niedziela, 17 grudnia 2017

Jak przygotować siebie i konia, czyli zawody jeździeckie od drugiej strony


W życiu każdego "horse-rajdera" pojawia się ten niezwykły i długo wyczekiwany moment. Zawody. Ma być pięknie, baśniowo, słowem: klimat jak z pierwszego pocałunku. Z czasem (dość szybko) dowiadujemy się jednak, że wyobrażenie a rzeczywistość to dwa różne światy. Samymi umiejętnościami, jak się okazuje, wygrać się nie da, bo równie ważne co przejazdy okazują się Walka z Czasem, Stalowe Nerwy i Zapasowy Komplet Bryczesów (każdy na którego białych spodniach znalazło się to, co zostaje koniowi po zjedzeniu jabłka, będzie wiedział dlaczego piszę o tym z dużych liter). 

W tym poście zamierzam opisać jak zawody jeździeckie wyglądają "z drugiej strony", czyli z punktu widzenia wielce zestresowanego zawodnika. 

Przygotowanie do zawodów

Koniec listopada. Za oknem liście, deszcz, błoto i wszelkie inne paskudztwo, które o tej porze roku można na dworze spotkać. Budzik dzwni o szóstej rano, ale ja nie śpię już od piątej. Na białe bryczesy zakłądam obszerny dres, bo z doświadczenia wiem, że nie każdy ośrodek jeździecki może poszczycić się luksusem zamykanej przebieralni. Jem śniadanie, a raczej próbuję wmusić w siebie choćby kawałek bułki, wiedząc że jeśli nie zjem jej teraz, będę głodować aż do zakończenia zawodów. Dziesięć minut później jestem już w stajni, witam się ze znajomą, trenerką, jej psem, drugą znajomą, luzaczkami. Zamiast zajmować się oporządzaniem konia oglądam jak Snoopie, nasz dog niemiecki, przegania kota sąsiadów, mówię mu że jest złym psem i dopiero potem idę do boksu. Witam się z Violettą, klaczą na której mam startować, i chwilę spedzamy razem - tylko ja i ona. 


Prowadzę klacz na stanowisko do czyszczenia i razem z luzaczkami wykonujemy wszystkie te najbardziej żmudne czynności. Wyczesywanie ogona, sklejek, plecenie grzywy, czyszczenie kopyt, mycie nóg, smarowanie specjalnymi mazidłami. Z czasem koń zaczyna przypominać konia, a my dajemy go jeszczę na chwilę do solarium. 

W tym samym czasie właściciel stajni wyjeżdża na podwórko koniowozem, ładuje do niego słomę oraz sprzęt (siodła, czapraki, ogłowia). 

Gdy konie są gotowe (w sumie jest ich 4), wyprowadzamy je ze stajni. Dwa (w tym moja Violetta) jadą koniowozem, dwa przyczepą. Oczywiście i tu pojawiają się problemy związane z załadowaniem, w końcu kto lubiłby wchodzić do ciasnego tunelu? Violetta z pewnością nie. Dopiero po paru minutach nieufności zgadza się wejść do środka, ale wciaż nie wygląda na zadowoloną. 

Na miejsce jedziemy prawie godzinę, rolę nowoczesnego parkingu spełnia zabłocone pastwisko. Mamy się niczym nie przejmować, bo organizatorzy mają tira którym w razie czego nas wyciągną z tego bagna. Pełen luzik, jak to mawiał mój były trener.  


Trenerka idzie potwierdzić nasz przyjazd, ja wraz z pomagającymi mi luzaczkami wyprowadzam konia. Klacz jest cała podenerwowana, wyrywa się, a stojącym obok zwierzętom stres również się udziela. Zanim uda nam się je uspokoić mija chwila (dość długa, żeby nie było). Ostatecznie atmosfera jest na tyle dobra, że mogę zostawić Violettę pod opieką pomagających mi nastolatek. Dołączam do trenerki, witam się z ludźmi których ona zdaje się znać (ja o tylu znajomościach mogę tylko pomażyć), załatwiam to co niezbędne i wracam do koni. 

Podczas gdy ja muszę się uczesać i ogarnąć (w końcu nie każdy po pobycie w stajni wygląda pięknie), mój koń zostaje osiodłany przez pomagające mi luzaczki. Wszystko oczywiście dzieje się na pełnym błota pastwisku, tuż obok naszego koniowozu. 

Wsiadam na konia, klacz dostaje kolejnego ataku stresu, który zaczyna się udzielać również i mi. Na sąsiednim pastwisku (tym nieprzeznaczonym na parking) konie zamiast grzecznie jeść trawę wpadają na mądry pomysł galopowanie wzdłóż ogrodzenia. Moja Viola wygląda na bardzo zainteresowaną całą sprawą, a po jej wyrazie pyska widzę, że zaraz i ona zacznie galopować. 


Pomagająca mi nastolatka próbuje ją zatrzymać, ale widzę że to tylko bardziej stresuje i tak już mocno zestresowaną klacz. Mówię, że poradzę sobie sama, choć wiem że to samobójstwo. Po czasie, który zdał się trwać całą wiczeczność albo i dłużej, dojeżdżam do przeznaczonej na rozprężalnię halę. Pracuję z Violettą na luźnej wodzy, proszę ją o rozluźnienie. Nie dbam o nic jak tylko o to, by wróciła jej dawna elastyczność i swoboda. Robię przejścia ze stępa do kłusu i vice versa, głównie pracuję na kole. Dopiero kiedy mam nad jej chodami zupełną kontrolę, zaczynam prosić ją o galop. Na początku obie jesteśmy sztywne, z czasem się rozluźnamy. Zaczynam się czuć pewnej, widzę że i z nią jest coraz lepiej. Dopiero po czasie widzę w Violettcie tą cudowną klacz, którą odkryłam podczas jazdy "w domu". 

Słyszę wymówiony przez megagfon mój numer startowy, przez krótką chwilę zapomniam że to do mnie. Kieruję się do drugiej hali, centymetry dzielą mnie od rozpoczęcia przejazdu. Zatrzymuję się. Rzucam tęskne spojrzenie trenerce, ona kiwa głową. Biorę głęboki oddech, stres jakby były to pierwsz zawody. "Robiłaś to już tysiące razy" - próbuję sobie wmówić, ale za każdym razem muszę przełamać się na nowo. Łydka, ukłon, przejazd się zaczyna. 

Malwina






powered by Typeform
Copyright © 2014 JAK LEPIEJ JEŹDZIĆ KONNO? , Blogger
Wypasiony Katalog Stron