sobota, 18 maja 2019

W jaki sposób praca z ziemi może zbudować mięśnie konia


Kiedy mówimy o pracy z ziemi, zwykle na myśli mamy szalone dwusnastolatki radośnie ganiające swoje kucyki na różowych halterkach, a - nie obrażając nikogo, dwunastolatek w szczególności - taki sposób pracy nie wiele ma wspólnego z prawidłowym budowaniem końskich mięśni. Mimo wszystko praca z ziemi może okazać się ważna, a niekiedy nawet kluczowa w procesie szkolenia. I żeby była jasność, nie mówię tu tylko o aspekcie psychicznym. 

Zacznijmy od małego wprowadzenia. Nie wszystkie konie rodzą się z idealną budową, która umożliwia im poprawne noszenie jeźdźca już od samego początku ich kariery. Mówiąc szczerze, zwierzęta bez wcześniejszego przygotowania w ogóle nie są dostosowane do noszenia ciężaru jakim jest nasze ciało. 

Zadaniem, które mamy przed sobą jako osoby chcące znajdować się na końskim grzbiecie mimo wszystko, jest nauczenie konia takiego sposobu poruszania się z nami, który nie sprawia mu bólu  oraz na dłuższą metę nie prowadzi do zupełnego zepsucia kręgosłupa. 

Jak wiele razy na pewno słyszeliście, koński kręgosłup ma pewne naturalne krzywizny. Młode zwierzę nie mające żadnego doświadczenia pod siodłem chodzi w taki sposób, że jego grzbiet wydaje się wklęsły, a szyja zadarta jest do góry. Taki sposób poruszania się nie ma w sobie niczego złego, oczywiście do momentu gdy człowiek nie zdecyduje się konia użytkować. Dodatkowe kilogramy sprawiają, że grzbiet konia niejako "zapada się", a w konsekwencji poszczególne kręgi mogą zacząć się ścierać co nosi nazwę kissing spines i jest bardzo często spotykaną dolegliwością u koni. Dodatkowo, zwierzę może zacząć spinać swoje mięśnie i zadzierać głowę jeszcze bardziej do góry, a to wszystko zupełnie zaburza jego biomechanikę. 



Jeżeli jeździec nie chce by koń w sposób szybki i bolesny zakończył swoją karierę, musi zacząć pracować z nim tak, by jego kręgosłup mógł pracować poprawnie. A nie ma dla niego innej możliwości dźwigania parudziesięciu kilogramów ludzkiego ciała niż gdy jest on w pozycji wypukłej. 

Do tego właśnie jeździec musi zachęcić konia - by ten zaokrąglił swój grzbiet (czyli wygiął go i uczynił wypukłym), obniżył zad i w konsekwencji również przestał zadzierać szyję oraz się rozluźnił. Tylko w takim stanie koń może nosić jeźdźca nie narażając się na żadne problemy oraz ból. 

Pojawiają się jednak dwa ściśle ze sobą związane problemy, które sprawiają, że nie u każdego konia proces wyszkolenia go do takiej jazdy jest równie prosty. Po pierwsze, koń potrzebuje silych mięśni do takiej pracy, ponieważ jazda w zebraniu jest dla niego sporym wyczynem fizycznym. Po drugie, co jest trochę wynikiem tego pierwszego, nie każdy koń uważa taką jazdę za konieczną, szczególnie te zwierzęta, które spędziły lata będąc użytkowane w sposób niepoprawny. Jeżeli koń jest leniwy (a zwykle jest), to dodatkowy wysłek fizyczny pomimo odczuwanego bólu będzie mu się wydawał skrajnie głupi. Trudno mu się w sumie dziwić. 

Mądry jeździec powinien skupić się na tym, by wyrobić mięśnie konia - zarówno te grzbietu jak i zadu - tak, by poprawna jazda stała się dla niego możliwa. Ponadto, powinien wykształcić w koniu stały nawyk jazdy z zaokrąglonym grzbietem, pokazując mu że taka jazda jest dużo przyjemniejsza. 

Pracę taką można oczywiście wykonać pod siodłem. Warunkiem jest, żeby jeździec (oprócz tego, że miał dobry dosiad i możliwie jak najmniej przeszkadzał swoim ciałem) cały czas pilnował by końskie ciało było ustawione w sposób poprawny. Przy zaokrąglonym grzbiecie może wykonywać wiele ćwiczeń - czy to na kole, czy to przejść, czy to cavaletti. Jeżeli koń nie jest w stanie mieć takiej pozycji ciała, niekiedy niezbędny jest gogue. Jest to jeden z nielicznych patentów jeździeckich, który polecam Wam z całego serca. Nie o nim jednak ten post. 



