czwartek, 18 października 2018

"Czy mój koń mnie lubi"


Tak na króciutkim wstępie powiem tylko, że jeśli kogoś zastanawia czemu tytuł posta został wzięty w cudzysłów, to tylko dlatego, żeby ktoś przypadkiem nie uznał mojego wywodu za jakąś tam marną rozprawkę, nawet jeżeli (co całkiem możliwe) faktycznie go za nią uznacie. W rozprawkach jednak dobra nie jestem, na słowa takie jak: "ponadto", "azaliż" i "reasumując" strasznie się jeżę, a poza tym to nie zamierzam pisać na jakiś tam sloganach rodem z filmów amerykańskich. O tym czy mój koń mnie lubi pisać chcę jednak bardzo, co niejako tłumaczy istnienie tego wpisu. Do rzeczy. 

Nie wiem, czy jakikolwiek czytający ten wpis osobnik płci męskiej zrozumie co mam tutaj na myśli, ale jestem prawie pewna, że każda kobieta (tudzież dziewczyna) doskonale i bez żadnych wstępów na czuja wychwyci moje intencje. Szczególnie te z Was, które jeździectwo zaczęły w wieku bardzo młodym, czują gdzieś tam głęboko w serduszku dziecięcą nadzieję, że koń odwzajemnia ich uczucia. O miłości tu mówię. 

I nawet jeśli o te x lat stałyśmy się już strasze, a życie boleśnie pokazało nam, że nie jest usłane różowymi tęczami, to jednak - no kurczę blade - marzenia pozostają marzeniami i każda z nas cholernie mocno pragnie zapewnienia, że on (o koniu mówię) żywi do nas uczucia bynajmniej nie negatywne. 



Nie zamierzam polemizować z tymi, którzy mówią że konie nas lubią, nie zamierzam polemizować z tymi, którzy mówią, że tak nie jest. Chyba po prostu się nie znam, a nie bawi mnie głoszenie jakichkolwiek truizmów. Mam za to historię (i to z serii tych prawdziwych), której zaszczytu bycia głownym bohaterem miałam okazję doznać przed paroma dniami, w zeszły piątek dokładnie. 

Żebyście lepiej zrozumieli kontekst całej sytuacji powiem tylko, że od paru miesięcy w pewnej malutkiej stajni trenuję woltyżerkę. Jest nas około sześciu osób, nieco specyficzny trener i koń. Tutaj oczywiście muszę się zatrzymać, bo samo słowo "koń" nie wystarczy, żeby opisać wyjątkowość zwierzęcia, na którym przyszło nam trenować. "Koń" w papierach wpisane ma Eliza, ale jej wrodzona dostojność sprawiła, że wszyscy pieszczotliwie nazywamy ją Elegancją, czasami tylko w złości grożąc jej palcem powiemy do niej "ty, nie myśl sobie, że taka księżniczka z ciebie". Wszyscy rzecz jasna doskonale wiedzą, że Elegancja księżniczą owszem, jest; a najbardzej to chyba zdaje sobie z tego sprawę właśnie sama kobyła. 

Jest koniem fryzyjskim i nawet jak na konia fryzyjskiego jest ponad przeciętnie piękna, wrażliwa i zarozumiała. Ogólny obraz zarysowany? Okej. 

W zeszły piątek przyszłam na trening bardzo zmęczona i chyba wcale nie powinnam była tego robić, no ale jednak przyszłam i narobiłam wszystkich tych głupot, o których właśnie teraz zamierzam Wam napisać. Zastanawiacie się jaki to ma związek z tytułem posta? Poczekajcie. 



Był koniec treningu, ja miałam już jeden skórcz stopy za sobą i w gruncie rzeczy to sama nie wiem czemu zgodziłam się dalej ćwiczyć. Trener w każdym razie kazał mi wskoczyć na kłusującą Elegancję tyłem, a ja głupia zgodziłam się. I o ile zwykle manewr ten wychodzi mi całkiem nie najgorzej, to jednak tym razem coś poszło nie do końca tak jak pójść powinno, a ja - delikatnie mówiąc - znalazłam się między jej kopytami. Do teraz nie wiem co dokładnie się wydarzyło, ale jeśli wierzyć słowom obserwatorów to wyglądało to dokładnie tak, jakby jej kopyta miały zaraz znaleźć się na moim kręgosłupie. Nie chcę, żeby zabrzmiało to zbyt drastycznie, ale drużyna w całej swojej bezgranicznej wierze w moją osobę pomyślała, że przyjdzie nam się ze sobą pożegnać. 

I właśnie w tym momencie Elegancja zrobiła coś, czego nikt z nas się nie spodziewał. Kiedy tylko poczuła, że coś ze mną zaczęło się dziać nie tak, natychmiast przejęła coś na kształt inicjatywy. Tak bardzo nie chciała mnie podeptać, że postanowiła prędzej sama się wywrócić, niż mi zrobić krzywdę. Jako, że ja byłam w stanie zupełnie niezdolnym do jakiejkolwiek współpracy, a zdolność racjonalnego myślenia odzyskałam dopiero po fakcie, to właśnie jej i tylko jej zawdzięczam to, że uszłam z tego wszystkiego cała i zdrowa. 

Pamiętam tylko jeden obraz z tej całej sytuacji - to jak jej szyja znajdowała się coraz bliżej ziemi, a przednie kopyta zaczęły się tak ostrożnie ni to ślizgać ni to obniżać. Potem już leżałam na ziemi, a Elegancja obok mnie. Wybrała zaryzykować i wywrócić się niż biec dalej i mnie podeptać. 



Czy to o czymś świadczy? Nie wiem. Czy to doświadczenie na skalę światową? Nie sądzę. Ot, kolejna historia bez pointy, którą bardzo chciałam się z Wami podzielić. Jeśli bym chciała, żebyście coś sobie teraz pomyśleli, to tylko żeby był to wyraz wdzięczności do Waszych koni. Żebyście pamiętali jak ważne jest to, żeby z koniem czasem po prostu pobyć i potraktować go nie jak maszynę, ale prawdziwego przyjaciela. Bo on nie musi, ale może naprawdę się odwdzięczyć. 

Ja za to bardzo Wam dziękuję za wszystkie reakcje na moje posty. To naprawdę bardzo miłe z Waszej strony, że pokazujecie, że to co tutaj robię naprawdę ma jakieś (choćby nikłe) znaczenie. Wiem, że od września moja aktywność intrenertowa stała się naprawdę nikła, tak nikła że nawet mnie samą potwronie to wkurza. Nie mogę Wam obiecać, że w październiku będzie lepiej, ale od listopada (jeśli wszystko pójdzie dobrze) wystartuję z bardzo ciekawą jeździecką współpracą. Mam w każdym razie ogromne nadzieje i no... do zobaczenia mam nadzieję jeszcze w tym miesiącu :) :) :) :) :)

Malwina

Ps. Jeszcze jedno. Proszę Was, nie oceniajcie mnie pod kątem tej jednej sytuacji. Ja wiem, nie powinnam była wtedy wsiadać na Elegancję, ale czasu nie da się cofnąć i jedyne co mogę zrobić to dziękować niebiosom za tego cudowego konia. 
powered by Typeform
Copyright © 2014 JAK LEPIEJ JEŹDZIĆ KONNO? , Blogger
Wypasiony Katalog Stron