Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chody. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 lutego 2020

8 powodów przez które nie umiesz wysiedzieć kłusa ćwiczebnego

8 powodów  przez które nie umiesz wysiedzieć kłusa ćwiczebnego

Są tacy jeźdźcy, którzy wystarczy że usiądą na koniu a już wyglądają jakgdyby szkolili się u olimpijczyków, jakgdyby cały ten nieporadnie ruszający się zwierz nie zaburzał ich wewnętrznej równowagi i jakgdyby całe to obijanie tyłka po siodle sprawiało im przyjemność. Takim jeźdźcom nie śniły się siniaki na udach, tacy jeźdźcy nie wiedzą jak to jest płakać po kolejnym nieudanym treningu. Takim jeźdźcem na pewno nie jestem ja.

Kłus ćwiczebny był czymś co zawsze sprawiało mi ponad przeciętne trudności i dopiero od niedawna mogę powiedzieć, że na koniu usiedzieć nie tylko umiem, ale też nie wyglądam już przy tym jak telepiący się po grzbiecie mojego rumaka worek ziemniaków.

Myślę że kłus ćwiczebny to coś o czym powinno się mówić, pisać i powtarzać coraz to kolejnym pokoleniom, że nie - nie jest on prosty i że tak - to normalne że sprawia trudności. Patrząc na to z innej strony, dziwnym byłoby gdyby utrzymanie się na podskakującym zwierzęciu które stawia swoje nogi parami po przekątnych było czymś naturalnym z czym rodzi się każdy człowiek. Z ewolucyjnego punktu widzenia - totalny nonsens.

Pisałam już wiele razy w jaki sposób wysiedzieć kłus ćwiczebny, w tym poście skupimy się jednak problemach, które sprawiają że mimo przeczytaniu tysięcy książek i poradników, kłusa ćwiczebnego nie wysiedzisz. 



POWÓD 1: POCHYLANIE DO PRZODU


Zanim przejdziemy do elementów, które są znacznie bardziej skomplikowane zarówno do zrozumienia jak i skorygowania, zaczniemy od stosunkowo prostej rzeczy. Pozwólcie, że zadam Wam pytanie. Spójrzcie na ujeżdżeniowe lustro i powiedzcie mi z ręką na sercu i zupełnie szczerze - czy Wasza sylwetka podczas kłusa jest na pewno prosta? Zwróćcie uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze - zupełny klasyk - czy Wasze ciało na pewno zachowuje prostą linię pomiędzy uchem, barkiem, biodrem i piętą?


Tu nie chodzi tylko o kwestie estetyczne. Jeżeli Wasz tułów pochylony jest do przodu to powoduje to drugą kwestię czyli zmianę  w rotacji miednicy. Mówiąc prościej, Wasza miednica nie jest ułożona prostopadle do ziemi tylko pochylona w taki sposób, że kości kulszowe skierowane są do tyłu i nie mają kontaktu z siodłem. W takiej sytuacji nie możemy mówić o głębokim dosiądzie.

Prosta postawa w siodle nie zapewnia dobrego ćwiczebnego, ale stanowi bazę od której trzeba zacząć. Bez upewnienia się, że Wasza miednica (a także całe ciało) jest odpowiednio ułożona może być Wam znacznie trudniej.



Jeżeli w tym momencie zależałoby Wam na jakimś "protipie" to z rzeczy które mogę Wam polecić jest podłożenie pod kości kulszowe gąbki. Jej obecność sprawi, że będziecie pamiętać by kości kulszowe cały czas utrzymywały kontakt z siodłem.



POWÓD 2: ZACISKANIE UD


Zaciskanie ud to bardzo intuicyjny i nie głupi pomysł, na jakie wpada nasze ciało by uchronić się przed upadkiem. Jeżeli brakuje nam równowagi to bardzo logicznym jest, że musimy się czegoś "chwycić". Nie jesteśmy w stanie trzymać się konia rękami więc trzymamy się siodła udami. Problem polega na tym, że nawet jeśli nasza równowaga jest dość dobra i z grzbietu spaść byśmy nie spadli, to jednak złe nawyki pozostają.


Zaciskanie się ud sprawia, że dosiad nie jest głęboki a jeździec tak jakby "wisi" parę milimetrów nad siodłem. Płytki dosiad, spięcie ud - to wszystko sprawia, że koń nie może nas delikatnie nieść, a jego ruch sprawia że nadmiernie podskakujemy.

W jaki sposób na koniu powinniśmy się utrzymywać jeśli nie poprzez zaciskanie ud? Moją trenerka zawsze mówi że sam "balans" wystarczy. Podczas siedzenia na koniu nogi nie odgrywają żadnej roli, a za utrzymanie odpowiada tułów, którzy żeby to stało się możliwe musi znajdować się w dobrej równowadze.

Żeby oduczyć się tego komplikującego nam życie nawyku możemy skorzystać z możliwości jakie daje nam jazda bez strzemion. Sama jazda bez strzemion nie jest jednak wystarczająca, bo jeżeli jeździec zaciska uda mając strzemiona, zrobi to równie dobrze bez nich. Warto więc odstawić nogi od siodła i przez pewien czas jeździć w takiej pozycji rodem z woltyżerki.



Pomaga to dlatego, że niejako zmusza nas do złapania równowagi bez wykorzystania nóg i bez kurczowego trzymania się udami. 



POWÓD 3: "STANIE" W STRZEMIONACH


Mówiąc stanie w strzemionach mam na myśli sytuację, w której jeździec cały lub prawie cały swój ciężar przenosi na strzemiona. To sprawia, że nie "siedzi" on ma koniu, jego kości kulszowe nie są "połączone" z siodłem. W takiej sytuacji głęboki dosiad nie jest możliwy, a co za tym idzie poprawne wysiedzenie ćwiczebnego również nie jest możliwe.


Stanie w strzemionach często połączone jest z pochylaniem się do przodu. Nie wiem z czego to wynika, ale gdy  kiedy byłam młodsza zawsze kiedy stresowałam się na koniu wstawałam w strzemionach i pochylałam się do przodu. Nie wiem co tym chciałam osiągnąć, ale dopiero pewna mądra trenerka powiedziała mi że jeżeli chcę mieć nad koniem kontrolę to muszę mocniej "usiąść".

Jeżeli problem "stania" w strzemionach dotyczy i Was to warto żebyście pozbyli się Waszego problemu, czyli strzemion. Na chwilę tylko, oczywiście.



POWÓD 4: SZTYWNE BIODRA


Żeby móc wysiedzieć kłus ćwiczebny, musisz dać się koniowi nieść. Wiem, że czasami wydaje się że Ci wszyscy najlepsi jeźdźcy wcale się na koniu nie ruszają, ale prawda jest taka, że dążenie do unieruchomienia swoich bioder jest najgorszym, co możesz teraz zrobić.



Zadaniem bioder w jeździe konnej jest absorbowanie ruchu konia. Oznacza to, że mają one być możliwie najbardziej rozluźnione, a ruch konia ma wprawiać je w ruch. Ty nie starasz się ograniczać tego ruchu, nie boisz się go, pozwalasz żeby Twoje ciało podskakiwało w siodle. I co wydaje się bardzo nielogiczne - w ten sposób przestaniesz podskakiwać.

