdzie się błędy u siebie. 

Prawda jest jednak taka, że nie wszystkie konie ułatwiają nam wysiadywanie kłusa. Niektóre wręcz zadanie to utrudniają. Mamy konie, które są łatwe do wysiedzenie, mamy też takie które są trudniejsze - bo np. ich krok jest naturalnie bardziej obszerny. Każdy jeździec powinien wysiedzieć na każdym z tych koni. Chociaż na samym początku warto próbować swoich sił na koniu łatwiejszym, warto szybko zapoznać się też z tymi trudniejszymi. To one w końcu sprawiają, że po powrocie do "łatwego" konia wysiadywanie staje się jeszcze proste. Ogólna zależność jest taka, że im koń mocniej wybija, tym więcej Was nauczy. 

Jest jednak również trzecia kategoria, czyli konie które są trudne do wysiedzenie nie dlatego że takie są ich wrodzone "predyspozycje", ale dlatego że ich grzbiet jest tak bardzo sztywny. 

Jeżeli koń nie jest rozluźniony, jeźdźcowi trudno się rozluźnić, a jeżeli jeździec nie jest rozluźniony to nie ma szans żeby koń się rozluźnił. Błędne koło. 



Pracując z takim koniem nigdy nie zaczynam pracy z nim od kłusa ćwiczebnego. Jeżdżę wtedy tak długo kłusem anglezowanym bądź w półsiadzie aż poczuję że koń zaczyna się rozluźniać i jego grzbiet jest gotowy na przyjęcie mojego ciężaru. 

Bo moi drodzy, dla młodego lub mocno spiętego konia kłus ćwiczebny jest wyzwaniem nawet jeżeli nasz dosiad jest idealny. Taki koń nie zawsze ma odpowiednio rozwiniętą muskulaturę oraz technikę by być w stanie dźwigać nasz ciężar. Po czym poznać że taki koń nie jest gotowy? Ano na przykład po zapadniętym grzbiecie. Po sztywnych chodach. Po uciekaniu od wędzidła. 

Tak więc kłus ćwiczebny jest wyzwaniem nie tylko dla nas, ale też dla naszych koni. Nie wiem czy to pocieszające czy raczej tragiczne, ale fakt jest taki że na początku dyskomfort odczuwacie oboje. W tym miejscu życzę Wam i Waszym rumakom dużo cierpliwości i ani się obejrzycie a kłus ćwiczebny stanie się coraz większą przyjemnością. A cóż więcej w jeździectwie chcieć jak nie szczęśliwego konia i szczęśliwego jeźdźca. W końcu to po to mamy ujeżdżenie. 

Malwina

MAŁA INFORMACJA

Jeżeli post Wam się spodobał, a Wy łączycie się ze mną w bólu bo podobnie jak mi wysiadywanie kłusa nigdy nie wychodziło Wam intuicyjnie - zachęcam Was do pozostawienia pod moim postem małego śladu w postaci reakcji. Tak mało, a strasznie cieszy i motywuje do dalszego pisania ❤️


Jeżeli za to macie chwilkę czasu i ochoty to zapraszam również na mojego Facebooka którego dopiero co (ponownie) założyłam. Wy to pewnie wiecie, nie znam się na tego typu rzeczach, ale byłam bardzo wdzięczna za wszelką formę wsparcia w postaci lajków ❤️

Buziaki!

sobota, 18 maja 2019

W jaki sposób praca z ziemi może zbudować mięśnie konia

W jaki sposób praca z ziemi może zbudować mięśnie konia

Kiedy mówimy o pracy z ziemi, zwykle na myśli mamy szalone dwusnastolatki radośnie ganiające swoje kucyki na różowych halterkach, a - nie obrażając nikogo, dwunastolatek w szczególności - taki sposób pracy nie wiele ma wspólnego z prawidłowym budowaniem końskich mięśni. Mimo wszystko praca z ziemi może okazać się ważna, a niekiedy nawet kluczowa w procesie szkolenia. I żeby była jasność, nie mówię tu tylko o aspekcie psychicznym. 

Zacznijmy od małego wprowadzenia. Nie wszystkie konie rodzą się z idealną budową, która umożliwia im poprawne noszenie jeźdźca już od samego początku ich kariery. Mówiąc szczerze, zwierzęta bez wcześniejszego przygotowania w ogóle nie są dostosowane do noszenia ciężaru jakim jest nasze ciało. 