Zgodnie z tytułem postu, chciałam Wam napisać o tym jak zbudować mięśnie konia używając samej tylko pracy z ziemi. Do tego postu zainspirował mnie oczywiście mój koń, o którym pisałam Wam parę dni temu, a którego kręgosłup pozwala mu nosić mój ciężar maksymalnie raz w tygodniu i jest to orzeczenie fizjoterapeutki-osteopatki, a nie jakiegoś tam mojego widzi-mi-się. Przez pozostałe dni tygodnia muszę pracować ze Zgredkiem na lonży i to na niej zbudować muskulaturę, która będzie w stanie dźwigać mój ciężar. I, żeby nie było, nie jest to Bóg wie ile tylko marne 50kg. 

Moją pierwszą reakcją było lekkie zdziwnienie - no bo jak to, jak zbudować mięśnie nie siedząc na koniu?

Okazuje się jednak, że jest to możliwe. Sposobów jest oczywiście mnóstwo. Dla mnie podstawą jest praca na jednej lonży, ale w systemie nazwanym pessoa. Zdaję sobie jednak sprawę, że metod  ogólnie jest bardzo dużo, całkiem możliwe że istnieją jakieś lepsze niż moja, ja jednak opiszę Wam to na czym się znam, bo nie chcę Was w żaden sposób okłamywać. 

Pessoa to jeden z jeździeckich patentów, aktualnie jedyny którego (oprócz gogue) zdarza mi się używać. Możliwe, że niektórych z Was dziwi czemu ja - będąca tak wielką anty-miłośniczką patentów - zaraz zachęcam Was do używania ich. Otoż usłyszałam kiedyś bardzo mądre zdanie, które brzmi mniej więcej tak: patenty zostały stworzone dla konia a nie dla jeźdźca, a więc powinny pomagać koniowi a nie jeźcowi. Jeżeli więc koń ma wyraźne problemy i bez jakieś wskazówki nie da rady pracować - używanie patentów jest jak najbardziej okej. Nie należy jednak stosować ich gdy to jeździec nie chce bądź nie potrafi szkolić konia w sposób poprawny i idąc na łatwiznę próbuje siłą zakrąglić jego szyję. 



Pessoa w odróżnieniu od niektórych innych patentów nie działa tylko na szyję i nie próbuję siłą ściągnąć głowy w doł, ale przede wszytskim oplata również zad, co w dość prosty sposób powoduje zaokrąglenie końskiego grzbietu. Nie mówię, że system jest idealny (w końcu wszystko da się zepsuć), ale mogę Wam powiedzieć, że u mnie ten rodzaj pracy sprawdza się wystarczająco dobrze. 

Na czym polega lonżowanie konia za pomocą pessoa? Poza tym, że koń ma założoną specjalną uprząż łączącą zad, grzbiet i szyję, lonżowanie konia wygląda normalnie. Na początku robimy parę kołek stępem albo chodzimy z koniem w ręku, potem przechodzimy do pracy w kłusie i galopie. W kłusie dodatkowo możemy używać cavaletti - ich obecność nakłoni konia do wyższego podnoszenia zadnich nóg, co umocni jego mięśnie zadu. Bardzi fajnym pomysłem jest też stosowanie przejść kłus-galop-kłus, które jak nic innego angażują koński zad. Dodatkowym plusem jest to, że ucza one konia reakcji na pomoce takie jak głos czy mowa ciała. Ciałościow takie lonżowanie trwa 20-25 minut.

Oprócz lonżowania konia moja fizjoterapeutka zachęciła mnie do wykonywania strechingu co głównie polega na tym, że kładę marchewkę w różnych miejscach (np. pomiędzy jego  przednimi nogami) i nakłaniam go do sięgnięcia po nią. Innym wariantem jest naciskanie w taki specjalny punkt na brzuchu konia, który sprawia, że jego grzbiet robi się wypukły. Takie ćwiczenia nie trwają jednak dłużej niż parę minut. Jeśli mam być szczera to nie wiem czy są pomocne, ale wiele osób twierdzi że tak (w tym owa właśnie fizjoterapeutka), więc kontynuuję je mimo wszystko. 

Po takiej sesji zwykle staram się rozluźnić konia pracując z nim na lonży bez żadnych patentów. Moim celem jest to, żeby ruszał się jak najbardziej spokojnie i powoli opuszczał głowę w dół. Nie wiem czy słusznie, ale mam wrażenie że ostatnie minuty w takim właśnie niskim ustawieniu poprawnie na niego wpływają.

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie, 
Malwina

MAŁA INFORMACJA

Wielkie dzięki za wszystkie łapki i serduszka pod moimi postami. Dziękuję Wam za zaangażowanie, za miłe słowa i jakąkolwiek inną formę wsparcia <3. Jak zwykle, bardzo zachęcam Was do zostawiania reakcji również pod tym postem. To strasznie motywuje do dalszej pracy i sprawia, że - chociaż zdarza mi się być bardzo nieregularną w swojej aktywności- to jednak staram się przychodzić tu dla Was jak najczęściej, bo musicie wiedzieć, że sprawia mi to ogromną przyjemność :)). 

Copyright © 2014 JAK LEPIEJ JEŹDZIĆ KONNO? , Blogger
Wypasiony Katalog Stron