POWÓD 5: ZBYTNIE ROZLUŹNIENIE


Nie chciałabym nikogo zachęcać do tego, by rozluźnił się za bardzo. O ile w większości wypadków wolę jeźdźca zachęcić do tego by się rozluźnił niż by się spiął, nie możemy zapominać o tym że ciało  na koniu powinno być jednak lekko napięte.


Chodzi o to, by unikać sytuacji w której jesteśmy jak taka szmaciana lalka, która bezwładnie lata po całym grzbiecie konia.

Jeżeli przyjrzeć się biomechanice jeźdźca podczas wysiadywania kłusa, zauważymy że jego mięśnie naprzemiennie napinają się i rozluźniają. To właśnie to sprawia, że sylwetka wydaje się podążać za ruchem zwierzęcia, jest taka swobodna. Mięśniami, które odgrywają kluczową rolę są mięśnie brzucha. O tym jednak dlaczego uważam, że nie powinno się zbytnio myśleć o całej tej biomechanice wytłumaczę w kolejnym punkcie.



POWÓD 6: PRÓBOWANIE ZA BARDZO


Próbowanie "za bardzo" sprawia, że jeździec zaczyna wykonywać swoimi biodrami dziwne ruchy. Być może przeczytał w jakimś mądrym podręczniku  że tak trzeba i być może to nawet prawda. W rzeczywistości jednak ruch którey  wykonuje nasze ciało uwarunkowany jest przez ruch konia i wszelkie nadmierne poruszanie plecami/biodrami/miednicą jedynie przeszkadzają zwierzęciu. Nam z kolei nie pomagają.

To trochę tak jak że skakaniem na trampolinie. W pewnym momencie każde dziecko nauczy się skakać na trampolinie i będzie robiło to bez zastanowienia i w sposób intuicyjny. Nie potrzeba do tego wiedzy z zakresu biomechaniki, ba! - taka wiedza tylko wprowadziłaby zamieszanie. Dziecko bowiem zamiast zwyczajnie skakać zastanawiałoby się które mięśnie ma napinać, a które rozluźniać. Efekt? Sztywne, niezadowolone dziecko. Zastanówcie się czy Wy na grzbiecie konia nie przypominacie czasami takiego skrępowanego podręcznikową wiedzą dziecka. 

Zamiast starać się odwzorowywać jakieś dziwne ruchy po prostu dajcie się koniowi nieść, poczujcie jego ruch i tak jak partnerka w tańcu pozwólcie być w kłusie  przez konia "prowadzone". Nie przejmujcie się jeśli wychodzi pokracznie, jeśli trenerzy patrzą na Was z niezadowoleniem bo nie spełniacie ich ambicji, jeśli 8-letnie dziewczynki w stajni mówią Wam że zrobiłyby to lepiej (i nawet jeśli faktycznie to prawda). To jest Wasze życie, Wasza pasja, a to że się uczycie to przecież każdy kiedyś zaczynał. Finito.



POWÓD 7: ZŁE TEMPO NA POCZĄTEK

Nie wiem czy Wy też tak macie, może to tylko ja. Kiedy uczyłam się wysiadywania kłusa ćwiczebnego, zauważyłam że bardzo trudno wysiedzieć na samym początku kłus, który jest bardzo szybki. Jeżeli koń gnał, wydłużał wykrok albo też szybko przebierał nóżkami - ja automatycznie zaciskałam uda, pochylałam się do przodu i wstawałam w strzemionach. Nawet jeżeli robiłam to w bardzo małym zakresie, i tak niewiele wystarczało by już zły dosiad stawał się jeszcze gorszy. 

Stąd moja rada jest taka, by zaczynać naukę w kłusie bardzo wolnym. Tak wolnym, że koń prawie przechodzi do stępa. Dopiero jeżeli w takim kłusie jest się w stanie spokojnie rozluźnić, nieco odstawić uda od siodła, usiąść głębiej i pomyśleć: "okej, to nawet przyjemne" to dopiero wtedy można ciutkę przyspieszyć. I znowu, wszystko przychodzi powolutku. Nie należy oczekiwać nie wiadomo jak szybkich wyników. Sam fakt że w kłusie ćwiczebnym (nawet super wolnym!) poczujecie że siedzi Wam się super wygodnie to już duży plus i możecie być z siebie dumnym. 

Spytacie może a co jeśli  jeździcie w szkółce i nie możecie tak sobie dowolnie regulować tempa Waszego konia. Otóż ja na Waszym miejscu spokojnie dobrała bym tempo konia pod Was (czyli jeżeli jest za szybkie to bym je spowolniła). Jeżeli natomiast instruktor zarzucałby Wam brak tempa, na spokojnie wytłumaczyła bym mu że to ja - nie koń - zdecydowałam tak jechać ponieważ w wolniejszym kłusie czuję się pewniej i stabilniej. Wyrozumiały trener powinien zrozumieć. 



Pamiętajcie że to  Wy macie czuć się dobrze, swobodnie i komfortowo. Zaraz po komforcie Waszego konia jest to główny priorytet. Nie musicie jeździć super szybko jeśli nie chcecie, w ogóle - jeżeli z czymkolwiek czujecie się źle - nie musicie tego robić. To w końcu Wasza pasja, więc musicie się czuć pewnie, bezpiecznie. Nie zapominając oczywiście o dobrze Waszego konia, tak tylko gwoli przypomnienia.


POWÓD 8: SZTYWNY GRZBIET KONIA

Jest jeszcze jeden powód przez który wysiedzenie kłusa może być trudniejsze. Celowo napisałam go na samym końcu mimo że pomyślałam o nim jeszcze na początku. Wszystko dlatego, że nie chcę żeby ktokolwiek wyrobił sobie nawyk szukania błędów u konia zanim znajdzie się błędy u siebie. 

Prawda jest jednak taka, że nie wszystkie konie ułatwiają nam wysiadywanie kłusa. Niektóre wręcz zadanie to utrudniają. Mamy konie, które są łatwe do wysiedzenie, mamy też takie które są trudniejsze - bo np. ich krok jest naturalnie bardziej obszerny. Każdy jeździec powinien wysiedzieć na każdym z tych koni. Chociaż na samym początku warto próbować swoich sił na koniu łatwiejszym, warto szybko zapoznać się też z tymi trudniejszymi. To one w końcu sprawiają, że po powrocie do "łatwego" konia wysiadywanie staje się jeszcze proste. Ogólna zależność jest taka, że im koń mocniej wybija, tym więcej Was nauczy. 

Jest jednak również trzecia kategoria, czyli konie które są trudne do wysiedzenie nie dlatego że takie są ich wrodzone "predyspozycje", ale dlatego że ich grzbiet jest tak bardzo sztywny. 

Jeżeli koń nie jest rozluźniony, jeźdźcowi trudno się rozluźnić, a jeżeli jeździec nie jest rozluźniony to nie ma szans żeby koń się rozluźnił. Błędne koło. 



Pracując z takim koniem nigdy nie zaczynam pracy z nim od kłusa ćwiczebnego. Jeżdżę wtedy tak długo kłusem anglezowanym bądź w półsiadzie aż poczuję że koń zaczyna się rozluźniać i jego grzbiet jest gotowy na przyjęcie mojego ciężaru. 