Zadaniem, które mamy przed sobą jako osoby chcące znajdować się na końskim grzbiecie mimo wszystko, jest nauczenie konia takiego sposobu poruszania się z nami, który nie sprawia mu bólu  oraz na dłuższą metę nie prowadzi do zupełnego zepsucia kręgosłupa. 

Jak wiele razy na pewno słyszeliście, koński kręgosłup ma pewne naturalne krzywizny. Młode zwierzę nie mające żadnego doświadczenia pod siodłem chodzi w taki sposób, że jego grzbiet wydaje się wklęsły, a szyja zadarta jest do góry. Taki sposób poruszania się nie ma w sobie niczego złego, oczywiście do momentu gdy człowiek nie zdecyduje się konia użytkować. Dodatkowe kilogramy sprawiają, że grzbiet konia niejako "zapada się", a w konsekwencji poszczególne kręgi mogą zacząć się ścierać co nosi nazwę kissing spines i jest bardzo często spotykaną dolegliwością u koni. Dodatkowo, zwierzę może zacząć spinać swoje mięśnie i zadzierać głowę jeszcze bardziej do góry, a to wszystko zupełnie zaburza jego biomechanikę. 



Jeżeli jeździec nie chce by koń w sposób szybki i bolesny zakończył swoją karierę, musi zacząć pracować z nim tak, by jego kręgosłup mógł pracować poprawnie. A nie ma dla niego innej możliwości dźwigania parudziesięciu kilogramów ludzkiego ciała niż gdy jest on w pozycji wypukłej. 

Do tego właśnie jeździec musi zachęcić konia - by ten zaokrąglił swój grzbiet (czyli wygiął go i uczynił wypukłym), obniżył zad i w konsekwencji również przestał zadzierać szyję oraz się rozluźnił. Tylko w takim stanie koń może nosić jeźdźca nie narażając się na żadne problemy oraz ból. 

Pojawiają się jednak dwa ściśle ze sobą związane problemy, które sprawiają, że nie u każdego konia proces wyszkolenia go do takiej jazdy jest równie prosty. Po pierwsze, koń potrzebuje silych mięśni do takiej pracy, ponieważ jazda w zebraniu jest dla niego sporym wyczynem fizycznym. Po drugie, co jest trochę wynikiem tego pierwszego, nie każdy koń uważa taką jazdę za konieczną, szczególnie te zwierzęta, które spędziły lata będąc użytkowane w sposób niepoprawny. Jeżeli koń jest leniwy (a zwykle jest), to dodatkowy wysłek fizyczny pomimo odczuwanego bólu będzie mu się wydawał skrajnie głupi. Trudno mu się w sumie dziwić. 

Mądry jeździec powinien skupić się na tym, by wyrobić mięśnie konia - zarówno te grzbietu jak i zadu - tak, by poprawna jazda stała się dla niego możliwa. Ponadto, powinien wykształcić w koniu stały nawyk jazdy z zaokrąglonym grzbietem, pokazując mu że taka jazda jest dużo przyjemniejsza. 

Pracę taką można oczywiście wykonać pod siodłem. Warunkiem jest, żeby jeździec (oprócz tego, że miał dobry dosiad i możliwie jak najmniej przeszkadzał swoim ciałem) cały czas pilnował by końskie ciało było ustawione w sposób poprawny. Przy zaokrąglonym grzbiecie może wykonywać wiele ćwiczeń - czy to na kole, czy to przejść, czy to cavaletti. Jeżeli koń nie jest w stanie mieć takiej pozycji ciała, niekiedy niezbędny jest gogue. Jest to jeden z nielicznych patentów jeździeckich, który polecam Wam z całego serca. Nie o nim jednak ten post. 



Zgodnie z tytułem postu, chciałam Wam napisać o tym jak zbudować mięśnie konia używając samej tylko pracy z ziemi. Do tego postu zainspirował mnie oczywiście mój koń, o którym pisałam Wam parę dni temu, a którego kręgosłup pozwala mu nosić mój ciężar maksymalnie raz w tygodniu i jest to orzeczenie fizjoterapeutki-osteopatki, a nie jakiegoś tam mojego widzi-mi-się. Przez pozostałe dni tygodnia muszę pracować ze Zgredkiem na lonży i to na niej zbudować muskulaturę, która będzie w stanie dźwigać mój ciężar. I, żeby nie było, nie jest to Bóg wie ile tylko marne 50kg. 

Moją pierwszą reakcją było lekkie zdziwnienie - no bo jak to, jak zbudować mięśnie nie siedząc na koniu?