Bo moi drodzy, dla młodego lub mocno spiętego konia kłus ćwiczebny jest wyzwaniem nawet jeżeli nasz dosiad jest idealny. Taki koń nie zawsze ma odpowiednio rozwiniętą muskulaturę oraz technikę by być w stanie dźwigać nasz ciężar. Po czym poznać że taki koń nie jest gotowy? Ano na przykład po zapadniętym grzbiecie. Po sztywnych chodach. Po uciekaniu od wędzidła. 

Tak więc kłus ćwiczebny jest wyzwaniem nie tylko dla nas, ale też dla naszych koni. Nie wiem czy to pocieszające czy raczej tragiczne, ale fakt jest taki że na początku dyskomfort odczuwacie oboje. W tym miejscu życzę Wam i Waszym rumakom dużo cierpliwości i ani się obejrzycie a kłus ćwiczebny stanie się coraz większą przyjemnością. A cóż więcej w jeździectwie chcieć jak nie szczęśliwego konia i szczęśliwego jeźdźca. W końcu to po to mamy ujeżdżenie. 

Malwina

MAŁA INFORMACJA

Jeżeli post Wam się spodobał, a Wy łączycie się ze mną w bólu bo podobnie jak mi wysiadywanie kłusa nigdy nie wychodziło Wam intuicyjnie - zachęcam Was do pozostawienia pod moim postem małego śladu w postaci reakcji. Tak mało, a strasznie cieszy i motywuje do dalszego pisania ❤️


Jeżeli za to macie chwilkę czasu i ochoty to zapraszam również na mojego Facebooka którego dopiero co (ponownie) założyłam. Wy to pewnie wiecie, nie znam się na tego typu rzeczach, ale byłam bardzo wdzięczna za wszelką formę wsparcia w postaci lajków ❤️

Buziaki!

sobota, 18 maja 2019

W jaki sposób praca z ziemi może zbudować mięśnie konia

W jaki sposób praca z ziemi może zbudować mięśnie konia

Kiedy mówimy o pracy z ziemi, zwykle na myśli mamy szalone dwusnastolatki radośnie ganiające swoje kucyki na różowych halterkach, a - nie obrażając nikogo, dwunastolatek w szczególności - taki sposób pracy nie wiele ma wspólnego z prawidłowym budowaniem końskich mięśni. Mimo wszystko praca z ziemi może okazać się ważna, a niekiedy nawet kluczowa w procesie szkolenia. I żeby była jasność, nie mówię tu tylko o aspekcie psychicznym. 

Zacznijmy od małego wprowadzenia. Nie wszystkie konie rodzą się z idealną budową, która umożliwia im poprawne noszenie jeźdźca już od samego początku ich kariery. Mówiąc szczerze, zwierzęta bez wcześniejszego przygotowania w ogóle nie są dostosowane do noszenia ciężaru jakim jest nasze ciało. 

Zadaniem, które mamy przed sobą jako osoby chcące znajdować się na końskim grzbiecie mimo wszystko, jest nauczenie konia takiego sposobu poruszania się z nami, który nie sprawia mu bólu  oraz na dłuższą metę nie prowadzi do zupełnego zepsucia kręgosłupa. 

Jak wiele razy na pewno słyszeliście, koński kręgosłup ma pewne naturalne krzywizny. Młode zwierzę nie mające żadnego doświadczenia pod siodłem chodzi w taki sposób, że jego grzbiet wydaje się wklęsły, a szyja zadarta jest do góry. Taki sposób poruszania się nie ma w sobie niczego złego, oczywiście do momentu gdy człowiek nie zdecyduje się konia użytkować. Dodatkowe kilogramy sprawiają, że grzbiet konia niejako "zapada się", a w konsekwencji poszczególne kręgi mogą zacząć się ścierać co nosi nazwę kissing spines i jest bardzo często spotykaną dolegliwością u koni. Dodatkowo, zwierzę może zacząć spinać swoje mięśnie i zadzierać głowę jeszcze bardziej do góry, a to wszystko zupełnie zaburza jego biomechanikę. 



Jeżeli jeździec nie chce by koń w sposób szybki i bolesny zakończył swoją karierę, musi zacząć pracować z nim tak, by jego kręgosłup mógł pracować poprawnie. A nie ma dla niego innej możliwości dźwigania parudziesięciu kilogramów ludzkiego ciała niż gdy jest on w pozycji wypukłej. 

Do tego właśnie jeździec musi zachęcić konia - by ten zaokrąglił swój grzbiet (czyli wygiął go i uczynił wypukłym), obniżył zad i w konsekwencji również przestał zadzierać szyję oraz się rozluźnił. Tylko w takim stanie koń może nosić jeźdźca nie narażając się na żadne problemy oraz ból. 

Pojawiają się jednak dwa ściśle ze sobą związane problemy, które sprawiają, że nie u każdego konia proces wyszkolenia go do takiej jazdy jest równie prosty. Po pierwsze, koń potrzebuje silych mięśni do takiej pracy, ponieważ jazda w zebraniu jest dla niego sporym wyczynem fizycznym. Po drugie, co jest trochę wynikiem tego pierwszego, nie każdy koń uważa taką jazdę za konieczną, szczególnie te zwierzęta, które spędziły lata będąc użytkowane w sposób niepoprawny. Jeżeli koń jest leniwy (a zwykle jest), to dodatkowy wysłek fizyczny pomimo odczuwanego bólu będzie mu się wydawał skrajnie głupi. Trudno mu się w sumie dziwić. 

Mądry jeździec powinien skupić się na tym, by wyrobić mięśnie konia - zarówno te grzbietu jak i zadu - tak, by poprawna jazda stała się dla niego możliwa. Ponadto, powinien wykształcić w koniu stały nawyk jazdy z zaokrąglonym grzbietem, pokazując mu że taka jazda jest dużo przyjemniejsza. 

Pracę taką można oczywiście wykonać pod siodłem. Warunkiem jest, żeby jeździec (oprócz tego, że miał dobry dosiad i możliwie jak najmniej przeszkadzał swoim ciałem) cały czas pilnował by końskie ciało było ustawione w sposób poprawny. Przy zaokrąglonym grzbiecie może wykonywać wiele ćwiczeń - czy to na kole, czy to przejść, czy to cavaletti. Jeżeli koń nie jest w stanie mieć takiej pozycji ciała, niekiedy niezbędny jest gogue. Jest to jeden z nielicznych patentów jeździeckich, który polecam Wam z całego serca. Nie o nim jednak ten post. 



Zgodnie z tytułem postu, chciałam Wam napisać o tym jak zbudować mięśnie konia używając samej tylko pracy z ziemi. Do tego postu zainspirował mnie oczywiście mój koń, o którym pisałam Wam parę dni temu, a którego kręgosłup pozwala mu nosić mój ciężar maksymalnie raz w tygodniu i jest to orzeczenie fizjoterapeutki-osteopatki, a nie jakiegoś tam mojego widzi-mi-się. Przez pozostałe dni tygodnia muszę pracować ze Zgredkiem na lonży i to na niej zbudować muskulaturę, która będzie w stanie dźwigać mój ciężar. I, żeby nie było, nie jest to Bóg wie ile tylko marne 50kg. 

Moją pierwszą reakcją było lekkie zdziwnienie - no bo jak to, jak zbudować mięśnie nie siedząc na koniu?

Okazuje się jednak, że jest to możliwe. Sposobów jest oczywiście mnóstwo. Dla mnie podstawą jest praca na jednej lonży, ale w systemie nazwanym pessoa. Zdaję sobie jednak sprawę, że metod  ogólnie jest bardzo dużo, całkiem możliwe że istnieją jakieś lepsze niż moja, ja jednak opiszę Wam to na czym się znam, bo nie chcę Was w żaden sposób okłamywać. 

Pessoa to jeden z jeździeckich patentów, aktualnie jedyny którego (oprócz gogue) zdarza mi się używać. Możliwe, że niektórych z Was dziwi czemu ja - będąca tak wielką anty-miłośniczką patentów - zaraz zachęcam Was do używania ich. Otoż usłyszałam kiedyś bardzo mądre zdanie, które brzmi mniej więcej tak: patenty zostały stworzone dla konia a nie dla jeźdźca, a więc powinny pomagać koniowi a nie jeźcowi. Jeżeli więc koń ma wyraźne problemy i bez jakieś wskazówki nie da rady pracować - używanie patentów jest jak najbardziej okej. Nie należy jednak stosować ich gdy to jeździec nie chce bądź nie potrafi szkolić konia w sposób poprawny i idąc na łatwiznę próbuje siłą zakrąglić jego szyję. 



Pessoa w odróżnieniu od niektórych innych patentów nie działa tylko na szyję i nie próbuję siłą ściągnąć głowy w doł, ale przede wszytskim oplata również zad, co w dość prosty sposób powoduje zaokrąglenie końskiego grzbietu. Nie mówię, że system jest idealny (w końcu wszystko da się zepsuć), ale mogę Wam powiedzieć, że u mnie ten rodzaj pracy sprawdza się wystarczająco dobrze. 

Na czym polega lonżowanie konia za pomocą pessoa? Poza tym, że koń ma założoną specjalną uprząż łączącą zad, grzbiet i szyję, lonżowanie konia wygląda normalnie. Na początku robimy parę kołek stępem albo chodzimy z koniem w ręku, potem przechodzimy do pracy w kłusie i galopie. W kłusie dodatkowo możemy używać cavaletti - ich obecność nakłoni konia do wyższego podnoszenia zadnich nóg, co umocni jego mięśnie zadu. Bardzi fajnym pomysłem jest też stosowanie przejść kłus-galop-kłus, które jak nic innego angażują koński zad. Dodatkowym plusem jest to, że ucza one konia reakcji na pomoce takie jak głos czy mowa ciała. Ciałościow takie lonżowanie trwa 20-25 minut.

Oprócz lonżowania konia moja fizjoterapeutka zachęciła mnie do wykonywania strechingu co głównie polega na tym, że kładę marchewkę w różnych miejscach (np. pomiędzy jego  przednimi nogami) i nakłaniam go do sięgnięcia po nią. Innym wariantem jest naciskanie w taki specjalny punkt na brzuchu konia, który sprawia, że jego grzbiet robi się wypukły. Takie ćwiczenia nie trwają jednak dłużej niż parę minut. Jeśli mam być szczera to nie wiem czy są pomocne, ale wiele osób twierdzi że tak (w tym owa właśnie fizjoterapeutka), więc kontynuuję je mimo wszystko. 

Po takiej sesji zwykle staram się rozluźnić konia pracując z nim na lonży bez żadnych patentów. Moim celem jest to, żeby ruszał się jak najbardziej spokojnie i powoli opuszczał głowę w dół. Nie wiem czy słusznie, ale mam wrażenie że ostatnie minuty w takim właśnie niskim ustawieniu poprawnie na niego wpływają.

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie, 
Malwina

MAŁA INFORMACJA

Wielkie dzięki za wszystkie łapki i serduszka pod moimi postami. Dziękuję Wam za zaangażowanie, za miłe słowa i jakąkolwiek inną formę wsparcia <3. Jak zwykle, bardzo zachęcam Was do zostawiania reakcji również pod tym postem. To strasznie motywuje do dalszej pracy i sprawia, że - chociaż zdarza mi się być bardzo nieregularną w swojej aktywności- to jednak staram się przychodzić tu dla Was jak najczęściej, bo musicie wiedzieć, że sprawia mi to ogromną przyjemność :)). 

poniedziałek, 18 marca 2019

Jak nauczyć się wydłużania i skracania chodów konia?

Jak nauczyć się wydłużania i skracania chodów konia?

Skracanie i wydłużanie chodów konia niby jest sobie całkiem proste. Piszę niby, bo w zasadzie gdyby tak prześledzić wszystkich jeźdźców wraz z ich końmi, to nagle okazałoby się, że statystycznie większość (nota bene ze mną na czele) wcale nie robi tego poprawnie. Jedna sprawa to nieświadomość jakich pomocy przy wydłużaniu i skracaniu powinno się użyć, ale druga (według mnie znacznie bardziej istotna) jest kwestia pewnego wyczucia, a ściślej rzecz biorąc - jego braku. 

Myślę, że każdy jeździc intuicyjnie "czuje", że zmieniając wykrok konia (czyli wydłużając badź skracając jego chód) powinien albo użyć łydki i rozluźnić biodra albo też mocniej domknąć rękę i nieco zblokować biodra. Równocześnie jednak mało który jeździec czuje jak mocno i w jakiej kombinacji powinien powyższych pomocy użyć. 

Trudno przecież komuś wytłumaczyć jak silne powinny być sygnały dawane łydką podczas wydłużania kroków albo jak mocno domknąć rękę podczas skracania; o tłumaczenie roli dosiadu w tym procesie w ogóle już nie mówiąc. 

W efekcie nie każdy jeździec wie jak odpowiednio zadziałać pomocami, co powoduje, że koń nie zmienia wykroku tak jak powinien. Co to w praktyce oznacza? W generalnej większości po prostu w ogóle nie widać, że jakakolwiek próba wydłużania/skracania chodu została rozpoczęta, bo koń rusza się tak jak ruszał się przed zadziałaniem pomocy. 

Wytłumaczenie komuś rzeczy, które opierają się na wyczuciu są bardzo trudne (żeby nie powiedzieć, że niemożliwe), dlatego zamiast tłumaczyć zaproponuję Wam ćwiczenie, które same w sobie nauczy Was poprawnego wydłużania i skracania chodów.

Możnaby właściwie powiedzieć, że "wymusi" w Was używanie poprawnych pomocy, bo w innym wypadku (jeżeli nieodpowiednio wydłużycie/skrócicie koński wykrok), nie będziecie w stanie wykonać ćwiczenia. 


Ćwiczenie wygląda dokładnie tak jak na załączonym obok rysunku. Chodzi o to, żebyście ułożyli dwie linie drągów - na moim cudownym paintowym dokumencie jedna z nich zaznaczona jest na czerwono, z kolei druga na fioletowo. 

Drągi czerwone ułożone są daleko od siebie (w moim przypadku odległość wynosiła 1,5m ale powinniście sami dostosować to do Waszych koni - ich wzrostu i umiejętności). Drągi fioletowe ułożone są bardzo blisko siebie (u mnie było to 1,2 m). 