Okazuje się jednak, że jest to możliwe. Sposobów jest oczywiście mnóstwo. Dla mnie podstawą jest praca na jednej lonży, ale w systemie nazwanym pessoa. Zdaję sobie jednak sprawę, że metod  ogólnie jest bardzo dużo, całkiem możliwe że istnieją jakieś lepsze niż moja, ja jednak opiszę Wam to na czym się znam, bo nie chcę Was w żaden sposób okłamywać. 

Pessoa to jeden z jeździeckich patentów, aktualnie jedyny którego (oprócz gogue) zdarza mi się używać. Możliwe, że niektórych z Was dziwi czemu ja - będąca tak wielką anty-miłośniczką patentów - zaraz zachęcam Was do używania ich. Otoż usłyszałam kiedyś bardzo mądre zdanie, które brzmi mniej więcej tak: patenty zostały stworzone dla konia a nie dla jeźdźca, a więc powinny pomagać koniowi a nie jeźcowi. Jeżeli więc koń ma wyraźne problemy i bez jakieś wskazówki nie da rady pracować - używanie patentów jest jak najbardziej okej. Nie należy jednak stosować ich gdy to jeździec nie chce bądź nie potrafi szkolić konia w sposób poprawny i idąc na łatwiznę próbuje siłą zakrąglić jego szyję. 



Pessoa w odróżnieniu od niektórych innych patentów nie działa tylko na szyję i nie próbuję siłą ściągnąć głowy w doł, ale przede wszytskim oplata również zad, co w dość prosty sposób powoduje zaokrąglenie końskiego grzbietu. Nie mówię, że system jest idealny (w końcu wszystko da się zepsuć), ale mogę Wam powiedzieć, że u mnie ten rodzaj pracy sprawdza się wystarczająco dobrze. 

Na czym polega lonżowanie konia za pomocą pessoa? Poza tym, że koń ma założoną specjalną uprząż łączącą zad, grzbiet i szyję, lonżowanie konia wygląda normalnie. Na początku robimy parę kołek stępem albo chodzimy z koniem w ręku, potem przechodzimy do pracy w kłusie i galopie. W kłusie dodatkowo możemy używać cavaletti - ich obecność nakłoni konia do wyższego podnoszenia zadnich nóg, co umocni jego mięśnie zadu. Bardzi fajnym pomysłem jest też stosowanie przejść kłus-galop-kłus, które jak nic innego angażują koński zad. Dodatkowym plusem jest to, że ucza one konia reakcji na pomoce takie jak głos czy mowa ciała. Ciałościow takie lonżowanie trwa 20-25 minut.

Oprócz lonżowania konia moja fizjoterapeutka zachęciła mnie do wykonywania strechingu co głównie polega na tym, że kładę marchewkę w różnych miejscach (np. pomiędzy jego  przednimi nogami) i nakłaniam go do sięgnięcia po nią. Innym wariantem jest naciskanie w taki specjalny punkt na brzuchu konia, który sprawia, że jego grzbiet robi się wypukły. Takie ćwiczenia nie trwają jednak dłużej niż parę minut. Jeśli mam być szczera to nie wiem czy są pomocne, ale wiele osób twierdzi że tak (w tym owa właśnie fizjoterapeutka), więc kontynuuję je mimo wszystko. 

Po takiej sesji zwykle staram się rozluźnić konia pracując z nim na lonży bez żadnych patentów. Moim celem jest to, żeby ruszał się jak najbardziej spokojnie i powoli opuszczał głowę w dół. Nie wiem czy słusznie, ale mam wrażenie że ostatnie minuty w takim właśnie niskim ustawieniu poprawnie na niego wpływają.

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie, 
Malwina

MAŁA INFORMACJA

Wielkie dzięki za wszystkie łapki i serduszka pod moimi postami. Dziękuję Wam za zaangażowanie, za miłe słowa i jakąkolwiek inną formę wsparcia <3. Jak zwykle, bardzo zachęcam Was do zostawiania reakcji również pod tym postem. To strasznie motywuje do dalszej pracy i sprawia, że - chociaż zdarza mi się być bardzo nieregularną w swojej aktywności- to jednak staram się przychodzić tu dla Was jak najczęściej, bo musicie wiedzieć, że sprawia mi to ogromną przyjemność :)). 

Copyright © 2014 JAK LEPIEJ JEŹDZIĆ KONNO? , Blogger
Wypasiony Katalog Stron