Najeżdżając na linię czerwonych drągów powinniście zadbać o to, żeby koń zaczął wydłużać wykrok (przejechanie przez drągi będzie dla Was swojego rodzaju sprawdzianem i pokaże, czy koń faktycznie wydłużył krok - jeżeli wydłużanie nastąpi dopiero na drągach, znaczy się że trzeba jeszcze nad czymś popracować). Po przejechaniu przez drągi będziecie mieć chwilę czasu na powrócenie do "normalnego" wykroku, żeby na lini poprzedzającej fioletowe drągi skrócić chód konia. 

Ćwiczenie wykonujemy oczywiście całkowicie w kłusie. 

Po paru takich przejazdach razem z Waszym koniem zaczniecie  powoli rozumieć w jaki sposób musicie ze sobą współpracować, żeby osiągnąć zamierzony efekt. Leżące na ziemi drągi są jedynie sprawdzianem tego, czy wydłużenie/skrócenie kroku faktycznie następuje i bardzo pomagają w wykształceniu się poprawnego wyczucia. 

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i mam nadzieję, że powyższe ćwiczenie chociaż troszeczkę pomoże Wam w doskonaleniu ujeżdżeniowych umiejętności, 

Malwina

MAŁA INFORMACJA

Tym razem "małą informację" powinnam nazwać właściwie "małymi informacjami", bo w zasadzie to chciałabym Was poinformować o dwóch sprawach. 

Po pierwsze, jak zwykle przypominam Wam o Disqusowych reakcjach na moje posty, które w każdej chwili anonimowo możecie dodać. To mega motywuje, jest strasznie miłe i byłabym bardzo wdzięczna gdybyście w dalszym ciągu na nie klikali <3. 

Po drugie, chciałabym Was poinformować o tym, że blog parę dni temu znalazł się na Facebooku. Mówiąc zupełnie szczerze, nie do końca jeszcze rozumiem jak to wszystko działa (mówię tu o funpage'u), ale myślę że byłoby bardzo fajnie gdybyście postanowili mnie tam odwiedzić. Wszystkie infromacje o nowych postach będę tam właśnie zamieszczała, więc myślę, że obserwowanie mojej strony Wam bardzo ułatwiłoby życie, a mi znacząco nakarmiło ego. Dziękuję!

niedziela, 17 lutego 2019

Wszystko o galopie na dobrą nogę

Wszystko o galopie na dobrą nogę

Jeżeli w ostatnim z moich postów tłumaczyłam Wam jak zagalopować i czemu ponad połowa populacji młodych jeźdźców podchodzi do tego niepoprawnie, teraz zdecydowanie przyszedł czas na małą wzmiankę o galopie na dobrą nogę. Z tym galopem na dobrą nogę to jest tak, że każdy o nim słyszał, większość nie rozumie, a jednak prawie nikt nie ma z nim większych problemów. Bo prawda jest taka, że o ile jest to możliwe, każdy porządny koń sam z siebie dąży do tego, by zagalopować na dobrą nogę. Finito. 

Skąd jednak w ogóle wzięło się całe to dziwne stwierdzenie i czemu tak bardzo zależy nam na patrzeniu na jakąś tam nogę? Szukając przyczyny musimy bliżej przyjrzeć się biomechanice końskiego ruchu czyli po prostu zastanowić czym tak naprawdę jest galop. O ile stęp polega na takim sobie zwyczajnym chodzeniu, a kłus jest odpowiednikiem ludzkiego truchtu, o tyle galop przypomina mi najbardziej radosne podskoki małej sarenki. Galop jest jednak o tyle dziwny, że koń skacząc nie robi tego jak królik, to znaczy nie skacze symetrycznie unosząc raz przednie a raz tylnie nogi, ale robi to właśnie w sposób bardzo niesymetryczny, tak że zawsze jedna z jego stron (prawa lub lewa) robi ten ruch jako pierwsza, a druga ze stron jedynie "doskakuje" do tej strony prowadzącej*.


Jak łatwo się domyślić, właśnie na podstawie tego która strona jest stroną "prowadzącą" a która jest "doskakującą" możemy bardzo wiele o galopie powiedzieć (między innymi to czy jest na dobrą nogę czy nie).

Poprawne jest gdy stroną "prowadzącą" czyli "inicjującą" galop jest wewnętrzna strona konia. Oznacza to, że jeżeli mamy galopować na ujeżdżalni, ta strona która jest bardziej oddalona od płotu a bliżej położona wnętrza ujeżdżalni będzie stroną, która będzie bardziej z przodu i od której będzie zaczynał się ruch. Jeżeli koń będzie tak galopował, śmiało możemy powiedzieć, że galopuje on na dobrą nogą. 

Odwrotnie wygląda sytuacja, gdy koń galopuje na złą nogę (co w ujedżeniu podczas niektórych figur nazywa się kontrgalopem). Wtedy też jego stroną "prowadzącą" jest strona zewnętrzna, czyli ta położona bliżej płotu. 

Ktoś mógłby teraz spytać się czemu to takie ważne która ze stron "prowadzi", a która "doskakuje". Odpowiedź w rzeczywistości jest bardzo prosta. Wszystko dzieje się ze względu na wygodę zwierzęcia, któremu dużo łatwiej jest galopować na dobrą nogę niż na złą. Żeby dobitniej pokazać Wam jak bardzo jest to dla konia ważne, radziłabym wyobrazić sobie konia galopującego po kole. Jeżeli koń galopuje na dobrą nogę, jest się w stanie spokojnie wygiąć. W przypadku galopu na złą nogę wewnętrzna tylna noga konia niejako zostaje "z tyłu" i sprawia, że wygięcie jest dla konia ekstremalnie trudne. 


Stąd też wielu trenerów każe swoim podopiecznym dokonać zagalopowania na kole. Jeżeli koń jest odpowiednio wygięty, praktycznie nie ma możliwości, żeby zagalopował na złą nogę. 

Problem pojawia się kiedy jeździec chce zagalopować na linii prostej, a nieświadomie wygina ciało konia do zewnętrz. To powoduje, że zwierzęciu dużo łatwiej zagalopować na złą nogę i w efekcie faktycznie dochodzi do galopu na złą nogę. Gdy jednak dojeżdżają do narożnika, ciało konia zostaje wygięte do wewnątrz, co sprawia że w większości przypadków koń czując niewygodę przechodzi do kłusa bądź zmienia nogę poprzez lotną, w zależności od jego poziomu wyszkolenia. 

Lekarstwem na to jest oczywiście delikatne wygięcie konia do wewnątrz podczas zagalopowania, które sprawia, że koń nie ma innej możliwości niż zagalopować na dobrą nogę. 



Jeśli chodzi jednak o samo ocenianie czy koń galopuje na dobrą nogę czy nie, najlepszą metodą jest spojrzenie na wewnętrzną tylną nogę konia. Jeżeli jest ona nogą, która jako pierwsza wykonuje ruch, galop jest na dobrą nogę. 

* jasne, cały ten opis jest pewnego rodzaju uproszczeniem, ale mam nadzieję, że nadążyliście za moim sposobem rozumowania i nie namieszałam Wam w głowach za bardzo

Malwina

MAŁA INFORMACJA

Podobnie jak pod innymi postami, również tutaj możecie zostawić swoją reakcję. Byłabym Wam bardzo wzdzięczna za wszystkie łapki/serduszka, bo chociaż kiliknięcie ich zajmuje tylko parę sekund, pokazuje że faktycznie ktoś czyta mojego bloga, a to bardzo motywuje. 


niedziela, 10 lutego 2019

Jak zagalopować i czemu mi to nie wychodzi?

Jak zagalopować i czemu mi to nie wychodzi?

Jeżeli jakiś bardzo dociekliwy człowiek prześledziłby wszystkie moje jeździeckie problemy, to abstrahując od faktu, że przeraziłby się ich ilością, zapewne stwierdziłby, że co jak co, ale w zagalopowaniu to ja zawsze byłam kiepska. Kwestia tego jak poprawnie zagalopować (a nawet jak zagalopować w ogóle bo i to bywało problemem) była zawsze tym, co w mojej jeździeckiej egzystencji niestannie spędzało mi sen z powiek. No bo jak to - być jeźdźcem i nie umieć galopować? O ile na początku swojej jeździeckiej przygody bardzo podobało mi się, że konie nie wchodziły pode mną w jakieś tam dzikie zagrywki a la rodeo, o tyle z czasem faktycznie zaczęło mi to przeszkadzać, a marzenie by mój koń zagalopował na pstryknięcie palcami a nie po godzinych długich i  żmudnych sygnałów moich zmęczonych łydek w końcu przeważyło. Tak, chciałam galopować. I tak, nie umiałam tego robić. 

Na początku najłatwiej było zwalić winę na jakiś zewnętrzny i niepowiązany ze mną czynnik, istnienia którego świadomość wcale nie pomogłaby mi w zagalopowaniu, ale zdecydowanie ulżyła mojemu mocno już poturbowanemu poczuciu własnej wartości. Prawda była jednak bolesna. Wina nie leżała ani po stronie konia (ten w końcu bardzo chętnie reagował na moje łydki coraz to szybciej i szybciej przebierając nóżkami w kłusie, a to że finalnie w galop nie wchodził jego błędem nie było) ani po stronie trenera, który w końcu bądź co bądź bardzo mądre rzeczy mi mówił. Winna byłam ja, a raczej moja nieumiejętność (a może i trochę niewiedza) przełożenia wszystkich tych mądrych rad w życie. Dzisiaj przychodzę do Was ciutkę mądrzejsza o te parę wskazówek, które sprawiły, że problem zagalopowania zniknął z mojej jeździeckiej listy porażek, a na jego miejsce pojawiło się wiele innych, ale to już chyba temat na inne rozważania. Dzisiaj pytanie - jak zagalopować? I oto odpowiedź...


Największym błędem związanym z zaglopowaniem jest to, że chcemy go za bardzo. Nie wiem czy jest tak we wszystkich przpadkach, ale w zdecydowanej większości jeźdźcowi tak bardzo zależy na galopie, że o jakość kłusa dba w stopniu zerowym, przez to tenże chód jest niechlujny i niedopracowany (jeździec w końcu skupia się na galopie), a to paradoksalnie sprawia, że do upragnionego galopu nie dochodzi wcale. 

Bo uwieżcie mi, mimo największych swych chęci koń nie będzie w stanie dobrze zagalopować jeśli uprzednio nie będzie miał odpowiedniego kłusa. Jeżeli należy do spokrewnionego z koniem gatunku konia miłego to może i jeszcze po długich namowach wejdzie w ten cały galop, ale będzie to przypominało bardziej potknięcie niż przejście w pełnym tego słowa znaczeniu. Podobnie może się zresztą zdarzyć jeżeli koń będzie lekko nadpobudliwy, bo wtedy sam ruch powietrza może wprawić jego ciało w niekontrolowane (a przynajmniej nie przez Ciebie) ruchy. Przeciętny trawożerca w porywach może i zacznie szybciej przebierać nóżkami, ale mówienie tu o galopie jest nieco na wyrost. 

Możecie mi wierzyć albo i nie, ale już obserwujac jak jeździec razem z koniem kłusują mogę z niemalże stuprocentową skutecznością powiedzieć, czy uda im się zagalopować czy nie, a przynajmniej ile czasu zajmie im dojscie do tego misternego stanu. Jeżeli kłus jest poprawny, praktycznie w każdym przypadku do galopu dochodzi od zaraz. Bo zagalopowanie samo w sobie nie jest niczym trudnym. Jeżeli  kłus jest dobry, a koń gotowy, wystarczy przesunąć zewnętrzną łydkę do tyłu i zagalopowanie nastąpi od zaraz. 



Tymczasem zdecydowana większość adeptów próbuje zagalopować z kłusa, który jest po prostu zły. Co mam na myśli? Po pierwsze, brak kontaktu. Wodze luźno wiszą, czasem tylko drżąca z przejęcia ręka obije wędzidłem po pysku, ale próżno tu mówić o jakiejkolwiek formie kontaktu. A kontakt - szczególnie przy zagalopowaniu - jest konieczny. Po prostu. Wodze powinny być napięte, a dłonie przez cały czas czuć delikatny opór końskiego pyska. 

Z brakiem kontaktu wiąże się zresztą brak kontroli. Bo jak jeździec chce zagalopować to nagle jakby cały Boże świat przestał istnieć. Chcę zagalopować i nagle hulaj dusza piekła nie ma. Stop! To, że chcesz zagalopować nie zwalnia Cię z tego, by dokładnie pilnować jak Twój koń się porusza. Zaczynając od bardzo prostych rzeczy, jak chociażby żeby koło na którym próbujesz wykonać przejście było równe, żeby koń nie zmiejszał jego średnicy, a przede wszytskim - żeby poruszał się tak jak Ty, a nie on tego chce. 

Kolejna rzecz dotyczy tempa kłusa. Wielu jeźdźców myli sygnał przesuniecia zewnętrznej łydki do tyłu (delikatnie poparty szturchnięciem końskiego boku wewnętrzną łydką) z oklepywaniem konia aż do skutku. Jeżeli koń nie zagalopował po jednym sygnale to prawdopodobieństwo, że zrobi to po kolejnych piędziesięciu trylionach niestety, ale maleje. 

Jeźdźcy widzą jednak, że koń trochę przyspieszył, że trochę szybciej zaczął przebierać nóżkami i biorą to za dobrą monetę. I faktycznie, czasem zdarzy się, że kłus zrobi się tak szybki, że koń nie będzie już w stanie szybciej przebierać nóżkami i w akcie desperacji zacznie galopować, a nie jest to takie zagalopowanie, o jakie nam chodzi. 



Problem jest też taki, że wiele osób uważa, że kłus z którego koń ma zagalopować musi być szybki. Bzdura! Kłus musi być kontrolowany, nie gnany, zrównoważony, "normalny", ale przede wszytskim spokojny. 

Jeżeli mówimy o spokojnym kłusie to musimy też wspomnieć o spokojnym dosiadzie. Bo niestety, ale emocje często biorą górą i przestajemy się pilnować, głęboko oddychać i starać nie podskakiwać, a zamiast tego zaczynamy po całym siodle ruszać się i skakać. Żeby temu zapobiec po pierwsze musimy dostosować tempo kłusa do naszego dosiadu (tzn. jeżeli kłus jest zbyt szybki  do tego żebyśmy mogli go wysiedzieć to odpowiednio go zwalniamy), po drugie głęboko oddychamy, po trzecie - na ile to możliwe - stabilizujemy nasze ciało. Staramy się, by nasze ręce i nogi (a także miednica, biodra i całe calutkie ciało) nie latały. I wiem, że tu się można czepiać, że można mówić że nad tym się nie da panować, ale proszę Was - w jakimś stopniu jest to serio możliwe, a część Waszego podskakiwania to brak wewnętrznego spokoju (brzmię trochę jak mistrz jogi, ale trudno). 



Właśnie taki spokojny jeździec na spokojnym i zrównoważonym koniu (mówię tu o kwestiach fizycznych bo z psychiką to trudno, to wszyscy wiemy, a jak nie wiemy to możemy się przekonać umawiając naszą myszkę do kowala na przykład) są w stanie razem zagalopować. Praktycznie od zaraz i od pstryknięcia palcem jak to się na początku wpisu metaforycznie wyraziłam. 

Na pocieszenie powiem Wam, że ja do tego, żeby nauczyć się  poprawnie zagalopować dochodziłam bardzi długo, a ostatecznie nauczyłam się tego przy okazji; po prostu stając się coraz lepszym jeźdźcem i coraz bardziej skupiając na tym, żeby kontrolować chody konia a nie tylko bezmyślnie wozić się na jego grzbiecie, powoli doszłam do stanu w którym stwierdzam: hmmm... wystarczy że chcę zagalopować, daję sygnał i już galopuję. Jakie to jest piękne! Ale ile trudu potrzeba, żeby dojść do takiego stanu... chyba tylko drugi jeździec jest w stanie to zrozumieć, bo napewno nikt z obserwujących nas laików. To wszytsko wydaje się przecież takie łatwe... no właśnie, ale żeby było łatwe potrzeba ciężkiej pracy. Nie wiem czy to jakieś pocieszenie (marne chyba takie trochę), ale mi w każdym razie daje powera bo kiedy patrzę na siebie z kiedyś i na siebie z teraz to widzę jak bardzo wiele spraw się zmieniło i myślę sobie, że przecież kurczę - może być jeszcze lepiej!



Podsumowując i zbierając te wszystkie rozważania do kupy - żeby zagalopować trzeba:

- dobrego, spokojnego, zrównoważonego kłusa
- kontroli nad tempem kłusa (i ogólnie kontroli nad tym gdzie jedziesz)
- kontaktu z pyskiem konia
- stabilnego, spokojnego dosiadu
- stabilnych rąk i łydek
- przede wszytskim nie dawania bardzo sztucznych i "podrecznikowych" sygnałów

Jeżeli te wszytskie elementy są spełnione, wystarczy przesunąć zewnętrzną łydkę do tyłu (i lekko szturchnąć wewnętrzną łydką bok konia), a koń powinien wejść w galop praktycznie od razu. 

Malwina

MAŁA INFORMACJA

Jeżeli chociaż troszeczkę spodobał Ci się napisany przeze mnie post, a może po prostu lubisz odwiedzać mojego bloga (nawet jeżeli posty w nim zawarte działają Ci na nerwy i po prostu nie możesz ich znieść, ale jednak wchodzisz na tą stronę mimo wszystko) to byłoby mi bardzo miło gdybyś zostawił łapkę/serduszko pod moim wpisem. Zajmie Ci to parę sekund a dla mnie będzie kolejnym powodem do baaardzo dużego uśmiechu. No i może okaże się że nie tylko ja w tej jakże drażliwej kwestii zagalopowania pół mojego jeździeckiego życia byłam w totalnej kropce, a będzie to całkiem dużym pocieszeniem.  

Jak widziecie, staram się wracać do regularnego publikowania, jak będzie dalej to tylko czas pokaże, ale póki co jestem dobrej myśli bo pomimo całego mojego narzekania to w gruncie rzeczy straszna optymistka ze mnie, i to na dodatek optymistka do głębi zakochana w swoim blogu i całym tym pisaniu do Was. Wy zresztą czytacie mojego bloga (tak przynajmniej mówią statystyki, a statystyki to świętość) więc skoro ja lubię pisać, a Wy lubicie czytać to dobra nasza i po co byłoby to wszystko przerywać. Także spodziewajcie się mnie za tydzień, buziaki i do zobaczenia <3. 


środa, 25 kwietnia 2018

Jak się lonżuje konia?

Jak się lonżuje konia?

Niby każdy jeździec umie lonżować konia, ale jak przychodzi co do czego, to jednak okazuje się, że nie zupełnie. Rekreacja nie zajmuje się uczeniem tej rzekomo niepotrzebnej umiejętności; sport zakłada, że jeźdźcy dawno już ją posiedli. W efekcie gdy koniec końców jeździec stanie przed koniecznością pod tytułem: "konia trzeba pilnie wylonżować", jego wiedza pozwoli mu najwyżej na poprawne zapięcie i chwycenie lonży. Oczywiście, można machać batem na wszystkie strony i w rytmie tupnięć nogą cmokać na bezczelne zwierzę; można - przecież żyjemy w wolnym świecie. Ale czy to jest na pewno to jest to o czym Wy i Wasze konie marzycie - no zastanówcie się sami.

Pisząc ten post zakładam, że wiecie jak wygląda lonża, umiecie zapiąć ją do wędzidła i chwycić do rąk. Słowem - stoicie w poprawnej pozycji, ale nie wiecie jak konia ruszyć, a jak zatrzymać; jak w ogóle i w jakikolwiek sposób na niego zadziałać. 

Zacznijmy od pewnej analogi. Siedząc na koniu używamy 3 pomocy - ręki, łydki i dosiadu. Wszyscy, którzy mnie czytacie wiecie, że każda z tych pomocy ma nieco inną funkcję. Z lonżowaniem jest podobnie. 












1. Podstawowa metoda lonżowania - jak ruszyć, a jak zatrzymać

Podstawowa metoda lonżowania jest bardzo prosta. Kiedy stoisz na wprost środkowej części konia (patrzysz na jego brzuch) to nie wysyłasz mu żadnych komunikatów. Kiedy chcesz żeby ruszył  do przodu musisz obrócić się w stronę jego zadu, tak jakbyś chciał pójść w stronę końskiego tyłu (właściwie to nie musisz tylko chcieć; możesz faktycznie zrobić krok w kierunku końskiego zadu). Kiedy chcesz konia zatrzymać, musisz obrócić się w stronę jego łba, tak jakbyś chciał pójść właśnie w stronę końskiego przodu (i tu też możesz rzeczywiście zrobić krok w kierunku końskiego przodu). 

Ja swojego pierwszego konia lonżowałam właśnie tą metodą; na kantarze i bez bata. Bardzo polecam spróbować takiej metody lonżowania (w sensie na kantarze i bez bata), przede wsztystkim dlatego, żeby zobaczyć, że się da. 

Wiele osób uważa, że bat jest konieczny do lonżowania konia - bo bez niego nie zostaje nam nic innego jak tylko cmokać do konia lub używać do poganiania lonży. Odradzam i jednego i drugiego sposobu, ten który podałam na samej górze jest zdecydowania najkorzystniejszy. I działa. 

Jak do tego ma się głos?

Głos to pomoc, która nie jest dla konia naturalna, ale którą konia można nauczyć. Właśnie z tego względu cmokanie nie przynosi żadnych korzyści - jest nieskuteczne, bo niezrozumiałe, a do tego często nadurzywane. 


Głos nie jest konieczny w lonżowaniu konia, ale osobiście bardzo cenię sobię konie, które nauczono tego typu komunikacji. Jeżeli zwierzę na lonży nauczone jest podstawowych komend, wtedy rozumie je również pod siodłem. Wtedy w momencie totalnego kryzysu mogę powiedzieć dane słowo, a koń zrozumie o co mi chodzi. 

Nauczenie konia rekacji na głos jest bardzo proste. W momencie gdy za pomocą swojego ustawienia ciała (ustawienie w kierunku łba/zadu) daję jakiś komunkat to w tym samym momencie wypowiadam odpowiadającą mu komendę głosową np. idę w kierunku końskiego pyska i w tym samym momencie mówię: "whooooow". 

Komendy głosowe działają tylko wtedy jeśli mówione są pojedynczo (nie: "proszę zakłusuj" tylko: "kłus"), jednorazowo (nie: "kłus, kłus... kłus, kłus! KŁUS!" tylko "kłus"), normalnymj głosem (bez słodzenia albo nadmiernej protekcjonalności - tylko takim stanowczym, normalnym głosem). 

2. Jak prosić o ustawienie ciała konia?


Bat jest tym, co pomaga nam prosić konia o konkretne ułożenie jego ciała. Jego działanie chyba najbardziej przypomina działanie łydki, bo można nim podobnie jak łydką:

- Zachęcić konia do głębszego wkroczenia tylnymi nogami pod kłodę. Żeby to zrobić najlepiej skierować bat w kierunku nadpęci, dolnej części nogi. 

- Poprosić konia o wygięcie. Żeby to osiągnąć najlepiej skierować bat w okolice końskiego tułowia. 

- Poprosić o ruch na przód. Chyba oczywiste. 

3. Jak rozmawiać z koniem o rozluźnieniu

Komendy wysyła nie tylko ustawienie ciała i głos, ale również... ręka. Jeżeli tylko chwycimy lonżę w ten sam sposób, w który trzymamy wodzę to nasza lonża będzie działała na pysk konia dokładnie tak jak wodza. 

O co mi chodzi? O półparady! Odpowiednio "bawiąc się ręką" (nie lubię tego słowa, bo kojarzy mi się z ganaszowaniem), ręką delikatną, czułą i elastyczną, możemy końską głowę i szyję prosić o rozluźnienie. 

Malwina

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

W jaki sposób poprawić jakość kłusa?

W jaki sposób poprawić jakość kłusa?

Zdaje mi się (a nawet jestem co do tego stuprocentowo pewna), że wiele razy pisałam o poprawianiu jakości kłusa, mam jednak wrażenie, że wszystko to było zbyt ogólnikowe żebyście mogli cokolwiek z tego wynieść. Dzisiaj wracam więc z tematem, tym razem trochę bardziej konkretnie. A więc do dzieła!

Nie muszę chyba mówić, że taki poprawiony kłus jest bardzo fajny, wygodny, a do tego prześlicznie wygląda, można za niego dostać ładne noty na zawodach i każdy jeździec (o koniu nie mówiąc) o nim śni i marzy; chyba lepiej byłoby powiedzieć jednak czym taki kłus jest - bo zdaje się, że niewiele wtajemniczonych ma o tym blade choćby pojęcie. 

Często w internecie słyszy się definicje dobrego kłusa. Na pewno wiele razy trafiliście na obrazki przedstawiające końskie nogi ułożone pod takim kątem a nie innym, wiecie więc na pewno o co mi chodzi. Ja w tym poście kwestię wymachu, wykroku et cetrera - pozwólcie - pominę - a dobry kłus zawrę w swojej definicji, która  tak czy tak zawiera w sobie wszystko to, co ważne (a przynajmniej mam taką nadzieję). 

Dobry kłus to kłus w rozluźnieniu i do przodu.

Koniec. Na tym mogłabym zupełnie poprzestać, ale nie poprzestanę z jednego prostego powodu - i ta definicja mogłaby zostać źle zrozumiana. 


Co oznacza więc kłus w rozluźnieniu i do przodu, poza oczywistym faktem, że jest to kłus poprawny? Albo inaczej - jak go osiągnąć?

Strasznie ciężko zacząć od opisania jednego elementu - bo rozluźnienie i ruch do przodu to dwa elementy, które ściśle od siebie zależą. 

Jeździec prosząc o dobry kłus z jednej strony powinien dbać o ruch konia naprzód - tak, żeby koń nie ślamazarzył się, ale zamiast tego biegł energicznie, z drugiej strony poprzez delikatną rękę powinien dać mu trochę więcej luzu na wodzy, żeby tym samym zachęcić go do większego rozluźnienia. Wiem, że nadal może wydawać się to niezrozumiałe, więc tłumaczę jeszcze dokładniej. 

Żeby zaprosić konia do ruch naprzód potrzeba łydek. Takich łydek, które zadziałają jak bat - dwa razy rytmicznie uderzą o bok konia po czym poprzestaną i "popatrzą" na reakcję. Jeżeli doda to zwierzęciu energicznego kopa i spowoduje, że zacznie ruszać się żwawo do przodu, znaczy że obecny cel został osiągnięty. Jeśli nie - można się wspomóc rytmicznym batem. Rytmicznym czyli szybkim, nie zbyt lekkim (o czym już pisałam); takim żeby zadziałał. 

Zobaczcie na tego konia (w galopie) - jaki ruch do przodu, jaka energia :)

Co do rozuźnienia - często proponuję, żeby jeździec zaprosił konia do lekkiego obniżenia szyi (będąc na kontakcie leciutko popuszcza wodze, a koń nie tracąc kontaktu podąża za ręką). Nie proponuję tego, bo uważam że pozycja z nosem w dole jest świetna (choć może taka i jest, nie przeczę) - lecz dlatego, że ruch oddawania wodzy powoduje, że jeździec daje koniowi swobodę, działa wodzą do przodu a nie do tyłu; to z kole jest bardzo ważne w kwestii rozluźnienia. 

Sam zresztą energiczny ruch do przodu bez wodzy lub na bardzo długich wodzach jest dobry, bo często powoduje że koń rozluźnia się i rozciąga w ten poprawny sposób. Także to też bardzo zachęcam. Potem (wciąż pamiętając, że wodzami działamy do przodu nie do tyłu) bierzemy wodze do łapek i jedziemy poprawionym już chodem. 

Malwina

Ps. Czuję, że słowa zaczynają mi się mieszać, ale na usprawiedliwienie dodam, że cały weekend zajmowałam się dzieciakami w stajni ("awansowałam" na kogoś w rodzaju instruktora) i... nie chcecie sobie wyobrażać jaka jestem zmęczona. Miłego dnia i dobrego tygodnia!


Copyright © 2014 JAK LEPIEJ JEŹDZIĆ KONNO? , Blogger
Wypasiony Katalog Stron